Piłkarskie jaja po wrocławsku

21.04.2013 (16:25) | Krzysztof Banasik
W stojącym na żenującym poziomie meczu 23. kolejki Ekstraklasy Śląsk Wrocław zremisował na własnym stadionie z Lechią Gdańsk 1:1 (0:0), tracąc bramkę po kuriozalnym zagraniu Mariana Kelemena, wyrównując po błędzie Bartosza Kanieckiego przy strzale Piotra Ćwielonga. Próbując dostrzec pozytywy tego meczu trzeba podkreślić, że dzięki zdobytemu punktowi wrocławianie na pewno utrzymają trzecią pozycję w tabeli.


 

W pierwszej połowie obie drużyny nie potrafiły skonstruować sobie żadnej stuprocentowej okazji do objęcia prowadzenia. Mecz piłkarski przypominał nieco spotkanie tenisowe – piłka przebijana była z jednej połowy na drugą, ale zawodnicy zapomnieli, że od czasu do czasu wypadałoby grę przyspieszyć i spróbować strzału na bramkę przeciwnika. Jedni powiedzieliby, że to piłkarskie szachy, inni, że piłkarskie jaja. Skoro najbliżej strzelenia bramki przed przerwą był Dalibor Stevanovć – i to dwukrotnie, rację mieliby prawdopodobnie ci drudzy. Emocji w tym meczu z pewnością brakowało.



Dramaturgię w spotkaniu zapewnił kibicom Marian Kelemen, który w 52. minucie postanowił dryblować przed własnym polem karnym, przyprawił wszystkich o palpitację serca i po kilku sekundach wyciągał piłkę z siatki po strzale Piotra Wiśniewskiego. Zawodnik Lechii uświetnił swój setny występ w barwach gdańskiego klubu. Gol zdobyty przez gości w żaden sposób nie zmienił obrazu gry, który był nie do zniesienia. Śląsk nie miał absolutnie nic do zaproponowania w tym spotkaniu, a zejście Erica Mouloungui’ego wprowadziło w szeregi wrocławian jeszcze większe zamieszanie, bo na boisku brakowało nominalnego napastnika. Wejście Łukasza Gikiewicza też niczego nie zmieniło.



Na stadionie pojawiały się niemrawe gwizdy zdegustowanych kibiców, którzy mają prawo od mistrzów Polski i finalistów krajowego pucharu wymagać o wiele więcej. Zielono-biało-czerwoni wciąż nie potrafią zagrać dwóch spotkań z rzędu na wysokim poziomie, do czego jesteśmy już przyzwyczajeni. Świetnym podsumowaniem meczu był gol Piotra Ćwielonga. Bartosz Kaniecki pozazdrościł budowania dramaturgii Kelemenowi i sam zafundował nam niespodziankę w postaci przepuszczenia w 88. minucie łatwej piłki pomiędzy nogami, która wturlała się do bramki Lechii.



Podopieczni Levy’ego mieli zdobyć trzy punkty i umocnić się na trzeciej pozycji, zdobyli tylko jeden i muszą spoglądać w dół tabeli na mających chrapkę na medale graczy Polonii Warszawa, Jagiellonii Białystok, Piasta Gliwice i Górnika Zabrze. Jeżeli Śląsk nie zacznie wygrywać nie tylko w Pucharze Polski, ale też w Ekstraklasie, wkrótce wszystkie te kluby wykorzystają okazję na wyprzedzenie wrocławian.



Śląsk Wrocław 1:1 (0:0) Lechia Gdańsk

Ćwielong 88’ – Wiśniewski 53’



Śląsk: Kelemen – Socha, Kowalczyk, Kokoszka, Pawelec – Kaźmierczak, Stevanović (46’ Elsner) – Sobota, Mila, Patejuk (75’ Ł.Gikiewicz) – Mouloungui (57’ Ćwielong)



Lechia: Kaniecki – Deleu, Bieniuk, Janicki, Brożek – Ricardinho, Bąk, Pietrowski, Wiśniewski – Duda, Buzała



Żółte kartki: Kowalczyk, Socha (Śląsk)

Sędziował: Paweł Pskit (KS Łódź)

Widzów: 17 832