Aktualności

Nakładką: Wojna światów

22.08.2012 (01:46) | Michał Zachodny
To znowu musiał być Widzew. To znowu musiało zdarzyć się w Łodzi. Tak jak we wrześniu 2010 roku, gdy pracę tracił Ryszard Tarasiewicz. 2-5 i katastrofalna wręcz dyspozycja całego zespołu. Tragiczne błędy defensywy, powolna i beznadziejna linia pomocy oraz atak bez podań, bez zagrożenia, bez jakości. "Graliśmy przecież ofensywnie, stworzyliśmy wiele sytuacji, dwie bramki na wyjeździe..." - takie tłumaczenia słyszeliśmy po tamtym meczu. Teraz nie jest lepiej.


 

Bo tamten zespół nic nie różni od obecnego. Nadal wszyscy grają powoli i bez pomysłu, a brak sześciu piłkarzy... Nie oszukujmy się - w 2012 roku występy Śląska, które by nam zaimponowały można policzyć na palcach jednej ręki. Niezależnie od tego kogo w składzie brakuje, Orest Lenczyk powinien przygotować lepiej zespół do pojedynku z Widzewem. Tymczasem jego czyny to istna desperacja - absurdalne i mocno spóźnione pismo do Legii, awaryjne ściąganie Piotra Ćwielonga, potem defensywna taktyka na samo spotkanie. Nie można było tego tygodnia do meczu spędzić na faktycznym opracowaniu planu, który w jakimkolwiek stopniu byłby bliski temu, co w Śląsku preferuje Lenczyk? Może to było sprawdzane, może tych wariantów było kilka, ale czy to cokolwiek zmienia? Wybrano chyba najgorsze rozwiązanie z możliwych, a tych jedenastu piłkarzy na boisku przez nawet chwilę nie przypominało zespołu. Chaos, niedokładność i zatrważający brak klasy.



Głos zza kulis tylko dopełnił rozpaczy kibiców. Konflikt napastnika, bramkarza, a pewnie i większości zespołu ze szkoleniowcem, który ostatnio stracił chyba najbliższego mu sojusznika - Marek Wleciałowski uciekł na odrobinę spokojniejsze wody reprezentacji narodowej. Tłumaczenia po meczu z Widzewem? Gra przeciw Lenczykowi jest dla piłkarzy absurdem, ale choć wszyscy podkreślają fatalną postawę, to starają się stworzyć rzeczywistość w której był to tylko wyjątek od reguły, zły dzień w pracy. "Pokażemy, że potrafimy grać w piłkę, tego się nie zapomina" - tak generalnie można określić ich reakcję.



Błędną, zaznaczmy. Kiedy ostatnio bowiem Śląsk pokazał nam, że w piłkę grać potrafi? Kiedy udowodnił, że nie są mu obce kombinacyjne rozegrania piłki, budowanie akcji od tyłu, rozrywanie rywali schematami wyćwiczonymi w tygodniu? Kiedy ostatnio zobaczyliśmy, że - faktycznie - ten zespół jest od rywali lepszy fizycznie, taktycznie i piłkarsko? Na pewno nie w tym sezonie - zwycięstwa w Podgoricy i Polkowicach były odniesione w stylu, który najchętniej szybko by zapomniano.



Zawodnicy chowają się za mistrzostwem, które osiągnęli w poprzednim sezonie. Po wygranym sparingu, który zyskał rangę "Superpucharu" mówili, że bronią ich wyniki - wspomniane trofeum, drugie i pierwsze miejsce w dwa lata. Jasne, to imponuje. Ale ostatnio obserwatorzy rodzimego futbolu za nic nie są w stanie zrozumieć skąd te rezultaty przyszły. Nikt nie jest w stanie dać racjonalnej odpowiedzi - piłkarze Śląska swoją postawą tym bardziej. Grają tak, jakby po powiedzeniu 'A' nikt nie chciał przejść do 'B'. O przepraszam - chcą kibice. W szatni status quo i mistrzowska wymówka jest nadal najwyżej na rozkładzie.



Niestety piłkarze Śląska robią wszystko, by ustawić się po drugiej stronie barykady, naprzeciwko tych, co mają inne zdanie - naprzeciw wrogom. Nie można skrytykować złej postawy mistrzów po wysokiej porażce, nie można kwestionować przydatności i jakości pojedynczych ogniw. Nie można szukać alternatyw, bo jest się przeciwnikiem, mącicielem. To jest ich świat.



Ten drugi nie jest lepszy. Szatnię piłkarzy od trenerskiego gabinetu na Oporowskiej wiele nie dzieli, to fakt. Tam również pewne teorie i tezy nie są mile widziane. Pytania o przygotowanie, transfery, konflikty, wyniki, taktykę, zmiany, młodzież i zarządzanie klubem są przyjmowane z takim wyczekiwaniem co naloty dywanowe. Jak wyżej - alternatywa nie istnieje, bo - to wersja oficjalna - nikt nie jest na tyle blisko tego świata, by zrozumieć, że innej drogi być nie może. Nawet nie łudźmy się, że będzie dane nam poznać te powody - do tego świata obcych się nie wpuszcza.



Te dwa światy zderzyły się nie po raz pierwszy i trudno sobie wyobrazić, że w tej wojnie o wpływy i znaczenie wygrają obie strony, wygra Śląsk. Zresztą, co miałoby być zwiastunem odmiany? Lepsze wyniki i lepszy styl? Jak daleko od tego jesteśmy wie każdy, kto dał się w sobotę przeciągnąć przez 90. minut pseudo futbolowej katorgi.



Wojna światów trwa w najlepsze, mediacji podejmują się władze miasta i przedstawiciele drugiego właściciela klubu. "To jest koniec pewnego porozumienia" - mówi Grzegorz Mielcarski o zaistniałej sytuacji. "Albo poleci szkoleniowiec, albo siedmiu zawodników" - dosadniej kryzys przedstawia Andrzej Iwan. W kibicowskich głowach trwa istna licytacja i ocena sił - na czym stracimy bardziej, wylanie kogo zaszkodzi mniej, jaka decyzja ruszy Śląsk z tego ciemnego zaułku w jakim się znalazł?



Nikt nie łudzi się, że nastąpi rozejm - przecież ile razy już słyszeliśmy o rozmowach trenera z drużyną, które miały oczyścić atmosferę? Czas pokoju był krótki, choć obfity w wyniki - pokazano nam, że współpraca i jeden cel mogą dać efekt pozytywny, ale... właśnie - cena sukcesu była wysoka. Nie wnikajmy, kto pierwszy tym razem naruszył niepisany pakt o stabilizacji. Obraz dla reszty może i jest kreowany na inny, ale tam na klubowych korytarzach trwa już nawet nie wojna podjazdowa, ale otwarty konflikt zbrojny. Słowa w jakich miał zwrócić się do szkoleniowca argentyński napastnik tylko to potwierdzają.



Tu nie będzie zwycięzców, tu nie ma dobrego rozwiązania. Pokój nigdy nie przetrwa kolejnego długiego sezonu. Zwycięstwo szatni scementuje ją przed przybyciem następcy Lenczyka, który jej wpływom będzie musiał się poddać licząc na współpracę. Tryumf trenera? Istny exodus piłkarzy, masowa wyprzedaż i chaos budowania drużyny od nowa - w przypadku polityki transferowej Śląska, wiemy co to może oznaczać.



Tak, to jest wojna na wzajemne wyniszczenie. Schowana za uśmiechem odmawiającym komentarza, wypowiedziami odrzucającymi teorie o konflikcie, zapowiedziami o rozmowach pokojowych, obietnicami o poprawie wyników i stylu. Dyskusjom dotyczącym tego, jak tej wojnie można było zapobiec towarzyszy jedno wspólne przeczucie - o strachu rządzących przed efektami wcześniejszych decyzji, odważniejszych zmian już w maju. Teraz ten strach ma jeszcze większe oczy.

źródło: własne