Spacer w parku

18.07.2013 (22:49) | Paweł Lorenc
Otwierające nowy sezon Śląska Wrocław spotkanie w niczym nie przypominało poprzedniej domowej potyczki z zespołem z Czarnogóry. Powód był prosty - zawodnicy Rudaru byli przynajmniej o klasę gorsi od gospodarzy. Świetny początek zespołu Stanislava Levy'ego zagwarantował spokojne spotkanie, choć goli mogło i powinno być znacznie więcej.Dwanaście tysięcy ludzi zgromadzonych na Stadionie Miejskim w ciepły czwartkowy wieczór wyskoczyło ze swoich krzesełek już w piątej minucie, a ręce same składały się do oklasków. Pięknym prostopadłym podaniem w korytarz na lewym skrzydle wypuszczony został Dudu Paraiba, a jego kapitalne, płaskie dośrodkowanie wykończył kolejny z nowych piłkarzy, Marco Paixao. Dość powiedzieć, że takiego powitania debiutantów dawno już w Śląsku nie było - przynajmniej od czasu Johana Voskampa...


 

Paixao jednak pokazał, że od Holendra różni się pod wieloma względami. W pierwszej połowie wykazywał ogromną chęć do gry, często odskakując od kryjących go obrońców i grając na pograniczu spalonego. Świetnie współpracował z kolegami, którzy szukali go podaniami - już w dziesiątej minucie Waldemar Sobota ściął w pole karne z prawego skrzydła i Paixao musiał tylko dołożyć nogę, by strzelić swojego drugiego gola. Kolejnego trafienia w pierwszej połowie z jego strony zabrakło, ale przynajmniej raz niesłusznie przeszkodził mu sędzia liniowy. Ogółem Portugalczyk został złapany na spalonym cztery razy, ale to początek sezonu i mechanizm współpracy z Sebastianem Milą może jeszcze nie być wyregulowany w stu procentach tak, jak być powinien.



Inni też prezentowali się dobrze, ale na tle naprawdę słabych rywali. Dudu Paraiba odważnie włączał się do akcji, a udanie asekurował go Patejuk. Z kolei Stevanović zamiast krytykujących go dziennikarzy szukał swojego gola w nowym sezonie i tylko świetna interwencja Vuklisa w bramce Rudaru mu przeszkodziła w zrealizowaniu tego celu przed przerwą. Kaźmierczak popisywał się długimi, diagonalnym podaniami, a jedyna szansa gości to było słabiutkie uderzenie prosto w rękawice Gikiewicza. Stanislav Levy miał w przerwie wiele powodów do zadowolenia.



Druga połowa zaczęła się od ostrzeżenia gości, ale uderzenie i tak było niecelne. Śląsk jednak szybko zareagował i Waldemar Sobota najpierw fatalnie przestrzelił w prostej wydawałoby się sytuacji, by następnie już trafił do siatki. Świetnie podał mu Marco Paixao, który może zbyt długo przetrzymał piłkę, ale okazało się, że miał swój cel - asysta była pierwszej klasy.



Śląsk spokojnie grał swoje, a Stanislav Levy wprowadzał kolejnych debiutantów - Plaku i Hołota zaliczyli pierwszy występ w Śląsku, Jakub Więzik w europejskich pucharach. Pierwszy z tej trójki przebywał na boisku ledwie kilkadziesiąt sekund, a już podwyższył wynik na 4-0 - wykorzystał zbyt lekkie wybicie bramkarza gości i wpakował piłkę do siatki. Później z główki trafił w słupek, więc debiut mógł być na miarę Marco Paixao. Zabrakło centymetrów.



Szanse były na piątą bramkę, ale Kaźmierczak i inni niestety pudłowali. Nie zmienia to faktu, że Śląsk ładnie przywitał się z publicznością w nowym sezonie, a debiutanci chyba tylko podziałali pozytywnie na wyobraźnie kibiców. Niewątpliwie jednak trzeba być ostrożnym - rywal był chyba najsłabszym z całego okresu przygotowawczego, a im dalej w lidze i pucharach tym trudniej.