Analiza taktyczna: Lechia Gdańsk - Śląsk Wrocław

02.09.2009 (23:38) | Andrzej Gomołysek | skomentuj (3)
Śląsk był polski, polski jest i miejmy nadzieję, że na wieki wieków amen pozostanie. To cieszy. Martwi natomiast, że czołowa drużyna piłkarska wywodząca się z tego regionu prezentuje styl gry typowy dla zdecydowanej większości ekip piłkarskich, wywodzących się z kraju nad Wisłą. Na czym ten polski styl polega? To właśnie trudno określić...


 

Konia z rzędem temu, kto przewidzi, jak wrocławianie zagrają w kolejnym meczu. Tym razem oglądaliśmy jeszcze inny Śląsk. Ruchliwszy, jakby świeższy i bardziej aktywny. Pierwszych kilkadziesiąt minut mogło napawać dużym optymizmem. Można by wręcz ze spokojem rzec, że były to najlepsze chwile wrocławian w tej rundzie, gdyby nie to, że to nie komplement. Było więcej biegania w środkowej strefie, większa ruchliwość poszczególnych graczy, co dawało szersze możliwości rozegrania. Brało się to z zastąpienia Łukasiewicza Klofikiem, który grał wyżej niż dotychczasowy etatowy zawodnik pierwszej jedenastki. Dodatkowo tradycyjnie mocno zaangażowany w ofensywę był Socha (zastąpił Pawelca), oraz mniej tradycyjnie, ale z meczu na mecz coraz wyraźniej, Wołczek. Jest to niebagatelna różnica, gdy w rozgrywaniu akcji bierze udział ośmiu a nie pięciu graczy. Póki starczało sił na obieganie przez bocznych obrońców i na pracę na całej długości boiska u pomocników- gra Śląska wyglądała naprawdę budująco. Korzystniej wypadł również Janusz Gancarczyk, starający się choć czasami szukać podań i mniej angażując się w skazane na niepowodzenie dryblingi. Nadal jednak miewa koszmarne pomysły, jak choćby wtedy, gdy wychodząc na czysto pozycję robił co mógł, by potknąć się o nogi rywala, ale na zieleń murawy upadł zahaczając jedynie o mieszankę azotu i tlenu.

Z biegiem czasu zaczęło wracać to, czego się w grze Śląska nie lubi. Minimalizm w poruszaniu zaczął bić starym blaskiem, przez co znowu nie było komu odgrywać piłki. Do przerwy jeszcze udało się dociągnąć, a nawet okrasić widowisko pięknym golem (niestety, po raz kolejny indywidualne umiejętności a nie składna akcja), ale po zmianie stron Śląsk oklapł. Grający fantastycznie w pierwszej połowie Socha (nie do przejścia w ofensywie plus zainicjowanie kilku ciekawych akcji) zaczął popełniać stare grzechy i odpuszczać krycie, gdy tylko pilnowany przez niego zawodnik schodził do środka, dodatkowo zaś jego zachowanie przy prokurowaniu karnego trudno tłumaczyć młodym wiekiem. Zastępujący Vazgecza Karczmarek zagrał na podobnym do Szweda poziomie, będąc lepszym na linii i po raz kolejny pokazując, że słabo radzi sobie na przedpolu. Ciężko na chwilę obecną powiedzieć, który z nich jest lepszy, każdy ma swoje wady i zalety, ale Ryszard Tarasiewicz powinien jasno określić, kto jest numerem jeden.

Nowy nabytek Śląska w osobie Łukasza Madeja pojawił się na ostatnie kilkadziesiąt minut nie rozwiązując żadnego z wrocławskich problemów. Gdybano, że zajmie miejsce na skrzydle, zaś Gancarczyk trafi do ataku, by w ten sposób łatać niedobory kadrowe w tej formacji. Nic z tych rzeczy - zanosi się na kolejnego środkowego pomocnika. Obsada liczebna i wymienność zadań na boisku jest między nimi na tyle duża, że wyrobienie automatyzmu w poczynaniach może okazać się jeszcze trudniejsze.

Gdyby cały mecz wyglądał tak, jak pierwsza połowa, byłyby powody do stwierdzenia, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Niestety, druga połowa pokazała aktualne miejsce wrocławian w szeregu. Z przebiegu meczu było widać to co zwykle - tych piłkarzy stać na porywającą momentami grę, by chwilę później większość jedenastki snuła się bezproduktywnie po boisku. Można oczywiście spekulować czy Śląsk gra gorzej niż rok temu o tej porze. Prawdopodobnie nie, ale znaczącego kroku naprzód też nie zrobił, a jego gra została już wszem i wobec odczytana. Jeśli daje się umknąć schematom to z reguły na podstawie indywidualnych wyczynów, w dużej mierze to one zapewniają punkty. Przed Ryszardem Tarasiewiczem dwa tygodnie na to, by grający składną piłkę Śląsk można było oglądać dłużej niż pół godziny na mecz.

KOMENTARZE
wojtekk(2009-09-03 15:42:29)
Bardzo fajna i trafna analiza.
Rzeczywiście, brak 3 podstawowych piłkarzy okazał się wzmocnieniem :)
Kilof z Tadkiem w I połowie hasali po boisku aż miło, a Wojtek Kaczmarek wybronił nam potem mecz.
Za to trochę słabszy (ostatnio grał na poziomie reprezentacyjnym) występ Wołczka.
~kozaczek(2009-09-03 14:12:05)
http://ekstraklasa.tv/ekstraklasa/1,91670,6981680,Wybierz_bramke_kolejki.html Głosujcie na Marka Gancarczyka
~Rafl(2009-09-03 09:12:30)
Własnie, gra zespołowa się kompletnie nie klei, jeżeli jest jakiś pomysł to trzeba złamc zalecenie trenera i zrobic jakś indiwidualną akcję ktora rozwiąze problem w danej chwili, ale na dłuższzą metę nic nie da. W poprzednim sezonie bramek efektownych było mniej, prawie wcale, za to były po przemyślanych akcjach, pokazując jako taką siłe druzyny. EEfektowne gole można było podziwiac na boiskach np: Bytomia, tam gdzie przemyślanej i skutecznej gry było jak na lekarstwo.
DODAJ KOMENTARZ
Czy wiesz, że wszystkie nowo dodane komentarze muszą zostać zaakceptowane przez redakcję.

Nie chcesz czekać? Zarejestruj się na forum kibiców Śląska Wrocław a następnie podczas dodawania komentarza podaj swój login i hasło.

Koniecznie przepisz tekst z obrazka!
Nick*:
Hasło:
Adres e-mail:
Treść komentarza*:
* - pola wymagane