Aktualności

Nakładką: Zakładnik Stevanovicia

30.04.2013 (17:38) | Michał Zachodny
Według informacji dziennikarzy "Piłka Nożna", Stanislav Levy dostał ofertę przedłużenia kontraktu ze Śląskiem Wrocław na kolejny sezon. Klub chętnie skorzysta z okazji do zatrzymania czeskiego szkoleniowca na dłużej i to nawet po wysokiej porażce w derby Dolnego Śląska oraz wypadnięciu z czołowej trójki ligi. To jednak nie kiepskie ostatnie wyniki w lidze - jeśli Śląsk nie wygra z Pogonią, na zwycięstwo w Ekstraklasie będzie czekał więcej niż miesiąc - rzucają cień na tę decyzję klubu.


 

Po prawdzie, Stanislav Levy daje nadzieję na kolejny lepszy sezon. Jednym z założeń stawianym przed trenerem zatrudnionym w miejsce Oresta Lenczyka była walka o mistrzostwo Polski - to oczywiście się nie powiodło, a głównym powodem tego, że obecnie Śląsk traci do Legii aż szesnaście punktów jest brak klasowego napastnika. Nawet ściągnięty na ratunek Eric Moulougui jest jeszcze doprowadzany do stanu piłkarskiej używalności, gdy mecz w Lubinie był tylko kolejnym z tuzinów przykładów na biede Wrocławian przy obsadzeniu tej pozycji.



Ważniejsze w ocenie będzie więc to o czym mówił na pierwszej konferencji Levy'ego Rafał Dutkiewicz. "Chcemy, żeby zawodnicy grali bardziej ofensywnie" - padło z ust prezydenta miasta. Wyzwanie było to spore, ponieważ z Diazem, Gikiewiczem czy Voskampem na wiele liczyć nie można - ostatnią nadzieją miały być zimowe sparingi, ale nawet i tego już nie ma. Gdy na Stadionie Miejskim wyczytywane jest nazwisko napastnika Śląska - i nie jest to (jeszcze) Moulougui - powszechna reakcja jest jedna: zwieszenie głowy, zrezygnowanie, chęć spożycia napojów wysoko procentowych. My wszyscy już wiemy co nas wtedy czeka.



Śląsk gra lepiej ofensywnie. To nie są już tylko momenty, jak za kadencji Oresta Lenczyka, ale nawet dłuższe fragmenty spotkań, gdy drużyna Levy'ego stara się kreować sytuacje indywidualnymi pojedynkami, trudniejszymi, technicznymi zagraniami... Nawet w tym feralnym meczu w Lubinie pierwsza połowa nie wskazywała na to, że skończy się wielkim laniem. Waldemar Sobota demonem skuteczności nie jest, ale taki Piotr Ćwielong udowodnił już, że potrafi decydować o wynikach meczów. Szkoda, że transfer Sylwestra Patejuka okazał się niewypałem - jak widać jedna przewrotka na Łazienkowskiej wiosny nie czyni, ani nie sprawia, że piłkarz nagle z poziomu Podbeskidzia przeskoczy na front walki o tytuły.



Oczywiście, że Levy ma swoje problemy. Śląsk w tym sezonie stracił więcej bramek niż ostatni w tabeli GKS Bełchatów, a czwarta najgorsza w Ekstraklasie defensywa nie przynosi chluby nikomu. Można to częściowo zrzucić na wprowadzanie nowego stylu gry (co przy mało dynamicznych środkowych pomocnikach często kosztuje obrońców sporo dodatkowej pracy), ale też na generalny chaos związany z wymianą piłkarzy na kluczowych pozycjach. Kowalczyk to wciąż boczny obrońca, Jodłowiec to lepszy stoper niż Kokoszka, a Mariusz Pawelec już dawno ma za sobą szczyt formy, który i tak do walki o tytuły nigdy go nie predysponował. Biorąc pod uwagę jakie ostatnio prezenty rozdaje Marian Kelemen, negatywny dorobek defensywny całej drużyny naprawdę nie wynika tylko z winy szkoleniowca.



Jednakże największą bolączką Levy'ego jest środek pola. Mateusz Cetnarski - kiedyś cudowne dziecko z Bełchatowa, dziś coraz częściej przypadkowy przechodzień spotkany we Wrocławiu - został ograniczony do roli kradnącego czas w końcówkach meczów, a nie piłkarza, który (proszę się nie śmiać!) kiedyś miał zostać następcą Sebastiana Mili. Przemysław Kaźmierczak jeszcze okazjonalnie ściągnie na siebie atencję gazet pięknym uderzeniem, ale jego generalny brak mobilności w kluczowej strefie często irytuje, a na pewno kolegom nie pomaga. Rok Elsner w tym sezonie zdaje się kolekcjonować skoszonych równo z murawą rywali, gdy Dalibor Stevanović...



Ha, gdzie tu zacząć? Widzicie, nawet przy ocenie Stevanovicia staram się o tzw. szerszą perspektywę problemu jego gry w Śląsku. Staram się spojrzeć na to jak prezentuje się w meczach, jak podaje piłkę (celniej niż np. Kaźmierczak), jak ustawia się w grze, jak współpracuje z innymi... i wtedy piłkę, cholera, przejmuje Małkowski, objeżdża go z prawej strony, potem zawraca pod jego nosem i dwa razy z dystansu uderza, dając Zagłębiu drugą bramkę. To są te momenty, które definiują wszystko do czego jego krytycy (pan, pani, społeczeństwo!) się przyczepiają.



Stanislav Levy nie może sobie pozwolić na zostanie zakładnikiem pewnych piłkarzy. Często się mówi o wpływie Sebastiana Mili na to jak gra drużyna Śląska, ale, po prawdzie, o opinii tego zespołu bardziej świadczą jego najsłabsze ogniwa. Czeski szkoleniowiec zapewne znajduje aspekty, które może nawet i wyżej wymieniłem, a bronią one w jakimś minimalnym stopniu Stevanovicia, jednak przekrojowa ocena jest jak najbardziej negatywna. Patrząc w kalendarz i wyczekując końca rozgrywek kibic Śląska ma głównie nadzieję, że oznacza to też koniec przygody Słoweńca we Wrocławiu. Niech on już reklamuje te swoje napoje, ale nie do czerwca 2014 roku kosztem okazjonalnego bawienia się w piłkarza w zielonym kostiumie.



Przy wszystkich osłabieniach jakie niewątpliwie Śląsk dotkną w trakcie krótkiej przerwy letniej, Stanislav Levy musi wreszcie odpuścić i naprawdę przestać szukać detali, które mają Stevanovicia ratować. Niech więc trener spojrzy i uwierzy, że siła mediów i kibiców jest spora, a on już jest oceniany przez pryzmat uporczywego wystawiania Słoweńca. Może teraz nie jest w stanie się od niego odciąć, wciąż jestem w stanie uwierzyć w mityczny "trenerski nos" oraz to jak on sprawy widzi na codziennych treningach, ale lato jak najbardziej przyniesie okazję do uwolnienia się od Stevanovicia. Zrobi to dobrze i Śląskowi, i przyszłości w tym klubie Levy'ego.

źródło: własne