Aktualności

Chłodnym okiem: Dla kogo taka gra?

23.04.2013 (20:35) | Adam Osiński
Niedziela. Wczesne popołudnie. Piękna kwietniowa pogoda. Na Stadion Miejski we Wrocławiu przybywają kibice. Za chwilę rozpocznie się tu mecz ekstraklasy, którego gospodarzem będzie mistrz Polski, a do tego świeżo upieczony finalista krajowego pucharu. Kibiców jest więcej niż zwykle – o jakieś pięć tysięcy, pewnie mniej, bo przyjechali też fanatycy z Gdańska. Ja jestem wśród nich, tego dnia nie zajmuję miejscówki w loży prasowej. Takie mam postanowienie: jeden mecz w rundzie obejrzeć z trybuny B, poczuć to wszystko z innej perspektywy. Z tej okazji zabieram na mecz trzech kumpli. Przychodzą na stadion od wielkiego dzwonu, ale jednak za bilety zapłacili, wybrali mecz piłkarski zamiast innej rozrywki. Jeden z nich, Bartek, nawet niespecjalnie interesuje się piłką, ale właśnie kupił szalik WKS-u. Takich jak oni jest wielu. Zaczęli przychodzić, bo nowy stadion, bo mistrzostwo, bo łatwiej o zakup biletu. No właśnie, w piątek przy dworcowej kasie czekałem pół godziny. Przede mną stał tylko jeden facet, tyle że w teczce miał 15 dowodów osobistych i książeczki zdrowia dziecka. Kupował wejściówki dla całej rodziny. I bardzo fajnie. Tylko czy oni wszyscy jeszcze wrócą na stadion po tym, co zobaczyli w meczu z Lechią?


 

Śląsk w tym meczu nie stracił tylko dwóch punktów. Klub zanotował spektakularną porażkę marketingową i tym razem to nie odpowiedni dział zbiera za to cięgi. Winnym jest pion sportowy. Piłkarze na boisku zrobili wszystko, co mogli, by zniechęcić ludzi do przychodzenia na swoje mecze. W poniedziałek dostałem smsa od Łukasza, który zniesmaczony pisze, że zabrał na stadion dwie nowe osoby. Raczej nie namówi je na kolejną wizytę. Rozumiem go, też mi głupio, bo jestem w pewnym sensie odpowiedzialny za zmarnowanie czyjegoś czasu i pieniędzy. Zastanawiam się tylko, czy piłkarze też czują się odpowiedzialni, czy jest im wstyd za ten niedzielny popis. A może po tym, jak Piotr Ćwielong wyrównał i wykonał salto, on i jego koledzy czują ulgę, radość z tego, że nie przegrali, że znów udało się wbić gola w końcówce. Wstydu za to nie ma trener Levy, który po meczu gratulował drużynie postawy. Nie kupuję gadania o zmęczeniu czy braku świeżości. Ponoć mamy do czynienia z zawodowcami, mecz z Wisłą był cztery dni wcześniej, o rotacji w składzie już tylko wspominam.



Gdy wróciłem do domu, w Poznaniu gra toczyła się pół godziny – w tym czasie Zagłębie wbiło jednego gola, gospodarze odpowiedzieli dwoma. Tam się naprawdę działo: i bramki dla gospodarzy ładne, i akcje niczego sobie. Które z tych spotkań odzwierciedla prawdziwy obraz polskiej ligi? Oba. W każdej kolejce albo załamujemy ręce lub śmiech nam w gardłach zamiera, albo przecieramy oczy, gdy okazuje się, że polski piłkarz czasem potrafi. Szkoda tylko, że WKS z Podbeskidziem czy Lechią ukazał to gorsze oblicze, bo modę na piłkarski Śląsk wciąż trzeba we Wrocławiu nakręcać. Po takiej klapie ten plan bierze w łeb, a klub tych niedzielnych kibiców przecież potrzebuje – oni łatają budżet tak jak ty czy ja, zapełniają stadion, budując wizerunek i przyciągając sponsorów. Wkrótce okazja do rehabilitacji, czyli finał Pucharu Polski. Zwycięstwo odbiłoby się szerokim echem i poprawiło wizerunek.