Chłodnym okiem: Obrona po polsku

21.05.2013 (21:50) | Adam Osiński
Przewidywania znów okazały się pustym gadaniem. Podbeskidzie w tabeli się nie wspina, Pogoń ucieka z jej dna, a Ruch się zatrzymał, choć po wyjazdowej wygranej z Bełchatowem przy Cichej miało być spokojnie. Na górze to samo – ostrzyliśmy sobie zęby na pojedynek o tytuł, ale z dużej chmury spadł mały deszcz. Po przeciętnym meczu już wiemy, że tym razem mistrza poznamy przed ostatnią kolejką. I nie ma przypadku w tym, że będzie nim Legia – skoro drużyna Urbana gra przeciętnie, a mimo to jest poza zasięgiem, to znaczy, że jest najsilniejsza. Zwłaszcza w grze do przodu, co widać na tle konkurencji w liczbie strzelonych goli. Ale Lechowi też należą się słowa uznania – za najsolidniejszą defensywę. Niby mamy czasy niedoboru napastników i playmakerów w rodzaju Sebastiana Mili, ale dziury w obronie straszą nie mniej niż brak skuteczności czy płynnej gry.


 

Znamy to z własnego podwórka – Śląsk zdobył tytuł przy wydatnej pomocy Mili oraz stoperów w osobach Celebana, Fojuta i Pietrasiaka. Gdy ich zabrakło, już tylko pięć drużyn broni w ekstraklasie gorzej niż WKS. Lekiem na odejście kilku mistrzów Polski miał być wyjęty z Chorzowa Rafał Grodzicki. Tyle że we Wrocławiu pożytku z niego wiele – do tej pory – nie ma, a przy Cichej za nim na pewno tęsknią, bowiem to właśnie żałosna defensywa odpowiada za degrengoladę wciąż aktualnych wicemistrzów. Pogoń musiała dopiero zagrać z Ruchem, by w końcu zdobyć wiosną jakieś bramki z gry. Śląsk też nie jest znany z porywających akcji, ale na tle Wisły, w której zabrakło Arkadiusza Głowackiego i specjalisty od przeszkadzania – Radosława Sobolewskiego – grał jak Bayern z HSV. Demolki w ostatniej kolejce dokonała jednak Korona. Tydzień temu pisałem, że Tomasz Hajto powinien jeszcze w Jagą popracować, tylko konieczne są dwie-trzy korekty w składzie. Chodziło oczywiście o obronę – gorszą tylko od Ruchu. Trener białostoczan próbuje wielu wariantów, z młodymi Dźwigałą i Porębskim na czele, ale przed startem nowego sezonu powinien chyba wziąć pod uwagę, że Michał Pazdan w Górniku prezentował się najlepiej, gdy grał przed stoperami.



Lech potrafi się zorganizować w obronie i mecz przy Łazienkowskiej tej opinii nie zmienia. Bo cóż takiego zrobił lider – jedynego gola strzelił z rzutu karnego. OK, Kosecki doszedł do stuprocentowej sytuacji, ale to i tak był dopiero piąty stracony przez lechitów gol w dwunastym meczu na wiosnę. Widać, że Marcin Kamiński, który jeszcze rok temu sadził babole, rozwinął się i zasłużenie zbiera pochwały. Zawsze podobały mi się drużyny, które z charakterem broniły dostępu do własnej bramki. Może to herezja, ale w meczu Brazylia – Włochy ściskam kciuki za Europejczyków. Inter Mediolan z lat 60., którego trenerem był słynny Helenio Herrera, nie do końca słusznie nazywany ojcem catenaccio i brzydkiego stylu gry, znam tylko z książek. Pamiętam jednak zwycięstwo Greków na Euro 2004 i szefa defensywy drużyny Otto Rehhagela – Traianosa Dellasa. Zdaję sobie też sprawę, kto stał za triumfem Włochów na mundialu dwa lata później. Fabio Cannavaro był nie tylko efektywny, ale i efektowny. Ale nie oczekujmy zbyt wiele, niech wśród polskich defensorów najpierw zapanuje solidność. Choćby taka na miarę Lecha.