Aktualności

Trudne początki. Analiza taktyczna Śląsk - Ruch

19.02.2012 (23:43) | Andrzej Gomołysek
Bardzo wyrównany mecz przyniósł zasłużony remis. Pod koniec pierwszej połowy Śląsk sprawiał wrażenie kontrolującego sytuację, jednak w drugiej części inicjatywa przeszła nieco w ręce Ruchu. Biorąc pod uwagę, że skład wrocławianie mają lepszy, należy przyznać taktyczne zwycięstwo Fornalikowi. Trzeba jednak wziąć poprawkę na to, że ma on ukształtowany po poprzedniej rundzie zespół. Lenczyk w tym meczu próbował jednak czegoś nowego. A coś nowego nie od razu musi zaiskrzyć.


 







Śląsk wyszedł więc w nowym, wąskim 4-2-3-1, gdzie każdy z ofensywnych pomocników grał stosunkowo blisko środka. Mila i Stevanović w praktyce obaj grali w środku, nieco bardziej odchylony od centrum był Cetnarski. Na lewej stronie domyślnie miał więc szaleć pół-obrońca, pół-pomocnik Mraz. Póki co jednak obyło się bez fajerwerków. Podobnie niestety z drugiej strony. Obecność Cetnarskiego pozwoliła na przeprowadzanie większej liczby ataków tą stroną, ale z rozszerzaniem pola gry nie zawsze nadążał Celeban.



I trudno się dziwić. O ile być może Mraz ma dane ku temu, żeby się w tej roli odnaleźć, Celebanowi może być trudniej. Choć nieźle sobie radził jako obiegający skrzydłowego, w sytuacji, kiedy będzie głównym odpowiedzialnym za flankę, może być już mu trudniej. Gra tam trochę z konieczności, choć jest chyba najlepszym ze stoperów, środek obrony jest tak silny, że może sobie poradzić bez niego. Rola, którą teraz otrzymał jest jednak ciężka i w pierwszym meczu wypadł przeciętnie. Być może i warto spróbować przy tego typu grze Sochę?



Abstrahując jednak od wsparcia skrzydeł - kilka wymian ofensywnej trójki naprawdę mogło się podobać. Szybkie podania klepką, pozwalające na minięcie kilku zawodników i otworzenie drogi do bramki funkcjonowały bardzo dobrze i były widowiskowe. W pierwszej połowie. Ruch jednak w ciemię bity nie jest i dobrze dostrzegł źródło problemów.Dwójka defensywnych pomocników cofnęła się na tyle głęboko, żeby mieć możliwość podwajania Mili czy Stevanovicia, dla równowagi zaś boczni obrońcy wyszli nieco wyżej - aby blokować wejścia bocznych obrońców, a przy okazji utrudnić nieco grę środkowych do boku.



Śląsk został więc zmuszony do gry na małej przestrzeni, która nie dość, że nie wychodziła mu za bardzo nigdy, tak było o to trudniej przy nowej organizacji gry. Słabiutko w tym odnajdował się Diaz, zaliczając dramatycznie mało kontaktów z piłką. Cofał się po nią, ale nie miał pomysłu co dalej, a dodatkowo na jego powroty w głąb pola nie chcieli się nabrać defensorzy Ruchu i trzymali się swoich pozycji. I to była chyba nie najlepsza decyzja personalna trenera Lenczyka. Przynajmniej w teorii, bo lepiej do gry kombinacyjnej zdaje się pasować Gikiewicz. Widocznie jednak Argentyńczyk na treningach prezentował się lepiej.



Ruch miał w pierwszej połowie spore kłopoty, ale stopniowo opanowywał sytuację. Śląsk grał początkowo z wysokim pressingiem, zaś goście nie do końca mieli pomysł, jak z niego wybrnąć. Dobry przegląd pola Kaźmierczaka umożliwiał dodatkowo szukanie dalszych, prostopadłych piłek. Teoretyczna przewaga Śląska w środkowej strefie (3 vs 2 pomocników) była dobrze wykorzystana. Problemy zaczęły się jednak, kiedy bardziej do przodu i do środka przesunięto bocznych pomocników Ruchu. Gra Śląska kleić się przestała, a wrocławianie zrobili chyba najgorsze co mogli.



Przesunęli mianowicie pomoc jeszcze bardziej do przodu. Efekt? Dziura na 40-50 metrze od bramki, czyli to, co szybki atak Ruchu lubi najbardziej. Defensywa chorzowian trzymała dość stabilnie w szachu Śląsk, natomiast możliwe było dla gości zagrywanie nieco dłuższych piłek w kierunku napastników. Ci korzystając z większej ilości miejsca, mogli pozwolić sobie na rozpędzenie się, co owocowało sporym zagrożeniem, zaś problemy z jego stwarzaniem miał z kolei Śląsk. Obie defensywy operowały jednak pewnie i spokojnie, przez co więcej goli już nie padło.



Ruch dobrze dopasował się z biegiem meczu do tego, co grał Śląsk. Wrocławianie mieli jednak problem ze swoją nową grą. Duża liczba zawodników na małej przestrzeni w środku utrudniała dość mocno mimo wszystko grę kombinacyjną. Widać było jej momenty, ale bez zapewnienia szerokości, ona sama nie będzie w stanie rozmontowywać defensyw poprawnie ustawiających się rywali. Dla Śląska, który mnóstwo goli zdobył właśnie dzięki dłuższym podaniom na schodzących ze skrzydeł piłkarzy, taka zmiana to rewolucja. Kluczowym pytaniem jest, na ile z gry w tym systemie wywiążą się boczni obrońcy, tak naprawdę przy tego typu grze zależy od nich najwięcej.



Obu trenerom należą się słowa uznania. Fornalikowi za to, że skonstruował bardzo dobrze funkcjonującą maszynkę przy użyciu piłkarzy, z którymi nikt inny nie osiągnąłby tak wiele. Lenczyk zaś postanowił wdrożyć wariant z gatunku tych z piłkarskich salonów, opierający się na posiadaniu piłki i operowaniu nią. Wrocławianie wymienili w tym spotkaniu sporo więcej podań niż Ruch, ale nie byli w stanie czerpać z tego profitów. Trzeba postawić sobie pytanie czy Śląsk ma wykonawców, żeby grać tak, jak wymyślił to Lenczyk. Grających w tym stylu bocznych obrońców w skali ligi jest niewielu, podobny jest problem z napastnikami. Nowy pomysł na grę wnosi wiele i teoretycznie jest krokiem w przód, z biegiem czasu jest szansa, że piłkarze się go nauczą i w dłuższym okresie się to Śląskowi opłaci.



Jest też ryzyko, że wrocławianie doszkalając się go na teoretycznie silniejszych rywalach, stracą kilka punktów, co spowoduje odwrót na pozycje z góry upatrzone. Tyle, że wtedy i stary wariant trzeba będzie doszkalać od nowa. Lepiej chyba więc brnąć w to dalej. Orest Lenczyk wydłubał ten klub z dna tabeli na jej szczyt, więc raczej w panikę nie wpadnie.