Aktualności

Po prostu koszmar

26.02.2012 (16:58) | Michał Zachodny
Jeśli któremuś z zawodników lub trenerów Śląska w noc przed meczem z Legią przyśnił się koszmar to w niedzielne wczesne popołudnie on się z pewnością urzeczywistnił. Stracona bramka w pierwszej minucie, kolejne trafienie nim nie minął kwadrans i jeszcze jeden gol przed przerwą, połączony z czerwoną kartką - to najgorszy możliwy scenariusz hitu Ekstraklasy dla jej lidera. Ten, który go napisał we Wrocławiu mile widziany nie będzie.


 

W Legii i Ekstraklasie od pierwszej minuty zadebiutował na prawym skrzydle Nacho Novo, a Śląsk wyszedł bez napastnika, choć ze chcącym przypomnieć o swoich umiejętnościach technicznych. Zanim miał jednak okazję, ich brakiem popisał się jego kolega z zespołu, który będąc ostatnim obrońcą już w trzydziestej sekundzie zgubił piłkę i pozwolił, by Janusz Gol pognał na bramkę i pokonał Kelemena. Stadion Miejski na chwilę zamarł, zresztą część widzów wchodząc na trybunę myślała, że mecz dopiero się zaczyna, gdy gospodarze po raz drugi wznawiali grę od środka.



Śląsk się jednak nie poddawał i miał swoje szanse na wyrównanie. Kuciak nie miał wielu okazji do interwencji, ale gdy Mila posłał kolejny raz piłkę z narożnika boiska wyręczył go stojący na linii bramkowej kolega z pola, blokując uderzenie głową Fojuta.

Koszmar jednak trwał, bo choć Śląsk ambitnie i ciekawie starał się namieszać w szykach obronnych Legii to goście groźnie kontratakowali. Gdy wywalczyli sobie rzut rożny, Ljuboja posłał piłkę tuż nad ziemią do stojącego przed szesnastką Novo. Hiszpan uderzył z pierwszej, Kelemen obronił, lecz przy dobitce nieobstawionego Gola nie miał już szans. Chwila milczenia na stadionie tym razem była znacznie dłuższa.



To dobiło gospodarzy, którzy mieli coraz większe problemy ze skonstruowaniem sensownej akcji. Nieźle grał Sobota, ale wszystkie jego dryblingi ostatecznie kończyły się na trzecim bądź czwartym defensorze Legii. Wreszcie trochę miejsca w szesnastce gości znalazł sobie Cetnarski, lecz jego uderzenie zblokowano. Szybka kontra przyjezdnych, Pietrasiak znowu zgubił piłkę co wykorzystał Ljuboja, faulowany tuż przed polem karnym. Dobrze prowadzący zawody sędzia Hubert Siejewicz wyrzucił obrońcę Śląska z boiska, a Serb kapitalnym uderzeniem ze stojącej piłki jeszcze podwyższył prowadzenie gości. Nokaut stał się jeszcze bardziej bolesny.



Tak wysokie prowadzenie oraz przewaga liczebna napędzały Legię, choć Orest Lenczyk zawodów poddawać nie chciał za wszelką cenę – efektem posłanie jeszcze przed przerwą w bój Voskampa za niewidocznego Stevanovicia. Grający trójką z tyłu wrocławianie zostawiali dużo miejsca rywalom i tylko świetnie broniący Kelemen zagwarantował mniejsze upokorzenie swoim kolegom w pierwszej połowie. Przynajmniej ze dwie sytuacje przed gwizdkiem sędziego zmarnował Novo. W przerwie trener Lenczyk jeszcze raz zaskoczył, tym razem zmieniając Cetnarskiego i wzmacniając obronę Sochą.



Legia jednak drugą część meczu rozpoczęła bardzo komfortowo, pewnie broniąc i dobrze atakując, ciesząc się dodatkowym miejscem na boisku wynikającym z osłabienia gospodarzy. Śląsk miał jednak swoją okazję, gdy Fojut posłał lewym skrzydłem Milę, który starał się płaskim dośrodkowaniem odnaleźć atakującego ze środka Voskampa, lecz groźniejsze wyszło z tego uderzenie niż podanie. W odpowiedzi bardzo aktywny Wolski sprzed szesnastki pomylił się o centymetry.



Radosny futbol Legii trwał, a ich mistrzowskie aspiracje tylko podkreślane były przez kolejne szybkie wymiany podań pod polem karnym Śląska – po jednej z takich akcji na jeden kontakt Ljuboja miał przed sobą pustą bramkę, ale i tak sędzia liniowy podniósł chorągiewkę sygnalizując spalonego. Gospodarze wykorzystali swoją ostatnią zmianę na wpuszczenie na boisko Sebastiana Dudka, lecz nie zatrzymało to rozpędzonych rywali. Dobity i nie wierzący w odmianę losów piłkarze Śląska kompletnie odpuścili krycie przy rzucie rożnym co wykorzystał Astiz ładną główką posyłając piłkę do siatki. Demolka trwała w najlepsze.



Dopiero w ostatnim kwadransie goście odpuścili i Śląsk przynajmniej kilka razy zagościł w szesnastce rywali. To jednak w żadnym stopniu nie przełożyło się na sytuacje, a po postawie przynajmniej większości graczy Lenczyka widać było, że oni to spotkanie w głowach przegrali już dawno temu. Maciej Skorża dał szansę zadebiutować Bartoszowi Żurkowi, wpuścił na boisko powracającego po kontuzji Miroslava Radovicia.



Walki zabrakło w ostatnich minutach, gdy goście z uśmiechem na ustach dogrywali ostatnie minuty, a rozpacz Śląska symbolicznie pokazał Sebastian Mila, uderzając pięściami o murawę po katastrofalnym wykonaniu rzutu wolnego.



Pytanie jakie roznosiło się po kuluarach po ostatnim gwizdku było jedno – jak i czy w ogóle uda się Orestowi Lenczykowi pozbierać rozłożoną na łopatki drużynę w walce o mistrzostwo Polski. Mimo utrzymania pozycji lidera, taka postawa pozwalała sądzić, że wkrótce z pierwszej lokaty wrocławianie zostaną strąceni. Czy przy mniejszej presji wyniki się poprawią? Mimo wszystko, w ostatnich minutach niedzielnego spotkania trybuny wciąż głośno skandowały, że mistrzostwa Polski nadszedł czas. Oni wierzą, że koszmar Śląska trwał będzie tylko jeden mecz.



Śląsk Wrocław 0-4 (0-3) Legia Warszawa



Bramki: Gol 1', 13', Ljuboja 34', Astiz 69'



Śląsk: Kelemen - Celeban, Fojut, Pietrasiak, Mraz - Elsner (64' Dudek), Kaźmierczak - Cetnarski (46' Socha), Stevanović (39' Voskamp), Mila – Sobota

Legia: Kuciak - Jędrzejczyk, Żewłakow, Astiz, Wawrzyniak - Kucharczyk (72' Radović), Rzeźniczak, Gol, Wolski (82' Żurek), Novo (59' Żyro) – Ljuboja



Żółte kartki: Elsner, Sobota, Mráz - Wolski, Astiz, Żyro.

Czerwona kartka: Dariusz Pietrasiak

Sędziował: Hubert Siejewicz

Widzów: 33 000

źródło: własne