Aktualności

Chłodnym okiem: Gra w rytmie Bee Gees

18.02.2015 (08:51) | Adam Osiński
Posypały się gromy na Tadeusza Pawłowskiego. I nie chodzi tu nawet o niedzielną formę piłkarzy Śląska, ale o jej pomeczową ocenę. Nie wiem, czy Trener Roku 2014 w plebiscycie tygodnika „Piłka Nożna” czyta komentarze kibiców, ale jeśli to czyni, ma prawo je – delikatnie rzecz ujmując – zignorować. W końcu to on jest tu reprezentantem profesjonalizmu. Znany polski prozaik – notabene sympatyk Cracovii – pisze o tym tak: „Teraz każdy, kto władanie klawiaturą utożsamia z pracą umysłu, natychmiast paple, co mu ślina na mózg przyniesie. Są oczywiście, i to bardzo liczni, internauci rozumiejący, ale i im anonimowość moralnie szkodzi i szkodzi im przede wszystkim nikczemne środowisko, w którym się obracają: oblepione glutami i żółciową flegmą internetowe łącza, w których głównie słychać bekanie i pierdzenie”. To mocne słowa, którym szkoleniowiec WKS-u może nawet by przyklasnął. Jednak w tym przypadku bliżej mi do tego nikczemnego środowiska.


 

Piłka nożna to prosta gra. Nawet średnio zorientowany kibic mógł zobaczyć, że akurat w niedzielę jej uprawianie piłkarzom Śląska wychodziło dosyć kiepsko. Ich opiekun po meczu stwierdził jednak, kierując swoją wypowiedź bezpośrednio do dziennikarzy sportowych, a więc ludzi, którzy – przynajmniej w teorii – na futbolu się znają, że było całkiem na odwrót. Lukier spłynął z ust trenera, nie wiadomo tylko, w jakim celu. Żaden z piłkarzy nie miałby prawa czuć zadry do trenera, który obiektywnie i sprawiedliwie ocenia jego grę. Mało tego, rozgarnięty piłkarz wie, jak się spisał. Tomasz Hołota, który w przerwie niedzielnego meczu świecił oczami przed kamerą NC+, powiedział wprost: gra Śląskowi się nie klei. Czyli co? Piłkarz się samobiczuje, a jego trener go chwali? O tyle to dziwne, że Tadeusz Pawłowski rok temu, gdy publicznie wytknął Sebastianowi Mili nadwagę, pokazał, że potrafi uderzyć w stół i piłkarzy głaskać nie będzie. Teraz nie było to nawet potrzebne, chodziło tylko o jeden mecz ligowy; wystarczyło przyznać, nawet bez rzucania nazwisk, że drużynie trafił się słabszy dzień.



Cracovia tydzień przed meczem ze Śląskiem przegrała sparing z pierwszoligowcem. Jej trener obszedł się ze swoimi graczami bez ceregieli. „Jestem zażenowany, mamy tydzień, żeby uderzyć w stół, a nie głaskać się” – to jego słowa. Nic nie wskazuje, żeby ktoś się z ich powodu na Roberta Podolińskiego obraził. Gdyby tak było, Pasy nie rozegrałyby najlepszego meczu w sezonie. Gdy tak sobie myślę o szczerych słowach trenera, wraca do mnie obrazek sprzed lat, gdy w przerwie meczu opiekun amatorskiej drużyny, w której grałem – a chciałbym podkreślić, że prowadziliśmy wówczas 1:0 – spokojnie przemówił: „Panowie, wasza gra jest taka jak tytuł piosenki Bee Gees – Tragedy”. Czyli można albo na poważnie, albo z jajem.



To słuszne, że pewne rzeczy zostają w szatni i że trener publicznie nie obsztorcuje piłkarza tak jak w cztery oczy. Ale – na Boga – po co mówić, że czarne jest białe? Czy mamy uwierzyć, że trener Pawłowski wraz z asystentami na pomeczowej analizie doszedł do wniosku i przekazał zawodnikom, że było dobrze, grajcie tak dalej? A jeśli jego przekaz był zgoła inny, to po co w ogóle organizować konferencje prasowe, angażować w to trenerów, pracowników klubu, dziennikarzy? Potem w mediach same bzdury, a na forach jad.