Lokomotywa zatrzymana

23.09.2011 (22:25) | Adam Osiński
Śląsk w końcu wygrywa z Lechem! Wrocławianie na własnym boisku pokonali Kolejorza 3:1 i zasiedli na fotelu lidera T-Mobile Ekstraklasy. Bramki dla podopiecznych Oresta Lenczyka strzelali Piotr Celeban, Łukasz Madej i Cristian Diaz. Honorowe trafienie dla poznaniaków zaliczył Artjom Rudnev.


 

Obie drużyny czuły wobec siebie respekt. Śląsk bronił całą drużyną, bez ryzyka w defensywie. Poznaniacy mimo tego nie kwapili się do ataków na bramkę Kelemena. Kibice oglądali więc coś, co zwykło nazywać się piłkarskimi szachami. Nie trwało to jednak długo, bo gdy WKS po raz pierwszy przedostał się pod pole karne gości, padł gol. Najpierw Mila dośrodkował z rzutu wolnego, a strzał Elsnera sparował Kotorowski. Po kornerze zawodnicy Kolejorza zachowali się jeszcze poprawnie. Wybitą piłkę w okolicach środka boiska przytomnie rozegrał na lewą stronę Tadeusz Socha. Tam czekał już Mila. Rywal zgubił krycie i na wrzutkę kapitana nabiegł Piotr Celeban, który z bliska wepchnął piłkę do siatki.



Stadion oszalał, ale piłkarze po chwili euforii zachowali chłodne głowy. I grali to, co chcieli. Jednak w 16 minucie ten plan mógł spalić na panewce. Murawski odegrał z klepki do Rudneva i najlepszy strzelec ligi stanął oko w oko z Kelemenem. Słowak nie miałby nic do powiedzenia, ale w sukurs przyszła mu poprzeczka. Szczęście było przy Śląsku.



Lech miał piłkę, ale słaby strzał Tonewa to było za mało, by oszukać gospodarzy. Zwłaszcza że poza jedną próbą lechici nie potrafili pograć szybciej przed szesnastką Śląska. A nasz zespół przeszkadzał i czekał na okazję do kontry. Ta długo nie przychodziła, lecz gracze Oresta Lenczyka poradzili sobie inaczej.



W 38 minucie WKS szykował się do wykonania rzutu wolnego z własnej połowy. Sobota skinął do Pietrasiaka, by ten rzucił mu piłkę po linii nad obrońcami. Obrońca posłuchał kolegi, a skrzydłowy urwał się rywalom i zdąłył wycofać piłkę przed linią końcową. Voskamp nie miał szans do niej dojść, więc poznaniakom się przysnęło. Na ich zgubę przed polem karnym odnalazł się Łukasz Madej, który plasowanym strzałem pokonał Kotorowskiego. Przed przerwą kontaktową bramką mógł strzelić Wołąkiewicz, ale po ekwilibrystycznej próbie minimalnie chybił.



Obraz gry w drugiej połowie musiał pozostać ten sam. A że WKS grał pewnie w defensywie, spokój Jose Bakero był chyba tylko pozorny. Hiszpan z nadzieją patrzył na akcję Murawskiego, który zgubił defensora i ułożył sobie piłkę na prawej nodze. Pomocnik szukał długiego rogu, ale znów kunszt pokazał słowacki golkiper. Łatwiejszą sytuację miał kilka minut później. Na ósmym metrze przed bramką piłkę dostał Stlić, lecz strzelił wprost w niego.



W 68 minucie Cristian Diaz zmienił Johana Voskampa, a już 5 minut później wykorzystał nieporozumienie Kotorowskiego z partnerem. Bramkarz Lecha był daleko poza polem karnym, więc Argentyńczyk spokojnie przymierzył do pustej bramki. 3:0 w meczu na szczycie to już był nokaut.



Tak się przynajmniej wydawało. Piłkarze Bakero wyglądali na zrezygnowanych. I tacy by pozostali, gdyby nie jedyny błąd Kelemena. Słowak wypuścił z rąk uderzenie z dystansu, a na takie sytuacje czeka Rudnev. Łotysz dał kolegom cień nadziei. Ale tylko tyle. Dwukrotnie było jeszcze gorąco, ale Śląsk odgryzał się, strzelał z dystansu. Po końcowym gwizdku było co świętować. To pierwsze zwycięstwo z Lechem od czasu powrotu do ekstraklasy w 2008 roku. Zwycięstwo na wagę lidera, przynajmniej do poniedziałku.



Śląsk – Lech 3:1 (2:0)

Bramki: Celeban 10 Madej 38 Diaz 73 – Rudnev 81



Lech: Kotorowski – Henriquez, Kamiński, Wołąkiewicz, Wojtkowiak, Injac (83 Drygas), Kriwiec, Murawski (79 Możdżeń), Stilić, Tonev (58 Wilk), Rudnev



Śląsk: Kelemen – Socha, Celeban, Pietrasiak, Pawelec, Sztylka (46 Dudek), Elsner, Sobota, Madej, Mila (81 Cetnarski), Voskamp (68 Diaz)



Sędziował: Szymon Marciniak

Widzów: 8400