Aktualności

Nakładką: Zasłużyć na tytuł

21.02.2012 (01:39) | Michał Zachodny
Daleko mi do ferowania wyroków na podstawie jednego spotkania rozegranego przez Śląsk w Ekstraklasie, ale nie mogę się nadziwić reakcji niektórych osób, które przyszło mi wysłuchać w trakcie i po sobotnim meczu. Wydawać by się mogło, że w przerwie zimowej nastąpił w zespole regres formy, umiejętności piłkarskie w tajemniczy sposób wyparowały, a szanse na mistrzostwo przepadły po dziewięćdziesięciu minutach.


 

„No weź wywal tę piłkę!” – mniej więcej tak, choć przy użyciu mocniejszych słów, zakrzyknął siedzący rząd wyżej ode mnie jegomość w okolicach sześćdziesiątej minuty, gdy Kelemen po raz kolejny krótko i do boku rozegrał aut bramkowy. Taktyka ta była z rozmysłem stosowana przez zawodników Oresta Lenczyka, lecz publika jakby nie wierzyła w umiejętności golkipera i stoperów Śląska, którzy dosyć pewnie grali w „dziadka” z napastnikami rywali. Strat z tego nie było, chyba, że liczyć włosy wyrwane z głowy wspomnianego kibica.



„Po cholerę do lewej, w pole, szesnastkę!” – również nieco wygładziłem formę krzykliwej wypowiedzi innego stadionowego sąsiada, którą dzielił się z publiką, gdy Elsner jeszcze w pierwszej połowie udanie przeniósł akcję z jednego skrzydła na drugie, szukając szansy na rozmontowanie defensywy rywali. Nerwowość fana rosła z każdym krótkim podaniem wymienionym przez zawodników Śląska w środkowej strefie, niezależnie od powodzenia całej akcji lub jej efektowności.



Wyjaśnijmy sobie coś na wstępie – każdy płacący za bilet ma prawo do swojego głosu, jak i wyobrażenia o grze drużyny, którą wspiera. W sobotę na trybunach zasiadło osiemnaście tysięcy trenerów, choć liczyło się zdanie tylko jednego. Nawet nie chcąc uchodzić za jakiegokolwiek eksperta, wywyższać się lub wyśmiewać opinię innych, z każdą minutą meczu coraz bardziej cieszyłem się, że ostateczna decyzja co do stylu gry Śląska należy do Oresta Lenczyka, nie tych sąsiadujących ze mną piłkarskich heretyków.



W Premier League błyszczy ostatnio walijski zespół Brendana Rodgersa, Swansea City. Ich znakiem firmowym jest zdobywanie przewagi przez posiadanie piłki – są zespołem, który w całej lidze najdłużej utrzymuje się przy futbolówce na własnej połowie, a pomocnik „Łabędzi”, Leon Britton ostatnio został uznany najlepszym podającym w Europie. Wskaźnik dokładnych podań Anglika wynosi w tym sezonie ponad 93% i wyprzedza on choćby wirtuoza Barcelony, Xaviego. Britton jest również jedynym, który w Premier League zaliczył perfekcyjne dziewięćdziesiąt minut – przy przekazywaniu futbolówki nie pomylił się ani razu.



Jest jeszcze jeden charakterystyczny dla Swansea aspekt gry – bramkarz Michel Vorm, znalezisko trenera, brzydzi się dalekimi podaniami do napastników. Jak mówi sam menedżer zespołu, Holender jest faktycznie ich jedenastym piłkarzem, nie parą rąk w bramce. Do tej pory udało się Swansea zatrzymać Chelsea i rozprowadzić Arsenal, a zachwytów nad ich ambitnym stylem gry nie brakuje. Stylem cechującym się choćby wysokim pressingiem i niespotykaną wręcz pewnością rozgrywania piłki w obronie. Obrońcy faktycznie czasem grają z rywalami w „dziadka”…



Czemu nawiązuję właśnie do rewelacji Premier League? Proste -chodzi o trend, który obecnie w piłkarskiej Europie staje się znakiem rozpoznawczym wielkich drużyn piłkarskich – umiejętność utrzymywania się przy piłce, wymieniania wielu podań, wymuszaniu nimi błędów w ustawieniu rywala. Podłapywany od największych przez ambitnych trenerów, chcących wszczepić w swój zespół coś więcej niż tylko frustrowanie przeciwnika na boisku. Także na to w przerwie zimowej zdecydował się postawić Orest Lenczyk.



Przebłyski Śląska były już na jesień, choćby przypominając efektowny styl w jakim rozprowadzono Jagiellonię w Białymstoku. Jednak właśnie na zagranicznym obozie szkoleniowiec wrocławskiego klubu chciał zdecydowanie postawić na zmianę filozofii i nie krył się z tym. Śląsk ma nie tylko wygrywać, ale ma wykorzystywać w pełni potencjał swoich piłkarzy, ma dominować nad rywalem i grać mądrze, nauczyć się tego, co polskiego piłkarza przyprawia o mdłości – ataku pozycyjnego.



Czy warto zmieniać styl zespołu przed decydującą dla niego rundą? Śląsk był ekipą, która zdawała sobie sprawę ze swoich niedoskonałości, piłkarze byli świadomi, że są od nich lepsi nawet na Ekstraklasowych boiskach. Irytowali ich dyscypliną taktyczną, świetną grą w obronie, perfekcją stałych fragmentów gry i dobijającymi kontrami – w 2011 roku na krajowych boiskach lepszej drużyny nie było.



Wydaje mi się, że chęć zmiany przyszła z meczami z Rapidem Bukareszt, gdy bez większego wysiłku przeciwnicy rozprowadzali ambitnych wicemistrzów Polski. Mający europejskie ambicje Śląsk dostał poważną lekcję futbolu od tak naprawdę przeciętnej ekipy, która później przecież oberwała dwukrotnie od Legii. Wniosek był prosty – grając tak jak do tej pory można namieszać w lidze, lecz w pucharach szybko znajdzie się rywal rozsądniejszy i pewniejszy. By możliwości równały się ambicjom, potrzebna była zmiana. Kiedy nie lepiej się na nią porywać, gdy najwięksi lokalni rywale mają swoje problemy, a przewaga w tabeli na takie manewry pozwala? Zwłaszcza, że stare przyzwyczajenia zawsze można w alarmowej sytuacji przywrócić…



W meczu z Ruchem Chorzów gospodarze wykonali ponad 140 podań więcej, również w zagraniach celnych różnica na korzyść Śląska była podobna. Wystawienie trzech rotujących między sobą środkowych ofensywnych pomocników wraz z najlepiej podającymi defensywnymi zawodnikami strefy środkowej (Elsner i Kaźmierczak) miało tylko ułatwić Śląskowi osiągnięcie tej przewagi. Tak podopieczni Lenczyka starali się grać całe spotkanie, stąd choćby ciągłe krótkie wznawianie autów bramkowych Kelemena oraz niezliczone podania wymienione między Fojutem i Pietrasiakiem.



Nie wyszło? Owszem, były problemy – przeciętna gra bocznych obrońców, narastające zmęczenie liderów ofensywnych (Mili i Stevanovicia, którzy różnie przeszli przez okres przygotowawczy), anonimowy występ Diaza oraz niezła odpowiedź Waldemara Fornalika w drugiej połowie. Jednak Lenczyk ani jego zespół nie powinien być karcony przez zirytowanych brakiem ciągłych i uproszczonych ataków kibiców. Chęć wprowadzenia takiego stylu jest decyzją odważną i wymagającą poparcia fanów, zwłaszcza gdy pozytywnych aspektów było przynajmniej tyle co tych negatywnych.



Śląsk chce na mistrza Polski zasłużyć. Orest Lenczyk nie ma planu na najbliższe pół roku, lecz ten zespół słusznie jest przygotowywany do walki o wyższe cele również za rok i ostatnia przygoda w Europie, jakkolwiek ekscytująca, pokazała konieczność zmian w stylu gry. Polska dosyć już miała mistrzów, którzy w decydujących momentach pojedynków międzynarodowych bali się piłki jakby raziła prądem, wykopując ją daleko, zamiast ją utrzymać i tylko denerwować rywala.



„Przecież to jakaś tragedia” – rzekła mijający mnie przy wyjściu ze stadionu kolejny kibic, rozczarowany remisem Śląska. Zdziwiłem się, nawet lekko skrzywiłem, ale szybkim machnięciem ręki zbyłem te negatywne głosy w tłumie. Nerwy są zwyczajowym towarzyszem fanów, lecz złym doradcą każdego trenera. „Po tym, co staraliśmy się zrobić w okresie przygotowawczym, pewnie pójdziemy tą drogą” – zadeklarował po meczu Orest Lenczyk, pytany o styl gry. Dobrze, że chociaż na wrocławskim szczycie panuje spokój i pewność obranego kierunku. To Śląskowi wyjdzie tylko na dobre.

źródło: własne