Aktualności

Chłodnym okiem: Na co stryjek zamienił siekierkę

26.02.2014 (08:36) | Adam Osiński
Stanislav Levy nadal byłby trenerem Śląska, gdyby nie Tadeusz Pawłowski. Brzmi głupio? Zapewne, ale włodarze WKS-u nie zwolnili Czecha dlatego, że zespół już teraz potrzebował nowego opiekuna – zrobili to, bo pod ręką, a precyzyjniej – pod telefonem był Pawłowski. Nie brano pod uwagę innej kandydatury: nie było tematu Urbana, Fornalika czy kogokolwiek innego. Gdy po ósmej wieczorem Levy przed mediami tłumaczył się z porażki, wybierano już odpowiedni austriacki numer, a jeszcze przed północą dotychczasowy trener mógł się pakować. Zadziwiająco szybki przebieg wydarzeń, sugerujący, że mecz z Ruchem był tylko pretekstem do wręczenia Levemu wypowiedzenia.


 

Wśród szefów klubu panowała więc mała wiara w czeskiego szkoleniowca, wobec tego szkoda, że Levy pozostał na stanowisku po nieudanej rundzie i przygotowywał zespół do wiosny. Mało tego, to on aprobował angaż kilku nowych piłkarzy, a robił to wówczas, gdy w tęgich głowach kiełkowała już myśl o wymianie trenera. Kto wie, może kluczowe opinie na temat testowanych graczy wydawał Paweł Barylski, w końcu on w sztabie szkoleniowym zostaje, temat jego odejścia nawet nie istniał.



Idea zatrudnienia Pawłowskiego nie pojawiła się ani po kwadransie niedzielnego spotkania, kiedy to Kuświk i Jankowski ośmieszali kontrowersyjnie zestawioną przez Levego defensywę, ani później. Nie zdziwiłbym się, gdyby dla działaczy Śląska Tadeusz Pawłowski jawił się jako przyszły trener tego zespołu jeszcze przed meczem w Poznaniu. To by z kolei wskazywało, że jego angaż to decyzja głęboko przemyślana. A skoro tak, to chętnie dowiedziałbym się, co siedzi w głowach decydentów, skąd wiara, że trener młodzieży ze znikomym doświadczeniem w pracy z seniorami, nabytym przed wielu laty, z powodzeniem poprowadzi klub taki jak Śląsk.



Ponoć dobrze poinformowane źródła nie tak dawno donosiły, że pewny schedy po Stanislavie Levym może być obecny opiekun Lechii Michał Probierz, a niepoślednią rolę miał przy tym odegrać prezes Paweł Żelem. Wobec powyższego (i nie tylko) spodziewałem się Pawłowskiego raczej w roli strażaka, takiego z kontraktem do czerwca 2014. A skoro dostał umowę na rok dłużej, zacznie ze Śląskiem kolejny sezon – nawet jeśli po obecnych rozgrywkach WKS będzie tuż nad strefą spadkową, zawsze może zwalić winę na poprzednika. Wychodzi na to, że mamy trenera na wiele miesięcy, chyba że WKS poleci z ligi, ale bez przesady. Tak źle być nie powinno, ale czy będzie lepiej? I na to nie ma odpowiedzi, bo nikt nie wie, jakim trenerem jest Pawłowski. To jest ryzyko, które wzięli na siebie działacze. Pytanie tylko: po co?