Aktualności

Chłodnym okiem: Kraków to nie Barcelona

17.09.2013 (21:08) | Adam Osiński
Kiedy dziewięć lat temu Ryszard Tarasiewicz wrócił do Polski i po raz pierwszy został trenerem Śląska, wyłożył swoje piłkarskie credo: po odbiorze zespół musi błyskawicznie przedostawać się pod pole karne rywala, nie dając mu czasu na ustawienie defensywy. Ta wyczytana wówczas w prasie myśl przypomniała mi się przy okazji sobotniej konfrontacji beniaminków – Zawiszy i Cracovii. Oto bowiem obecny klub Tarasia mierzył się z drużyną, która gra tiki-takę w wydaniu krajowym. Wielu obserwatorom ta polska imitacja stylu gry Barcelony, polegającego na utrzymywaniu się przy piłce poprzez niezliczone podania, przypadła do gustu. Tyle że w Bydgoszczy to taktyka gospodarzy zdała egzamin i nikt nie zakwestionuje tego, że zwycięstwo im się po prostu należało.


 

Dwa dni później gościem programu Liga+Extra był Orest Lenczyk. Prowadzący zadał zgromadzonym ekspertom proste pytanie: który Śląsk im się bardziej podoba – ten Leczyka czy Levy’ego? I zapadła krótka chwila krępującego milczenia – Lenczyk siedział obok, więc blady strach mógł paść na ekspertów, bo trener potrafi być w swych reakcjach nieprzewidywalny. Ale wytłumaczył spokojnie, że oczekuje od polskiego piłkarza tyle, ile ten jest w stanie z siebie dać. A Hiszpanem czy Brazylijczykiem polski piłkarz nie jest. Jaki jest tego efekt? Lenczyk ma lepszą średnią zdobytych punktów od szkoleniowca z Czech.



Nie ma co jednak popadać w skrajne postawy, bo trzeba wiedzieć, kiedy się cofnąć, a kiedy poklepać i w odpowiednim momencie przyspieszyć. Gdyby Adam Nawałka nie potrafił wykorzystać ofensywnego potencjału Górnika, zabrzanie z grającym antyfutbol Zagłębiem pewnie by nie wygrali. Miedziowym do remisu wystarczyłoby może i nawet to, co zaprezentowali w pierwszej połowie – czyli grę w jedenastu we własnym polu karnym i przeszkadzanie. Ale wicelider tabeli umie dużo – strzelić z dystansu, zagrać z klepki, wyjść na pozycję, umiejętnie się przesuwać. Jak sobie radzą w defensywie, okaże się w następnej kolejce w Warszawie. A Śląsk? Szkoda, że zyskując finezję w ataku utracili charakterystyczną dla siebie broń – stałe fragmenty gry. Próżno dziś szukać Sebastiana Mili wśród ligowych asystentów.