Aktualności

Panowie Wąscy. Analiza meczu Śląsk - Widzew

13.04.2011 (00:05) | Andrzej Gomołysek
To był najgorszy mecz Śląska od bardzo dawna. Prawdopodobnie najgorszy za kadencji Oresta Lenczyka. Nie wypalił wariant z Gancarczykiem na boku obrony, nie wypalił pomysł z Szewczukiem na skrzydle, leżało konstruowanie akcji, zaś za sprawą dwóch wyżej wymienionych zawodników, wrocławianie mieli ogromne problemy na tej flance w defensywie. Po nieco zwariowanej końcówce gospodarze uratowali punkt i po raz kolejny udowodnili, że jednym schematem rozegrania można zanotować wspaniałe serie bez porażki. Dobrze to świadczy o tak genialnym schemacie, ale niezbyt dobrze o poziomie ligi.


 

Jakiż to patent? Tradycyjnie - piłka ze stałego fragmentu gry na Kaźmierczaka, ten strąca piłkę / strzela,











co wystarcza, żeby pod polem karnym rywala powstało niemałe zagrożenie. O tym schemacie pisaliśmy wielokrotnie (na czynniki pierwsze rozbierzemy go w 2. numerze Magazynu Śląsk, który za kilka dni pojawi się na naszej stronie), zaś rywale nadal nie są w stanie znaleźć na to recepty.



Śląsk jednak niezupełnie był w stanie znaleźć receptę na inne sposoby rozegrania piłki. 4-5-1, w bardzo wielu momentach przechodzące wręcz w 4-6-0 powodowało wprawdzie, że pod rozegraniem było w środku kilku graczy, tym niemniej i nie byli oni w stanie zapewnić odpowiedniej szerokości (przy niewielkiej liczbie wejść bocznych obrońców, zwłaszcza Gancarczyka), ani ruszać się na tyle, by umożliwić płynne rozegranie między sobą, przy inteligentnej grze Widzewa.







Jak szerokość przy rozegraniu może być istotna, pokazał Śląsk dopiero w końcówce, Wtedy dwa razy za piłką poszedł Gancarczyk, zaś wąsko grający Widzew na tego typu wejścia zostawiał mu mnóstwo miejsca. Mógł więc nieniepokojony biec wręcz na linię pola karnego i szukać precyzyjnego dośrodkowania. Gra Widzewa była tak wąska, że każde podłączenie skrzydłem, pozwalało na swobodne wykorzystanie ogromnej przestrzeni.







Ten sam jednak Gancarczyk miał ogromne problemy w defensywie. Mimo, że kiedy już dochodziło do bezpośredniego zwarcia, często wychodził obronną ręką, tak już w momencie, kiedy rywal przyjmował piłkę, zwykle stał na straconej pozycji. W kilkanaście godzin trener Lenczyk nie nauczył skrzydłowego Śląska nawyków niezbędnych do gry w destrukcji. Tak długo, jak Widzewowi przyszło konstruować ataki pozycyjne, asekuracja jeszcze jakoś wyglądała, głownie ze strony defensywnych pomocników.











Katastrofa przychodziła w momencie, kiedy napastnicy byli uruchamiani długim podaniem. Gancarczyk zbiegał za głęboko, z asekuracją nie nadążał Celeban. Zamiast podwojenia krycia, obrońcy Śląska byli mijani na pełnym biegu, jeden po drugim. Tak padł gol, tak trafiono w poprzeczkę. Jedyną receptą wydawało się przemieszczenie Gancarczyka do przodu, Celebana na bok obrony i wprowadzenie do defensywy Sztylki lub Łukasiewicza. Tym niemniej Orest Lenczyk zamiast tego, zdecydował się na wpuszczenie napastnika na osłabione skrzydło, co jeszcze bardziej utrudniło asekurację. Postawił jednak wszystko na jedną kartę. Czy się opłaciło? Raczej nie. Śląsk wprawdzie wyrównał, ale zagrożenie było większe, niż pożytek z tej zmiany.



Widzew zaś w drugiej połowie kontrolował sytuację. Co ciekawe - mimo prowadzenia, nadal szukał swoich szans i atakował pięcioma zawodnikami. Taka taktyka nie opłaciła się łodzianom, choć zapewne gdyby wykorzystali którąś ze swoich sytuacji (a trzeba otwarcie przyznać, że mieli lepsze niż Śląsk), wrocławianie nie mieliby już szans się podnieść przy trzybramkowej przewadze gości. Szukanie szczęścia w ataku było o tyle uzasadnione, że Śląsk w defensywie prezentował się słabo, a dodatkowo większą liczbą graczy musiał przesunąć się do przodu. W ten właśnie sposób można było stworzyć groźne sytuacje jednym dalszym przerzutem.



Można było niestety dostrzec analogię tego Śląska, do prowadzonego przez Ryszarda Tarasiewicza. Nadal kuleje dość mocno atak pozycyjny i mimo, że w kilku meczach udawało się rozprowadzać płynne akcje, tak ciężko się gra Śląskowi przeciwko zespołom, które zaryglują środek pola. Brakuje rozciągania pola gry i na boki (rzadkie włączenia bocznych obrońców) i na długość (głęboko cofnięty napastnik). Na szczęście dla wrocławian lepiej z przekroju rundy gra obrona, ten mecz potwierdził co najwyżej, że lepiej jednak zdecydować się na bezpieczniejszy wariant i nawet kosztem rozbicia pary stoperów zabezpieczyć bok obrony kimś, kto nie będzie musiał uczyć się mechanizmów gry na pozycji w ciągu kilkunastu godzin.