Miłe katastrofy początki

11.03.2012 (19:02) | Michał Zachodny | źródło: własne
Jeśli piłkarze Śląska Wrocław będą chcieli kiedykolwiek wymazać cokolwiek z ich życiorysów, dzisiejszy mecz z Koroną Kielce jest w czołówce potencjalnych wydarzeń. Mimo szybko zdobytej bramki gospodarze nie byli w stanie dorównać ambicją i pomysłem na grę swoim rywalom, a porażka oznacza, że prowadzenie Legii w tabeli jest coraz bezpieczniejsze. Śląsk pozostaje z dwoma punktami zdobytymi w 2012 roku. Zapraszamy do czytania relacji.


 

Lepiej Śląsk tego spotkania nie mógł zacząć. Oczywiście zapominając o otwierających mecz niecelnych podaniach Elsnera, Mili i Kaźmierczaka, lecz nerwy gospodarze opanowali dosyć szybko i zajęli się atakowaniem. Dosyć głęboko cofnięty był Diaz, również blisko ustawiony kapitana Śląska i to klepka tej dwójki oraz prostopadłe zagranie pierwszego do wychodzącego lewym skrzydłem Madeja dało prowadzenie. Pomocnik z dosyć ostrego kąta kapitalnym uderzeniem w długi róg otworzył wynik spotkania i... zakończył dobrą grę podopiecznych Oresta Lenczyka w pierwszej połowie. To była szósta minuta.



Potem do głosu doszła Korona, wykorzystując nieporozumienia zawodników gospodarzy i twardo stawiając czoła faworyzowanemu Śląskowi. Dobrze prezentował się Korzym, Sobolewski sprawiał wiele problemów na lewym skrzydle, ale największą bronią gości byli... obrońcy rywali. Śląsk także próbował atakować, lecz często Mila był odcinany przez nieźle ustawiającego się Jovanovicia oraz agresywnego w odbiorze Vukovicia. Po części gospodarzy może tłumaczyć totalnie zniszczona murawa w środkowej strefie na połowie Korony, jednak nawet wypady skrzydłami nie przynosiły zagrożenia Małkowskiemu.



Wyrównanie padło z rzutu rożnego, gdy defensorzy Śląska zaskakująco łatwo przegrali dwa pojedynki główkowe – jeden na krótkim słupku, drugi na długim, a akcję mocnym wolejem wykończył Kijankas wykorzystując ogólną niemrawość gospodarzy. Reakcja zespołu Lenczyka była żadna, a coraz bardziej zdenerwowani kibice gwizdali i buczeli na piłkarzy, gdy kolejne podania okazywały się niecelne. Do przerwy kolejne szanse stwarzali sobie goście, ale nie na tyle groźne, by zmuszać Rafała Gikiewicza do wspaniałych parad – nawet tych mniej efektownych zabrakło.



Ku zaskoczeniu fanów, Śląsk na drugą połowę wyszedł bez żadnej zmiany, choć... bez jednego zawodnika – dopiero po pięciu minutach gotów do gry był Dariusz Pietrasiak, a chwilę wcześniej dziurę na środku obrony prawie wykorzystał Korzym. Wyszedł sam na sam z Gikiewiczem, lecz sędzia liniowy podniósł chorągiewkę – jak pokazały telewizyjne powtórki, niesłusznie. Za to dwie pierwsze żółte kartki już należały do poprawnych decyzji, a adresatami napomnień byli Vuković i Pawelec.



Na boisku panował chaos i przypadek, a kolejne minuty mijały bez zakiełkowania choćby idei na to jak rozgryźć twardo i bardzo dobrze grającego rywala. Z kolei Korona, oprócz frustrowania piłkarzy Śląska swoją postawą, sama zagrażała, choć dopiero w 67. minucie Rafał Gikiewicz ratował gospodarzy interwencją. Kilka chwil później zdarzył się mały cud, gdy podopieczni Lenczyka zdołali wymienić pięć dokładnych podań, a dośrodkowanie Celebana otworzyło możliwość Diazowi powiększenia dorobku strzeleckiego. Zamiast gola, kibice zobaczyli złą decyzję sędziego, ponieważ snajper Śląska trafił w obrońcę, a sędzia wskazał na aut bramkowy.



Moment później przyszedł czas na zmiany, lecz zanim na boisku pojawił się Dudek i Cetnarski, Piotr Malarczyk swoim pierwszym kontaktem z piłką po wejściu dał Koronie prowadzenie. Kolejny rzut rożny, kolejny raz zawodnik rywali został pozostawiony sam sobie, a horror Śląska trwał. Niemoc to w wypadku tego popisu wrocławian mało wymowne stwierdzenie.



Ostatnie dziesięć minut to nieśmiałe próby Śląska odrobienia strat i oszczędzeniu sobie choć pewnej porcji gwizdów po zakończeniu spotkania. Niestety, gdy w polu karnym znalazł się Waldemar Sobota, zbytnio zagapił się na piłkę i dopadła go chmara rywali. Szczęście nie było po stronie także Dariusza Pietrasiaka, którego strzał zablokował obrońca, a uderzenie Przemysława Kaźmierczaka z rzutu wolnego zatrzymało się na poprzeczce. Wyrównania zabrakło.



Przy pomeczowych gwizdach, osiemnaście tysięcy rozczarowanych grą i wynikiem ludzi poważnie zastanawiało się nad tym, gdzie w zimie zgubiła się trenerowi Lenczykowi jedenastka walecznych i kapitalnie grających piłkarzy oraz czemu w ich miejsce ściągnięto przypadkowych aktorów. Nawet jednak niech to nie będzie podsumowaniem bezradności i beznadziejności Śląska Wrocław w to chłodne niedzielne popołudnie, a fakt, że tryumf gości był całkowicie zasłużony. Droga do mistrzostwa już nie tylko jest długa i kręta, lecz jeszcze przypomina murawę Stadionu Miejskiego.



Śląsk Wrocław 1-2 (1-1) Korona Kielce



Bramki: Madej 6' – Kijankas 20', Malarczyk 75'



Śląsk Wrocław: R.Gikiewicz - Celeban, Fojut, Wasiluk (50' Pietrasiak), Pawelec – Elsner (76' Dudek), Kaźmierczak - Sobota, Mila (76' Cetnarski), Madej - Diaz

Korona Kielce: Małkowski - Golański (60' Lenartowski), Kijanskas, Stano, Lisowski – Kuzera (75' Malarczyk), Jovanović, Vuković, Korzym - Sobolewski, Gołębiewski (86' Bąk)



Żółte kartki: Pawelec - Golański

Sędziował: Tomasz Musiał (Małopolski ZPN)

Widzów: 18000