Szwedzki potop we Wrocławiu

01.08.2012 (22:35) | Michał Zachodny
Nadzieje kibiców Śląska były spore, zwłaszcza, że Śląsk mierzył się z ponoć mocno przeciętnym mistrzem Szwecji. Niestety, lekcja z pojedynków przeciwko Budućnosti nie została odrobiona w najmniejszym stopniu, a krytyka z którą zmierzyć miał się zespół w rozmowach z Orestem Lenczykiem niezbyt konstruktywna. Śląsk zagrał tragicznie, będąc tłem dla szybszego, dynamiczniejszego i po prostu lepszego piłkarsko rywala, który mistrza Polski zmiótł z murawy. Trzy bramki kończą wszelkie nadzieję na kolejne wieczory z Ligą Mistrzów we Wrocławiu. Zapraszamy do relacji z tego spotkania.


 

Orest Lenczyk przed meczem zastanawiał się nad zmianą w obronie, ale to była najwyraźniej zasłona dymna, ponieważ to ofensywę Śląska czekało kompletne przemeblowanie. Ci, którzy zawiedli w zeszłotygodniowej porażce z Budućnosti usiedli na ławce rezerwowych, a w ich miejsce trener posłał Sobotę, Patejuka i Voskampa - to najbardziej ofensywne ustawienie na jakie do tej pory sobie sztab szkoleniowy pozwolił.



Niestety, początek spotkania wcale nie zwiastował huraganowych ataków gospodarzy, ale toczył się w zupełnie innym kierunku. Już w drugiej minucie błąd popełnił Spahić, który nie zablokował Lindstroma, a Sorum omal nie pokonał Kelemena sprytnym uderzeniem piętą. Chwilę później znów pomyłka lewego obrońcy Śląska, ale golkiper ze Słowacji był na swoim posterunku. W otwierającym kwadransie gospodarze w zasadzie nie istnieli, ledwo wymieniając dwa trzy podania, wyglądając na mocno zaskoczonych ofensywą przyjezdnych.



Dopiero po tym okresie naporu pokazali się piłkarze ofensywni. Z przebitki skorzystał Mila, który wysokim zagraniem starał się uruchomić w polu karnym rywali Voskampa, lecz Holender źle opanował piłkę, a desperackie uderzenie zostało z łatwością zablokowane. Po chwili napastnik Śląska przepchnął obrońcę, a długie podanie od Grodzickiego trafiło do Patejuka - chociaż skrzydłowy źle przyjął futbolówkę, to i tak zmusił Hanssona do wybicia jej na rzut rożny.



Okres rzadszych ataków Helsingborga zakończył po trzydziestej minucie Finnbogason, najlepszy strzelec rywali mistrzów Polski. Fatalne błędy w rozegraniu popełniał Pawelec, a także Kaźmierczak, który grał wyjątkowo statycznie, pozwalał rywalom na przyjęcie piłki, nabierając się na nawet najprostsze zwody. Po jednej z takich kontr ze środkowej strefy Finnbogason znalazł się na prawym skrzydle niekryty, ale znów na posterunku był Kelemen. W odpowiedzi Śląsk stworzył najgroźniejszą akcję, po rzucie rożnym - świetnie dośrodkował Sebastian Mila, a z linii szesnastki wbiegał Elsner, któremu rywale pozwolili na oddanie mocnego uderzenia głową. Niestety, Słoweniec trafił wprost w kapitana Helsingborgs, Para Hanssona.



W trzydziestej szóstej minucie nic nie wskazywało na tragedię. Grodzicki spokojnie rozgrywał piłkę z Kaźmierczakiem, ta trafiła do Pawelca, a stoper Śląska... oddał ją rywalom, tak po prostu. Nastąpiła szybka kontra, jeszcze defensywny pomocnik gospodarzy po raz kolejny został objechany, pozwalając przeciwnikowi na płaskie dośrodkowanie - dla Finnbogasona to była wystarczająca okazja, by przyłożyć nogę i wturlać piłkę do siatki. Utrata gola u siebie to był scenariusz z koszmarów - tak przynajmniej określał taką ewentualność Orest Lenczyk na przedmeczowej konferencji. Ewentualność, która stała się faktem.



W pierwszej połowie trudno było o element, który w drużynie Śląska funkcjonował należycie - oprócz Mariana Kelemena, standardowo zresztą. Boczni obrońcy byli niepewni, Spahić po raz kolejny udowadiał, że Mraz nie będzie miał problemu z powrotem do składu. Sobota i Mila byli widoczni tylko momentami, Kaźmierczak po boisku truchtał, notując łatwe straty, a Voskamp nie miał nawet pół szansy, by zdobyć bramkę. Co gorsze, otwarcie drugiej połowy wcale nie przyniosło poprawy sytuacji.



Chwilę po restarcie Finnbogason rozgrzał Kelemena uderzeniem z dwudziestu metrów, a Helsingborgs spokojnie kontrolował wydarzenia na boisku. Największym problemem była dziura w środku pola, a przykładem nieporadności gospodarzy był brak ruchu oraz wyjścia do podania ze strony pomocników i skrzydłowych. Nawet jak już Śląsk opanował nerwy to miał straszliwe kłopoty z przeniesieniem akcji pod pole karne gości. Skrzydłowi zawodzili w indywidualnych akcjach, w ogóle nie mając wsparcia od bocznych obrońców.



Jak powinien grać środkowy pomocnik pokazywał Wrocławianom May Mahlangu. Chociaż fizycznie bardziej wątły od każdego z rozgrywających Śląska, to za każdym razem był dwa, trzy kroki szybszy do piłki, z łatwością ich wyprzedzając, odbierając piłki, pokazując się do podań i robiąc przewagę na skrzydłach. Z frustracji na własną niemoc w pojedynkach z pomocnikiem rodem z RPA, Rok Elsner otrzymał żółtą kartkę za niepotrzebny faul na nim pod linią boczną w pobliżu środka boiska.



Orest Lenczyk starał się zmieniać, ale na rezerwie brakowało takich opcji, które dawałyby nadzieję na poprawienie rezultatu. Bezproduktywnego Voskampa zmienił Diaz, ale zanim zdążył choć raz wziąć udział w akcji, musiał wznawiać spotkanie od środka boiska. Piłkarze Helsingborgsa perfekcyjnie wyprowadzili piłkę spod własnej bramki, kilkadziesiąt metrów przebiegł Mahlangu - sam, nikt mu nawet nie przeszkadzał. Pod polem karnym Śląska Finnbogason z łatwością rozegrał do boku, Andersson przyjął piłkę, wystawił ją sobie, popatrzył na ustawienie Kelemena i posłał futbolówkę prosto w okienko. Bez żadnej próby bloku, to wyglądało jakby gospodarze oddawali rywalom pole bez zamysłu jakiegokolwiek pressingu.



Ostatni kwadrans w wykonaniu Śląska był bolesnym doświadczeniem dla każdego kibica mistrzów Polski. Brakowało wiary, wszystkich elementów piłkarskich, a pojawienie się Gikiewicza i Stevanovicia nie zmieniło kompletnie nic w grze drużyny Oresta Lenczyka. Inna sprawa, że nie mogło to pomóc, skoro wszyscy zawodnicy z pola zawodzili nadzieje fanów - nie tylko brakiem umiejętności, ale i brakiem woli. Tam, gdzie Śląsk w ostatnich miesiącach poprzedniego sezonu wykrzesał kluczowe do mistrzostwa punkty, tam teraz nie było żadnych pokładów ambicji, zacięcia, by odwrócić losy spotkania.



Śląsk dobił Nordmark, który niezatrzymany zbiegł z lewego skrzydła, gdy Kowalczyk nieudolnie próbował wybić prostopadłe podanie niepilnowanego na dwudziestym metrze Finnbogasona. Z przykrością trzeba oddać rywalom ze Szwecji to, że było to wysokie, ale w pełni zasłużone ich prowadzenie. Nawet jeśli w samej końcówce to wreszcie Hansson miał trochę roboty, najpierw odbijając strzał Diaza, a potem potężne uderzenie Elsnera z dwudziestu kilku metrów. Chwilę później Słoweńca już na boisku nie było, po raz kolejny sfaulował on rywala i obejrzał drugą żółtą kartkę, jeszcze ograniczając i tak marne opcje Oresta Lenczyka na rewanż w Szwecji. Rewanż, który nie jest nawet misją niemożliwą, ale po prostu smutnym odzwierciedleniem bardzo słabego poziomu mistrzów Polski już na samym starcie nowego sezonu.



Śląsk Wrocław 0-3 (0-1) Helsingborgs IF



Strzelcy: Finnbogason 36', Andersson 73', Nordmark 85'



Śląsk Wrocław: Kelemen - Kowalczyk, Grodzicki, Pawelec, Spahić - Sobota, Elsner, Kaźmierczak (73' Stevanović), Patejuk (73' Ł.Gikiewicz) - Mila - Voskamp (65' Diaz)

Helsingborgs IF: Hansson - Wahlstedt (81' Nordmark), Sadiku, Atta, Uronen - Lindstrom, Gashi, Mahlangu, C.Andersson - Finnbogason (90' Sundin), Sorum (65' Santos)



Sędziował: Ivan Bebek (Chorwacja)

Widzów: 14000

źródło: własne