startuj z nami dodaj do ulubionych

Rozmiar: 43 bajtów Rozmiar: 43 bajtów


Rozmiar: 43 bajtów

Rozmiar: 43 bajtów
  Aleja Gwiazd

Źródło: Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl - 2002 (c) Agora SA, data: 11-07-2002, autor: Artur Brzozowski

To był wielki talent piłkarski. Mógł zostać jednym z najlepszych polskich bramkarzy. Tak mówią dziś o Jacku Jareckim jego trenerzy i koledzy z boiska. W I lidze w Śląsku Wrocław nie rozegrał wielu spotkań, ale spisywał się tak rewelacyjnie, że został zauważony przez selekcjonera reprezentacji Polski Antoniego Piechniczka i powołany do kadry przygotowującej się do mistrzostw świata w Hiszpanii w 1982 roku.

Jerzy Benke, Jacek Jarecki, Roman Wójcicki Jacek Jarecki (w środku) z kolegami ze Śląska Wrocław - Jerzym Benke (z lewej) i Romanem Wójcickim

Jednak na mundial nie pojechał. Nie znalazł się w zespole, który kilka tygodni później odniósł wielki sukces, zdobywając trzecie miejsce na świecie. Podczas ostatniego dnia zgrupowania reprezentacji przed mistrzostwami uciekł z hotelu i został w Republice Federalnej Niemiec. Był młody. Miał 24 lata. W Polsce trwał stan wojenny.

Dlaczego zdecydował się na tak desperacki krok? Czy uciekając zza żelaznej kurtyny, wybrał wolność w demokratycznym kraju, czy też za wszelką cenę chciał zrobić karierę w zachodnim klubie? A może zadecydowały ludzkie emocje i wielka miłość do kobiety?

Dziś Jacek Jarecki mieszka w niemieckim Koeln. Nie chce rozmawiać o swojej karierze i życiu. Dwukrotnie odmawia.

Motylem jestem

Pochodzi z Bielawy, niewielkiego miasta leżącego u podnóża Gór Sowich. Trudno to wytłumaczyć, ale piłkarskich talentów zawsze rodziło się tam wiele. Najpierw byli bracia Zygmunt i Ireneusz Garłowscy, później Jacek Jarecki, Michael Nykiel, Marian Kowalski czy Gerard Śpiewak, a jeszcze po nich Janusz Góra. Wszyscy pierwsze piłkarskie kroki stawiali w miejscowej Bielawiance.

Rodzice Jacka - Honorata i Krzysztof - do dziś mieszkają w Bielawie przy ulicy Akacjowej. Długo wahają się, gdy pytam, czy porozmawiają o synu. W końcu zgadzają się. - Od małego Jacka interesowała tylko piłka i zwierzęta - mama Honorata słowa wypowiada szybko, ale bardzo wyraźnie. - Wiedziałam, że zostanie piłkarzem albo weterynarzem. Często chodził nad rzekę i przyglądał się różnym motylom, ważkom i owadom. Zawsze uwielbiał psy i koty. To mu zostało do dziś - podkreśla.

W podstawówce krótko trenował zapasy i grał w piłkę ręczną. Do klubu piłkarskiego mały Jarecki zapisał się, będąc w siódmej klasie podstawówki. Trampkarzy Bielawianki prowadził nieżyjący już trener Henryk Nykiel. Grali świetnie. W 1973 roku wywalczyli mistrzostwo podokręgu świdnickiego trampkarzy. Wygrali wszystkie mecze, mając w lidze nieprawdopodobny stosunek bramek 144:0! Jacek bronił w tym zespole i nie puścił żadnego gola. Trzy lata później Jarecki z Bielawianką zdobył tytuł mistrza Dolnego Śląska juniorów.

Trafił do III-ligowego zespołu seniorów Bielawianki, ale nie pograł w nim długo. Wieść o jego talencie szybko rozniosła się po Polsce. Jako pierwsi zgłosili się działacze II-ligowego Stoczniowca Gdańsk i 19-letni Jarecki przeniósł się na Wybrzeże. To nie był dobry wybór. Po kilku miesiącach młody bramkarz wrócił na Dolny Śląsk. Mama piłkarza wie, dlaczego tak się stało: - Jacek źle się tam czuł. On strasznie tęsknił za domem - tłumaczy z przekonaniem.

Kobieta i mężczyzna

Trafił do Górnika Wałbrzych, ukochanego klubu w tym mieście i całym regionie. Sprowadził go tam pochodzący z Bielawy Horst Panic, asystent pierwszego szkoleniowca Stanisława Świerka. W bramce miał wielkiego rywala - Ryszarda Walusiaka, którego ciężko było wygryźć z podstawowego składu. O konflikcie dwóch bramkarzy Górnika krążyły niestworzone historie. W napisanej w brukowym stylu książce "Cwaniaczku, nie podskakuj" dziennikarz Tomasz Jagodziński twierdził, że kiedyś Walusiak i Jarecki urządzili zawody w piciu piwa i doszli do 24 butelek fulla. A podczas zgrupowania doszło między nimi do takiej bójki, że aż polała się krew.

Ryszard Walusiak do dziś mieszka w Wałbrzychu. Słyszał już wcześniej, że jego i Jacka jakiś dziennikarz opisał w książce. Sam o tym wspomina i próbuje prostować pewne rzeczy. - Napisał o tym, że piliśmy piwo skrzynkami - mówi tubalnym głosem. - W tym wszystkim jest tylko cząstka prawdy. Rywalizowaliśmy ze sobą na boisku, ale równocześnie mieszkaliśmy naprzeciwko siebie, okno w okno, i przyjaźniliśmy się. Często razem chodziliśmy na kawę, no i na piwo. Ale na pewno nie były to skrzynki. Wypijaliśmy jedną, dwie butelki, i tyle.

Gdy pytam o ich bójkę, zapewnia, że było inaczej. - Poszarpaliśmy się trochę podczas zgrupowania w Krynicy Górskiej, ale szybko wszystko sobie wyjaśniliśmy. I był spokój.

Gra w Górniku była pierwszym poważnym krokiem Jacka w zawodowym futbolu. Ale pobyt w Wałbrzychu z całkiem innego powodu okazał się przełomowym momentem w jego życiu. Tam poznał kobietę. Od tej znajomości, a później miłości wszystko się zaczęło. Był rok 1979.

Zakochani

Gabriela Jarosz. Tenisistka ziemna, mistrzyni Polski juniorów. Znajomi i bliscy mówią o niej Gabryśka albo Gabi. Pochodzi z Górnego Śląska, z Gliwic, gdzie grała w miejscowym Piaście. Później przeniosła się do Zagłębia Wałbrzych. Ładna, wysoka, imponująca długimi nogami i śniadą karnacją. Miała piękne włosy, które wiązała w warkocz lub kitkę. Tak Gabi opisują ci, którzy ją znają. Odważna, pewna siebie i wygadana - dodają.

Spotkali się w Wałbrzychu w 1979. Historia ich znajomości jest pełna tajemnic. Gabi grała w miejscowym Zagłębiu, a Jacek jeszcze w Górniku, ale powoli przenosił się do Wrocławia. Chciał go jeden z najmocniejszych i najsławniejszych wówczas polskich klubów - Śląsk.

Rok później był ślub. Ale nie Jacka i Gabi. Ślub wzięła z Włodzimierzem Turkowskim, również tenisistą, który do Zagłębia trafił podobnie jak ona z Piasta Gliwice. Jednak tenisowe małżeństwo przetrwało tylko kilka tygodni. Ówczesny trener Zagłębia Zdzisław Bajtała stara się przypomnieć wydarzenia z tamtych lat. - Wie pan - mówi - Włodek to był taki pistolet, a Gabryśka strasznie była zakochana w tym Jareckim. On też za nią szalał - tłumaczy.

Po sześciu tygodniach małżeństwa Gabi Jarosz rozwiodła się z Włodzimierzem Turkowskim. O niej i o Jacku będzie jeszcze bardzo głośno.

Wodzirej

Mając 21 lat, Jarecki pojawił się w pierwszoligowym Śląsku Wrocław. Niesłychanie mocny wtedy zespół prowadził Orest Lenczyk, a asystował mu Jan Caliński. Jacek trafił do klubu, w którym świetnych bramkarzy zawsze było w nadmiarze. Co prawda odszedł już legendarny "Zyga" Kalinowski, ale pierwszym graczem na tej pozycji był reprezentant Polski, nieżyjący już Zdzisław Kostrzewa, a rezerwowym Eugeniusz Cebrat. Jacek od razu zaczął rywalizować ze sławnymi kolegami.

Zajęcia z bramkarzami prowadził wtedy Jan Caliński, który o Jareckim mógłby opowiadać godzinami. - Piłkarski pracoholik - rozpoczyna komplementowanie swojego podopiecznego. - Ciężko było wyrzucić go z boiska. Ciągle chciał trenować. Przez dwie godziny bez przerwy potrafił stać w bramce i łapać strzały kilku zawodników.

W ten sam sposób opowiadają o nim koledzy z boiska. - Strasznie ambitny i pracowity - podkreśla pomocnik Waldemar Prusik. - Miał bardzo dobry refleks i świetną intuicję. Na przedpolu nie bał się niczego, szedł na każdą piłkę i większość z nich piąstkował.

Ówczesny gwiazdor Śląska napastnik Janusz Sybis przypomina sobie, jak Jacek wielokrotnie prosił go o wspólny trening indywidualny. - Jacek lubił ze mną dodatkowo ćwiczyć - tłumaczy Sybis. - Strzelałem mu z dystansu, z rzutów wolnych, a później rywalizowaliśmy w pojedynkach sam na sam. W czasie treningów dodatkowo spinał się, gdy strzelali najlepsi gracze. Wówczas za wszelką cenę chciał obronić ich uderzenia. Słabszych zawodników złośliwie lekceważył. Po uderzeniu takiego piłkarza potrafił złapać piłkę i daleko wykopnąć ją w trybuny, a ten szukał jej przez kilka minut - śmieje się Sybis. Kogo w ten sposób lekceważył? - A, tego panu już nie powiem - wzbrania się.

Jarecki był bardzo lubiany. Trenerzy i koledzy zgodnie wspominają, że mógł zaimponować poczuciem humoru, dowcipami. - Wesoły chłopak, robił nam w szatni czy przy stole różne kawały - przyznaje Sybis. - Luzak - dodaje Prusik. - Zawsze lubił zaśpiewać, czasami zatańczył, stukając obcasami. Kiedyś nawet grał nam na gitarze - śmieje się. Trener Caliński dodaje swoje spostrzeżenia: - Jacek był bardzo wesoły, ale i pobudliwy. U bramkarzy to normalna reakcja. W czasie gry zachodzą u nich różne procesy psychiczne i strasznie się spalają. Musiał w jakiś sposób wyładować emocje, więc w szatni czasami na kogoś ryknął.

Jarecki robił błyskawiczne postępy i zaczął deptać po piętach Kostrzewie. Reprezentant Polski miał godnego konkurenta, który powoli przerastał go umiejętnościami. Trener Jan Caliński przypomina sobie, że Jarecki szybko się uczył. - Jak przyszedł do Śląska, to był takim młodym sztubakiem, ale Orest Lenczyk lubił stawiać na młodych. Kwestię obsady bramkarskiej Orest pozostawiał mnie i pamiętam, jak ciągle się pytał: - No jak tam, Jasiu, ten Jarecki jest już gotowy, aby go wystawić do gry?

Caliński nie pamięta dokładnie, kiedy Jarecki zadebiutował w I lidze. Ma wątpliwości: - Coś mi świta, że w podstawowym składzie wyszedł gdzieś na Wybrzeżu, chyba w meczu przeciwko Arce Gdynia. Ale głowy nie daję. Dobrze pamięta jednak inny mecz Śląska. Pojedynek, w którym Jarecki wypadł wspaniale. - Graliśmy w Szczecinie przeciwko Pogoni. To spotkanie szczególnie utkwiło mi w pamięci - wspomina Caliński. - Zwyciężyliśmy 1:0, a bramkę strzelił Rysio Tarasiewicz. Jednak tak naprawdę to mecz wygrał nam Jacek. Bronił fenomenalnie, w nieprawdopodobny sposób wielokrotnie łapiąc i wybijając piłkę po strzałach z najbliższej odległości. Świetnych bramkarzy poznaje się po tym, że czasami muszą w pojedynkę wygrać mecz dla drużyny - tłumaczy.

Miłość Jacka i Gabi nieprzerwanie trwała. Dziewczyna często przyjeżdżała do Wrocławia, czekała na niego po treningach i meczach. Jak wrocławianie grali spotkania na Górnym Śląsku, w drodze powrotnej Jacek zawsze wysiadał w Gliwicach. Zostawał u Gabryśki.



300 mil do nieba

Rok 1981 był w Polsce bardzo nerwowy. "Solidarność" zachwiała podstawami socjalizmu, partia przeżywała kryzys, a ludzie szukali szansy na lepszą przyszłość i masowo emigrowali z kraju. W tym czasie Jacek powoli stawał się pewniakiem w bramce Śląska, a Gabi Jarosz po okresie gry w Zagłębiu przeniosła się do GKS-u Katowice. I niespodziewanie zniknęła z Polski.

To historia jak z dobrego, sensacyjnego filmu. Na dwa miesiące przed wprowadzeniem stanu wojennego cała rodzina Jaroszów uciekła z Polski. Wszystko było precyzyjnie zaplanowane. Ojciec i brat Gabi opuścili Polskę, płynąc jachtem. Przepłynęli przez Bałtyk i dotarli do RFN. Jerzy Jarosz prowadził szkółkę jachtingu i miał uprawnienia kapitana pełnomorskiego. W tym samym czasie Gabrysia i jej mama Zygfrida maluchem wyruszyły w podróż z Gliwic do Dortmundu, w podróż w jedną stronę. Jacek został we Wrocławiu.

Pierwszy mąż Gabi Włodzimierz Turkowski zapewnia, że dobrze wie, dlaczego cała rodzina Jaroszów zdecydowała się na ucieczkę z Polski. - Proszę pana, rodzice Gabryśki byli Niemcami. Naprawdę nazywali się Kneifel. Wszystko wymyśliła jej mama, bo Jurek, to znaczy jej ojciec, za nic w świecie nie chciał wyjeżdżać z Polski. Ale pani Zygfrida decydowała o wszystkim - mówi z wyraźną niechęcią. - Wie pan, dlaczego tak bardzo zależało jej na wyjeździe? To był ostatni moment, kiedy Polacy z niemieckim pochodzeniem mogli tam przyjechać i dostać 60 tysięcy marek na zagospodarowanie, a przez rok mieli całkowite zabezpieczenie socjalne. Warunek był jednak jeden - wyemigrować musiała cała rodzina. Już teraz pan rozumie? - retorycznie rzuca Turkowski.

13 grudnia 1981 roku w Polsce wprowadzono stan wojenny. Szczelnie zamknięto granice, odcięto połączenia telefoniczne. Polska stała się wielkim więzieniem. Gabi mieszkała w Niemczech Zachodnich. Jacek, piłkarz wojskowego klubu, został w Polsce. Nie mógł nic zrobić.

Zezowate szczęście

Jacek grał nadal w Śląsku. Bardzo tęsknił. Nie wiedział, jak ma postąpić. Trener Jan Caliński dobrze pamięta wątpliwości swojego bramkarza. - Często z nim rozmawiałem, gdyż lubił się radzić - wspomina Caliński. - Myślał o karierze w zachodnim klubie. Ale to nie było takie łatwe. Ja miałem taką swoją teorię i twierdziłem, że na Zachód łatwiej jest sprzedać czarownicę niż bramkarza. Powtarzałem mu, że najpierw musi zaistnieć w Polsce, dopiero później jako bardziej doświadczony zawodnik powinien szukać mocnego klubu za granicą. Ale w tym czasie Jacek myślał głównie o dziewczynie, która wyjechała do Niemiec. On mi się zwierzał i mówił, że serce ciągnie go tam, do Gabryśki. Pewnie zdawał sobie sprawę, że jest jeszcze za wcześnie, aby szukać szczęścia w zagranicznym klubie. No ale cóż, w tym wieku uczucie bierze górę nad rozsądkiem - zaznacza.

Wiosną 1982 roku rywalizacja w polskiej lidze piłkarskiej była niesamowicie dramatyczna. Śląsk Wrocław z Jareckim w bramce spisywał się doskonale i walczył o tytuł mistrza Polski. Jacek był rewelacją rozgrywek. Komplementowali go wszyscy - piłkarze, trenerzy, kibice i dziennikarze. Napastnik Śląska Janusz Sybis tak mówił wówczas w wywiadzie udzielonym "Przeglądowi Sportowemu": "Cieszę się, że mamy liczną grupę młodych, uzdolnionych piłkarzy (...). Wystarczy wymienić bramkarza Jacka Jareckiego, który niespodziewanie wygryzł Zdziśka Kostrzewę. To niebywale sprawny i sprytny chłopak. Pod tym względem przewyższa nawet Janka Tomaszewskiego. Nie przesadzam. "Tomek" był przecież swego czasu moim klubowym kolegą".

Wrocławianie byli wtedy liderem do ostatniej kolejki spotkań i aby świętować wielki sukces, wystarczył im tylko remis na swoim stadionie z Wisłą Kraków. Ten mecz przeszedł do historii naszego futbolu. Nadkomplet widzów na stadionie, wszystko przygotowane do wielkiej fety... i w końcu straszny szok. Dramat i koszmar. Na początku meczu - po strzale Skrobowskiego - Wisła objęła prowadzenie. Śląsk zaciekle atakował, stwarzał sytuacje, jednak nie mógł zdobyć bramki. Na sześć minut przed końcem pojedynku sędzia Alojzy Jarguz podyktował rzut karny dla wrocławian, jednak Tadeusz Pawłowski nie potrafił go wykorzystać. Śląsk przegrał i stracił mistrzostwo na rzecz Widzewa Łódź.

W tej rundzie Jarecki bronił wspaniale. W całym sezonie Śląsk stracił zaledwie 22 bramki - zdecydowanie najmniej z wszystkich zespołów w I lidze. Jacek robił furorę na polskich boiskach i znalazł się w kręgu zainteresowań selekcjonera reprezentacji Antoniego Piechniczka. Biało-czerwoni rozpoczęli przygotowania do mistrzostw świata w Hiszpanii, a Jarecki został powołany do 24-osobowej kadry, która miała wyjechać na zgrupowanie do Niemiec. Z tej grupy dwóch zawodników miało wypaść, gdyż na mudial mogło pojechać tylko 22 graczy. Ta nominacja była sporą niespodzianką, gdyż Jacek dopiero kilka miesięcy wcześniej wywalczył sobie miejsce w składzie Śląska i w gronie reprezentantów był zupełnym nowicjuszem.

Ówczesny trener Śląska Jan Caliński nie był jednak zaskoczony tym powołaniem.

- Stało się to bardzo szybko, chociaż najczęściej bramkarze latami muszą udowadniać swoją klasę - analizuje. - A Jacek nie zagrał nawet całego sezonu w I lidze i trafił do drużyny narodowej, która wyjeżdżała na mistrzostwa świata. Wiem, że Antek Piechniczek był nim zafascynowany - podkreśla zdecydowanie.

W połowie maja reprezentacja wyjeżdżała na trzytygodniowe zgrupowanie do Francji i Niemiec. Pojawiła się nadzieja i szansa, że po siedmiu miesiącach rozstania Jacek wreszcie spotka Gabi.

Kronika wypadków miłosnych

Reprezentacja wyjechała do RFN. W Niemczech i we Francji kadra Piechniczka trenowała oraz rozgrywała mecze kontrolne. W ostatnich dniach zgrupowania polska ekipa przebywała w Murrhardt, w słynnym i szczęśliwym pensjonacie Sonne Post. Właśnie tu w 1974 roku reprezentacja Polski powadzona przez Kazimierza Górskiego mieszkała podczas pamiętnych mistrzostw świata w Niemczech. Ostatni sparing zespół Piechniczka rozgrywał 2 czerwca. Polacy pokonali VfB Stuttgart 2:1, po bramkach Laty i Bońka. Następnego dnia polska ekipa miała wracać do kraju. Kilka dni wcześniej w Sonne Post pojawiła się Gabi Jarosz. Zamieszkała w pensjonacie.

Wszystko wydarzyło się w nocy z 2 na 3 czerwca. Chcąc odtworzyć tamte zdarzenia, docieram do piłkarzy z kadry Piechniczka. Pomocnik Włodzimierz Ciołek niewiele pamięta. - Ja nie byłem zbyt blisko z Jareckim - z trudem przypomina sobie tamtą historię. - Niewiele wiem. Musi pan popytać innych kolegów - radzi mi. - Nie pamięta pan, z kim Jarecki się przyjaźnił, z kim wtedy, w Murrhardt, mieszkał w pokoju? - pytam. Ciołek stara się pomóc, ale jest bezradny. - Naprawdę nie mam pojęcia, nawet nie pamiętam, z kim ja wówczas mieszkałem - poddaje się.

Obrońca Stefan Majewski wie znacznie więcej i mówi chętnie: - Znam tę historię dość dokładnie, ale głównie z opowieści niektórych kolegów. Coś panu poradzę. Na ten temat wszystko wie Grzesiek Lato, ale proszę nie mówić, że to ja pana do niego odesłałem - śmieje się.

Grzegorz Lato, jeden z najlepszych piłkarzy w historii polskiego futbolu, dziś jest senatorem RP. Nie jest wcale zdziwiony, że dzwonię właśnie do niego.

- Pisze pan o Jareckim, a co tam u niego słychać? - pyta od razu. Po chwili śmieje się: - Co, wszyscy powiedzieli panu, że to Lato pomógł Jareckiemu w ucieczce? - wtrąca retorycznie. - Ta jego narzeczona jeździła za nim cały czas i gdzieś od tygodnia mieszkała w tym samym hotelu co my. Pewnie namawiała go, aby został w Niemczech - zaczyna opowiadać Lato. - W ostatni wieczór przed powrotem do Polski kilku z nas poszło na piwo. Jak wróciliśmy do hotelu, była północ. Oprócz naszej drużyny nikt tam nie mieszkał, a zawsze o 12 w nocy pensjonat był zamykany. Pamiętam, że siedzieliśmy w jednym z pokojów i piliśmy sobie piwko. - Kto siedział? - przerywam Lacie. - U mnie w pokoju był Zbyszek Boniek, Władek Żmuda i chyba Paweł Janas. W tym czasie Jarecki pakował się i trochę zdezorientowany biegał po pensjonacie. Dlaczego zdezorientowany? Bo w żaden sposób nie mógł z niego wyjść - tłumaczy Lato.

- Nie rozumiem, jak to nie mógł wyjść? - dopytuję się. - Proszę pana - cierpliwie opowiada dalej - tam wszędzie zainstalowane były uchylne okna, które otwierały się tylko pod kątem i nie można było przez nie wyjść na zewnątrz. A główne drzwi były zamknięte. No ale ja miałem do nich klucze. Tylko ja. Dlaczego je miałem? Gdyż właściciel Sonne Post dobrze mnie znał i dał mi wcześniej te klucze.

- I co, otworzył pan te drzwi? - drążę temat. - Oczywiście! A niby dlaczego nie miałem tego zrobić? Proszę pana, każdy wybiera sobie swój los - mówi. - Pamiętam, że było koło czwartej nad ranem. Pozostali piłkarze i trenerzy spali. Jacek powiedział do nas: "Cześć, chłopaki", wsiadł z dziewczyną do samochodu i pojechali. No i tyle - wyczuwam, że Lato chce już kończyć.

W opowieściach niektórych osób pojawiał się wątek niepewności Jareckiego. Twierdzili, że podczas zgrupowania w Niemczech pytał się i radził starszych piłkarzy, co ma robić. Staram się przedłużyć rozmowę z Grzegorzem Latą i rozwikłać tę wątpliwość: - Czy tej nocy Jarecki rzeczywiście radził się pana, czy ma zostać w Niemczech? Lato przez chwilę zastanawia się. - Nie, nie radził się. Jednak po chwili prostuje: - No, może trochę próbował. Powiedziałem mu wtedy: "Człowieku, to twoje życie, ja nie mogę ci radzić. Chcesz, to zostań. Nie chcesz, to wracaj z nami do Polski". Został. To była jego decyzja. To był stan wojenny, kto mógł, to uciekał z Polski - kończy.



W czwartek 3 czerwca nad ranem Jacek i Gabi znów byli razem. Z Murrhardt wyruszyli w drogę do Essen. Tam był jej dom.

Jacek już tu nie mieszka

Wszystko wydało się rano. Reprezentacyjna ekipa zbierała się do podróży na lotnisko i powrotu do Polski. Kierownik zespołu Edward Kucowicz zaczął liczyć piłkarzy. - Kierowniku, niech pan nie liczy, bo i tak jednego brakuje - żartowali sobie zawodnicy. Kucowicz nie wierzył. Przeliczył wszystkich dokładnie i dopiero wówczas uwierzył. Nie było Jacka Jareckiego.

Jego koledzy twierdzą, iż Jacek wcześniej zdawał sobie sprawę, że na mundial raczej nie pojedzie. W kadrze było czterech bramkarzy, a do Hiszpanii miało jechać trzech. Młynarczyk był poza konkurencją. Mowlik jechał za zasługi, a Kazimierski grał w Legii Warszawa i znajdował się bliżej pewnych układów. Jarecki był tym sfrustrowany. Selekcjoner tamtej reprezentacji Antoni Piechniczek nawet dziś nie rozstrzyga tych wątpliwości.

- Przede wszystkim muszę panu powiedzieć, że podczas mojej bardzo długiej kariery szkoleniowej na Zachodzie nie został mi żaden piłkarz klubowy i reprezentacyjny. Tylko Jarecki - mówi Piechniczek. - Czy już wcześniej było przesądzone, że Jarecki wypadnie z ekipy na mundial? On był wielkim talentem, a ja myślałem o nim perspektywicznie. Byłem przekonany, że po mistrzostwach świata bardzo przyda mi w reprezentacji podczas zbliżających się eliminacji do mistrzostw Europy. A tak poza tym, to nie bierze się zawodnika na mistrzostwa świata tylko dlatego, żeby nie został za granicą - ucina.

Po chwili milczenia dodaje: - Docierały do mnie informacje, że on może tam zostać. Dlatego wziąłem go kiedyś w hotelu na rozmowę i powiedziałem, żeby się dobrze zastanowił. Tłumaczyłem mu, że bez względu na prawdziwą przyczynę jego posunięcia, w kraju i tak zostanie to odebrane politycznie. Przecież w Polsce trwał stan wojenny - kończy Piechniczek.

Rodzice Jacka nie spodziewali się, że syn zostanie w Niemczech. Przyznają, że byli tym zaszokowani. - Razem z mężem oglądaliśmy w telewizji urywki z przylotu reprezentacji, ale na lotnisku nigdzie nie mignęła nam twarz Jacka - opowiada Honorata Jarecka. - Nie mieliśmy pojęcia, że coś się stało, gdyż nikt nas o niczym nie poinformował. Dopiero następnego dnia zadzwonił pułkownik Stasik ze Śląska i powiedział, że Jacek został w Niemczech. Po chwili dodaje: - Nie dawało mi to spokoju i telefonicznie zaczęłam szukać trenera Piechniczka, bo to przecież on zabrał Jacka na zgrupowanie i w jakimś sensie odpowiadał za niego. Był wczesny ranek i recepcjonistka z hotelu nie chciała mnie z nim połączyć. Zrobiła to, gdy powiedziałam, że to bardzo ważna sprawa. Trener Piechniczek wysłuchał mnie, a później powiedział: "Niech pani nie ma pretensji do mnie, tylko do pani Gabrieli Jarosz" - przypomina sobie.

- Ma pani żal do syna, że postąpił w taki sposób? - Mam żal - mówi stanowczo. - Wierzyłam, że syn zrobi wielką karierę piłkarską. Wiem, że czasami ambicje rodziców są może zbyt wygórowane, ale Jacek powinien osiągnąć w piłce znacznie więcej.

Fakt, że Jarecki został w Niemczech, został zdawkowo potraktowany przez polską prasę. 4 czerwca "Przegląd Sportowy" na pierwszej stronie informował: "Kadrowicze już w domu". W długim tekście o powrocie reprezentacji do Polski bramkarzowi Śląska poświęcono tylko jedno zdanie: "Z udziału w mistrzostwach sam wyeliminował się Jacek Jarecki, który już po ostatnim meczu samowolnie odłączył się od ekipy i pozostał za granicą". Podobnie sprawę potraktował katowicki "Sport". W artykule "Kadra 22 gotowa" na samym końcu napisano: "Jak się dowiadujemy, z kadrą nie wrócił wczoraj do kraju bramkarz Jacek Jarecki". Dziwnie zachowało się wrocławskie "Słowo Polskie". W gazecie opublikowano m.in. teksty "Młodzież świata na rzecz pokoju i rozbrojenia", "Robotnicy nadal poszukiwani" czy "Hanka zrobiła dobry interes". Na kolumnie sportowej podano informacje o zbliżających się mistrzostwach, ale o Jareckim nie wspomniano słowem.

- Na szczęście gazety nie pastwiły się nad Jackiem - wspomina jego ojciec Krzysztof. - Gdy okazało się, że nie został tam z powodów politycznych, tylko dla dziewczyny, to dali mu spokój. Nie zrobili z niego zdrajcy ojczyzny.

Władze partyjne i wojskowe starały się ukryć to zdarzenie. Ale jednocześnie próbowały sprowadzić Jareckiego do Polski. Miał to uczynić ojciec Jacka. - Do naszego domu zadzwonił pułkownik Stasik ze Śląska. Był stan wojenny i łączność z zagranicą była zerwana, ale on powiedział, że mam bezpośrednią linię i połączenie z Niemcami. Chciał, abym namówił syna do powrotu. Od razu miałem dostać paszport i jechać po Jacka. Zadzwoniłem do mieszkania Gabrysi - opowiada. - Syn był bardzo zaskoczony, gdy mnie usłyszał. "Jacek, chcesz tu wrócić?" - zapytałem. "Nie, tato, nie chcę. Zostaję".Tak mi powiedział i było po wszystkim.

Miłość w Niemczech

Jacek został ukarany roczną dyskwalifikacją. Takie były czasy. W Niemczech nie mógł grać. Mimo to szukał klubu i rozpoczął treningi w II-ligowej Fortunie Duesseldorf. Później karencję mu skrócono, ale nadal nie grał. W Fortunie był tylko rezerwowym.

Po ponad roku Jarecki zdecydował się przyjechać do Polski. Miał paszport konsularny i komunistyczne władze nic nie mogły mu zrobić. - Usłyszałem kiedyś dzwonek w drzwiach. Podchodzę, otwieram, a tu stoi Jacek - uśmiecha się na wspomnienie tej chwili ojciec piłkarza, a w jego oczach pojawia się łza. - Ciągali go na SB, po kontrwywiadzie, ale szybko dali mu spokój. Powiedział, że polityką się nie interesuje, nie jest żadnym szpiegiem i przyjechał tylko do rodziców. Później nie miał już żadnych nieprzyjemności - zapewnia ojciec.

Był 1983 roku. Jackowi i Gabi urodził się syn Adam. Jarecki nadal był rezerwowym w Fortunie, ale wówczas pomógł mu sławny polski trener Antoni Brzeżańczyk, który pracował w zachodnich klubach. Ściągnął go do Austrii, do pierwszoligowego Wiener SC. To nie był bardzo klasowy zespół, ale wreszcie Jacek mógł grać. Jednak do reprezentacji Polski już nikt go nie powoływał. Dla władz był przecież uciekinierem. W Wiedniu występował przez kilka sezonów, a kiedy drużyna spadła do II ligi, postanowił wrócić do Niemiec. Zamieszkał w Kolonii i tam na lata związał się z II-ligową Fortuną.

Mama piłkarza nie kryje swojego rozczarowania: "Synku, ale to jest tylko druga liga", mówiłam mu. "Ależ mamo, najważniejsze, że gram", odpowiadał mi - trochę zasmuca się Honorata Jarecka.

Waldemar Prusik komentuje fakty krótko: - To, że grał w Austrii i przez wiele lat w Fortunie Koeln, to na pewno nie był szczyt jego marzeń. Podobnie uważa trener Jan Caliński. - Jestem święcie przekonany, że Jacek zrobiłby wielką karierę, gdyby wówczas wrócił do Polski. Na początku lat osiemdziesiątych nie mieliśmy nadmiaru wybitnych bramkarzy. Był Józio Młynarczyk, ale on już grał na Zachodzie. Myślę, że Jacek nie byłby gorszy od "Młynarza" i miał wielkie szanse, aby rywalizować z nim o miano najlepszego polskiego bramkarza. Ale Jacek to był taki meteoryt. Trafił do Górnika Wałbrzych, ale tam częściej bronił Rysiek Walusiak. Jak to w Górniku, przez którego przewinęło się wiele bramkarskich talentów, ale i tak najczęściej łapał "Waluś". A później Jacek tylko przeleciał przez Śląsk i kadrę Polski - kończy Caliński.

Na początku lat 90. Jacek Jarecki zakończył piłkarską karierę. Próbował inwestować pieniądze w Polsce, ale trwało to krótko. W tym czasie ukończył studium fizjoterapii i wraz z żoną otworzyli w Kolonii prywatny gabinet. W 1995 roku urodził im się drugi syn Kuba.

Starszy syn Jacka i Gabi Adam ma dziś 19 lat. Występuje w lokalnym zespole FC Jungersdorf. Jest napastnikiem i strzela mnóstwo bramek. Dwa razy z rzędu był królem strzelców w swojej lidze. Siedmioletni Kuba też już trenuje, ale w trampkarzach Fortuny Koeln. Podobnie jak tato, zaczynał jako bramkarz, jednak zniechęcił się i teraz próbuje sił na innych pozycjach. Kuba Jarecki nie chce już zakładać koszulki z numerem jeden.



Data: 06-02-2003, autor: Jacko

Jacek Jarecki. Żaden z piłkarzy Śląska nie wpisał się w historię klubu tak mocno w tak krótkim czasie. Ten znakomity bramkarz rozegrał w Śląsku zaledwie 25 i pół meczu ligowego, ani razu nie grał w europejskich pucharach, nigdy też nie zagrał w żadnej reprezentacji. Mimo to wymienia się go w gronie najlepszych bramkarzy w historii Śląska. Był zawodnikiem wysokim (190 cm) ale dość sprawnym. Imponował spokojem, bronił z dużym wyczuciem a także szczęściem. W okresie gry w Śląsku wykazywał jeszcze pewne błędy w kierowaniu drużyną, wynikające z braku doświadczenia, ale z czasem wyeliminował je.

Karierę zaczynał w Bielawiance. Już od najmłodszych lat przejawiał duży talent. Silniejsze kluby (także Śląsk) starały się go pozyskać. Najbliżej miał do Wałbrzycha i po zdaniu matury w 1978 r przeszedł do tamtejszego Górnika, wówczas klubu II ligowego. Grał bardzo dobrze, trafł nawet do reprezentacji młodzieżowej na mecz z Czechosłowacją ale nie zagrał. Latem 1979 przeszedł do Śląska. Musiał jednak 2 miesiące pauzować, ponieważ były problemy ze zwolnieniem z Górnika. W Śląsku był dublerem Kostrzewy. W dwóch pierwszych sezonach rozegrał po 6 spotkań w ekstraklasie. Mimo to dostał powołanie do reprezentacji B na mecz z Węgrami. Tu również był tylko rezerwowym. Przełom nastąpił w 21.03.1982. W meczu z Zagłębiem Sosnowiec kontuzji doznał Kostrzewa. Jego miejsce zajął Jarecki i stał się rewelacją rozgrywek. Bronił znakomicie. Można powiedzieć, że w dużej mierze on ciągnął Śląsk w górę tabeli. Niestety po pechowo przegranym meczu z Wisłą w ostatniej kolejce Wrocławianie zostali "tylko" wicemistrzami Polski. Świetna gra Jareckiego spowodowała, że nieoczekiwanie stał się jednym z głównych kandydatów do wyjazdu na Mistrzostwa Świata w Hiszpanii. Znalazł się w 40-, a następnie 24-osobowej kadrze. Mówiło się, że to właśnie on będzie pierwszym zastępcą Józefa Młynarczyka. Niestety podczas ostatniego zgrupowania reprezentacji w RFN odłączył się od ekipy i pozostał nielegalnie za granicą. Co spowodowało taką decyzję u progu wielkiej szansy? Był to okres stanu wojennego, jednak najważniejszym impulsem była chęć dołączenia do swojej narzeczonej, byłej reprezentantki Polski w tenisie. Grał w Fortunie Koeln i należał do czołowych bramkarzy II Bundesligi. Karierę zakończył w 1983 roku. Zwolnił tym samym miejsce dla Adama Matyska, który od tego klubu zaczynał karierę w Niemczech. Matysek wiele wspominał o jego dużej pomocy na początku pobytu za granicą. Tak samo pomagał później Tomaszowi Bobelowi, również bramkarzowi Śląska, a potem Fortuny.

Niestety ciężka choroba nowotworowa zakończyła w 2002 roku jego życie. A miał wtedy zaledwie 44 lata ...



Rozmiar: 43 bajtów


 © 2004 napisz do nas - info - historia - sponsor