Aktualności

Wielka Sobota Śląska w Warszawie

30.04.2011 (21:51) | Filip Podolski
Pieknęgo snu ciąg dalszy. Śląsk wygrał w Warszawie z "Polonią" (1:0) po cudownej bramce Waldemara Soboty na kwadrans przed końcem meczu i znów wskoczył na podium (przynajmniej do meczu Lechii Gdańsk w Gdyni z Arką). Wrocławianie pomimo osłabienia zagrali znakomite zawody i uwieńczyli swoją grę golem z kontrataku. WKS po raz drugi w tej rundzie wygrał w stolicy, co do tej pory udało się tylko w sezonie 1973/74.


 

Bramkowa akcja zaczęła się od długiego przerzutu Piotra Ćwielonga do rezerwowego Tomasza Szewczuka. Ten z narożnika boiska wycofał akcję, a następnie zagrał w uliczkę do innego gracza wprowadzonego w trakcie meczu Waldemara Soboty. Ten wbiegł w pole karne, a następnie popisał się kapitalnym uderzeniem w długi róg nie dając Sebastianowi Przyrowskiemu żadnych szans.



Trener Orest Lenczyk musiał zmierzyć się z wyjątkowo dużymi kłopotami kadrowymi. Listę niezdolnych do gry napastników uzupełnił ostatnio Łukasz Gikiewicz i kiedy już wrocławianie ćwiczyli warianty taktyczne bez pierwszej linii, okazało się, że w Warszawie trzeba będzie zagrać również bez reżyserów gry: Sebastiana Mili i Przemysława Kaźmierczaka.



Wobec tego szansę debiutu w Śląsku otrzymał sprowadzony zimą Słoweniec Rok Elsner. Jego występ u boku wychowanka "Czarnych Koszul" Antoniego Łukasiewicza wypadł znacznie powyżej oczekiwań. Zresztą ten drugi czuł się jak u siebie w domu i nie tylko znakomicie czyścił pole, ale i próbował rozegrać piłkę.

Gra ofensywna WKS-u opierała się na ustawionych z przodu nominalnych skrzydłowych: Marku Gancarczyku i Ćwielongu, których z boku wspierał Łukasz Madej. Nieco więcej zadań defensywnych miał drugi boczny pomocnik Amir Spahić, który jednak w wyniku kontuzji opuścił boisko w przerwie. Na jego miejscu pojawił się Sobota i po przerwie goście znacznie częściej przenosli ciężar gry na połowę Polonii.



W kilku sytuacjach zabrakło jednak zimnej krwi, a dokładnie dokładnego podania otwierającego drogę do bramki. Najlepszą okazję do strzelenia gola miał o dziwo Spahić, który w sytuacji sam na sam próbował przelobować Przyrowskiego, ale przegrał ten pojedynek.



W końcówce przyjezdni desperacko się bronili, cudów w bramce dokonywał Marian Kelemen, ale zakończył spotkanie z czystym kontem. Słowa uznania należą się również dla defensorów Śląska, szczególnie dla imponującego siłą spokoju Jarosława Fojuta.





Polonia Warszawa 0:1 (0:0) Śląsk Wrocław

Sobota 82’



Polonia: Przyrowski – Mynar (87’ Wszołek), Kokoszka, Jodłowiec, Sadlok (79’ J.Gancarczyk) – Piątek, Trałka, Andreu (70’ Gołębiewski), Brzyski – Mierzejewski – Sobiech



Śląsk: Kelemen – Pawelec, Celeban, Fojut, Socha – M.Gancarczyk (76’ Szewczuk), Łukasiewicz, Elsner, Madej (89’ Jezierski), Spahić (46’ Sobota) – Ćwielong



Sędzia: Tomasz Musiał

Widzów: 4800