Taktyczne podsumowanie rundy.

18.12.2011 (20:29) | Andrzej Gomołysek | żródło: www.taktycznie.net
Pierwsze miejsce Śląska można uznać za małą niespodziankę, ale nie nosi ono raczej znamion sensacji. Stabilny, bardzo szeroki skład w połączeniu z kompetentnym, stosującym system rotacyjnym trenerem sprawił, że nawet trudy meczów pucharowych nie odbiły się na zespole w końcówce sezonu. Równa zaś forma zaowocowała skutecznym unikaniem wpadek i choć być może Śląsk rzadko swoją grą czarował, to zasłużenia zajmuje miejsce na szczycie ligowej tabeli.


 

1. Ustawienie



Orest Lenczyk mimo lekkich modyfikacji, zawsze był blisko ustawienia 4-2-3-1, modyfikując je lekko w zależności od dostępnych piłkarzy. Główna różnica leżała w sposobie gry defensywnych pomocników - w niektórych sytuacjach pełnili oni funkcje łączników między defensywą a ofensywą naprzemiennie, w innych - był do tego wyznaczony jeden z nich. Pod koniec rundy Śląsk grał bez nominalnego napastnika, mimo to nie przechodząc na 4-6-0, jeden z pomocników był wówczas ustawiony jako ten pełniący funkcje gracza napadu.


2. Taktyka


4-2-3-1 wdrażano w klasyczny dla tego ustawienia sposób. Dwójka defensywnych pomocników po stracie piłki starała się ustawiać za linią piłki, zaś boczni pomocnicy wracali za akcją, wspierając działania bocznych obrońców. W niektórych sytuacjach stosowano pressing, aczkolwiek jego wdrażanie odbywało się chaotycznie i rzadko przynosiło wrocławianom efekty. Największymi problemami z tyłu były braki w asekuracji boków obrony. Niezbyt silnie obsadzone na początku rundy flanki defensywy zespołu z Oporowskiej przegrywały pojedynki jeden na jednego. Kiedy efektem były wysokie dośrodkowania - dobrze grający w powietrzu stoperzy Śląska, o ile dobrze ustawieni, wychodzili z tego zwykle obronną ręką. Jednak przy finalizowaniu tych akcji zagraniami po ziemi, pod bramką było już bardzo groźnie. Nie do końca pewnie wyglądała też asekuracja przedpola, zwłaszcza kiedy jeden z defensywnych pomocników brał udział w rozegraniu i nie zdążał z powrotem. Wówczas, mimo to, nikt z bocznych obrońców ani stoperów nie schodził w ten sektor, aby domknąć krycie. Śląsk stracił wprawdzie tylko jednego gola po strzale spoza pola karnego, ale zasługa w tym też doskonale interweniujących bramkarzy. Problemy Śląska z ustawianiem się w defensywie obrazuje fakt, że jeśli idzie o łapanie rywali na spalonym, są oni trzecią najgorszą drużyną w Ekstraklasie. Dodatkowo, dysponując na papierze bardzo dobrze grającą w powietrzu defensywą, czterokrotnie tracili bramki po strzale głową. Wynik ten wprawdzie plasuje ich w środku stawki, ale stosunek goli straconych głową do straconych ogółem, klasyfikuje ich na trzecim miejscu od końca.

Sprawa przy rozegraniu wygląda zresztą dość podobnie. Indywidualne umiejętności zawodników trzeba ocenić wysoko, natomiast przy grze kombinacyjnej sytuacja wyglądała już różnie. Trio Mila - Ćwielong - Madej przy rozegraniu między sobą radziło sobie bardzo dobrze, zaś w sytuacjach, gdy potrzebny był zawodnik bardziej bazujący na umiejętnościach indywidualnych - korzystano z usług Soboty. W teorii wyglądało to bardzo dobrze, natomiast trzeba mieć zastrzeżenie do wykonania. W sytuacji kiedy rywale mocno naciskali w środku, wrocławianie nie byli w stanie szybko wymieniać swoich piłek, zaś atak pozycyjny szwankował dość mocno. W dodatku wybór między grą kombinacyjną a większym naciskiem na indywidualną był, można odnieść wrażenie, przypadkowy, zaś grę rzadko dopasowywano pod kątem rywala. W sytuacji zaś więc, kiedy przeciwnik zdominował środek pola, wrocławianom pozostawało liczyć na przypadkowe kontry, błędy rywali lub zamieszanie po stałych fragmentach gry. Co ciekawe - licząc na to, Śląsk bardzo dobrze na tym wychodził. Bramki zdobyte po kontrze to blisko 40 procent dorobku drużyny i zdecydowane prowadzenie w tej klasyfikacji w Ekstraklasie. Dla równowagi - z ataku pozycyjnego Śląsk zdobył tylko 6 bramek. Wynik w skali ligi to wprawdzie w okolicach średniej, ale przy 16 golach Lecha i 14 Legii wrażenia nie robi



W ataku stawiano na klasycznego egzekutora. Trener Lenczyk, ponownie dość przypadkowo wybierał między Diazem i Voskampem. Obaj zdobyli dla zespołu po kilka bramek. Pierwszy dość łatwo dochodził do sytuacji, natomiast grał mało skutecznie, zaś drugi ze stwarzaniem szans miał problemy, natomiast jeśli już jakieś miał, wykorzystywał je. Obaj są nastawieni raczej na otrzymywanie podań niż na samodzielne kreowanie szans (więc kiedy Diaz próbował rozgrywać, skutki były mierne), przez co jeśli Śląsk kontruje, czują się doskonale. Kiedy jednak trzeba z mozołem budować akcje - ich ruchliwość nie zostaje wykorzystana, przez małą efektywność ataku pozycyjnego. Ciekawiej było w końcówce rundy. Nominalnym napastnikiem był Sobota, jednak duża wymienność pozycji powodowała, że na tym stanowisku panowała duża rotacja, zaś w miejsce Soboty do ataku schodzili skrzydłowi. Nie byłą to jednak gra fałszywą dziewiątką, gdyż napastnik zamiast schodzić w głąb pola, szukał raczej zejścia do boku. Efekty gry były zaś znikome, a Śląsk mecze wygrywał tradycyjnie - kontrami i stałymi fragmentami gry.


3. Innowacje




Mieliśmy udawane 4-6-0, mało zwrotnego stopera Marka Wasiluka na flance i boku obrony, dobieranie składu według trudnych do określenia kryteriów. Jeśli idzie o grę Śląska w porównaniu z wiosną, ma się jednak poczucie małego kroku w tył. Wprawdzie rozegranie akcji jest żywsze, ruchliwość zawodników większa, ale ich wzajemna asekuracja pozostawia sporo do życzenia. Widać to z tyłu pomocy, gdzie duet Sztylka - Kaźmierczak ubezpieczał się lepiej niż Elsner - Dudek. Gra tego ostatniego zawodnika jest największą nowością w ekipie Śląska. Do niego należy regulowanie tempa gry drużyny, w poprzedniej rundzie zawodnika tego typu u wrocławian nie było, te zadania rozdzielone było między dwójkę pomocników, a gra była nieco bardziej szarpana. Obecnie w pewnym zakresie ten problem udało się wyeliminować, choć samemu Dudkowi tempo gry zdarza się niepotrzebnie zwalniać. Mimo wszystko można odnieść wrażnie, że Lenczyk nieco uprościł grę zespołu, zostawiając więcej pola do popisu zawodnikom.


4. Stałe fragmenty gry


Śląsk jest wyraźnym liderem klasyfikacji goli zdobytych po rzutach rożnych (8 bramek), natomiast w ogólnej klasyfikacji efektywności SFG ustępuje tylko Ruchowi Chorzów. Patent jest dość prosty - ostre wrzutki Mili lądują na głowach licznych wysokich i/lub dobrze grających w powietrzu zawodników (Celeban, Fojut, Kaźmierczak, Voskamp, Elsner, Wasiluk, Pietrasiak). Zwykle po tego typu wrzutkach w polu karnym wybucha duże zamieszanie, nawet jeśli nie uda się wrocławianom od razu oddać strzału. Często kończy się to tym, że o piłkę walczy 12 graczy, a na końcu i tak wpada ona pod nogi Piotra Celebana.





Wrocławianie nie szukają zbyt skomplikowanych środków wykonania SFG, zwykle są to proste i ostre wrzutki w pole karne, bądź bezpośrednie strzały, kiedy to możliwe. Oba te stałe fragmenty gry wykonuje Mila, choć kiedy zamiast na technikę, trzeba postawić na siłę, wyręcza go Elsner lub Kaźmierczak.

W defensywie Śląsk radzi sobie całkiem nieźle z bronieniem rzutów rożnych. Krycie jest poprawne, zawodnicy dobrze się ustawiają i skutecznie interweniują. Gorzej sytuacja wygląda przy rzutach wolnych. w ten sposób Śląsk stracił trzy gole, a zawodnicy nadal gubią krycie w sytuacji, kiedy rywale mają miejsce, by przesunąć się w stronę bramki.

Tylko jednego gola zdobył Śląsk z rzutu karnego. Wykonujący go Sztylka uderzył podobnie jak etatowy wykonawca jedenastek we wrocławskiej ekipie - Dudek - czyli możliwie precyzyjnie i blisko słupka, nie dając bramkarzowi większych szans.




5. Ocena taktyczna


Śląsk jest ekipą trudną do oceny. Z jednej strony gra bardzo równo i nawet jeśli zdarzają się jakieś słabsze momenty, zwykle znajdzie się jakiś skuteczny sposób na rozstrzygnięcie meczu na swoją korzyść. Jednakże nie sposób nie zauważyć, że rozegranie piłki nadal w wielu sytuacjach nie funkcjonuje zbyt dobrze, a poszczególni zawodnicy grają bardzo dobrze jako indywidualności, różnie natomiast bywa z kolektywem. Na tle polskiej ligi prezentuje się on mimo wszystko wyróżniająco, jednak od jego poczynań, ręce rzadko składają się do oklasków. Lenczykowi należą się brawa za przygotowanie fizyczne graczy, jednak w kwestiach taktycznych można odnieść wrażenie, że jego naczelną zasadą jest po pierwsze nie szkodzić. Przypomina to trochę Harry\'ego Redknappa w Tottenhamie, który pozwala piłkarzom na dużą swobodę. Tam też przynosi to nadspodziewanie dobre efekty.