Aktualności

Chłodnym okiem: I znów o Mili

26.05.2015 (20:12) | Adam Osiński
Tadeusz Pawłowski wyraził po meczu z Górnikiem żal, że w lokalnych mediach za mało pisze się Śląsku, nakręcając w ten sposób pozytywną atmosferę wokół klubu, a za dużo o Mili i zespole, któremu ten teraz kapitanuje – Lechii. Niech mi więc trener wybaczy, ale rzecz będzie właśnie o byłym piłkarzu WKS-u i gdańszczanach. Na usprawiedliwienie mam to, że akurat naszemu serwisowi trudno zarzucić jakiekolwiek lekceważenie Śląska. Chciałbym móc napisać, że wszyscy związani z wrocławskim klubem pchają wózek z napisem „WKS” w jedną stronę, ale uczyniłbym wtedy wbrew temu, co czuję, a być może nawet wbrew prawdzie.


 

Akurat nie chodzi tu o sprzedaż Mili, która ze sportowego punktu widzenia okazała się w skutkach jeszcze gorsza niż można było na początku roku przypuszczać. To prawda, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale na następcę Mili Śląsk musi jeszcze poczekać. W obecnej kadrze takiego nie ma i trudno określić, kiedy będzie, skoro ci, którzy na przestrzeni lat takiego szukają, notują same pudła: Cetnarski, Stevanović, Machaj, Grajciar. W każdym razie Mila stracił serce do gry we Wrocławiu, potrzebował nowych wyzwań i za zielone światło na jego transfer do Lechii nie można mieć do nikogo pretensji, zwłaszcza że klub dostał w zamian godziwe pieniądze. Cena zdawała się znana, bo odszedł zawodnik, który dawał jakość w środku pola i był – przynajmniej przez większość pobytu w Śląsku – dobrym duchem w szatni. Teraz dopiero widać, jak jest ona realnie wysoka – kandydat do tytułu wczołgał się do grupy mistrzowskiej, a w niej odgrywa rolę drugoplanową.



Mila okazał się gwarantem sukcesu. Tam, gdzie on, tam są wyniki. Słyszałem w tym roku opinie, że reprezentant Polski nie daje Lechii tyle, ile się po nim spodziewano. Nie zgadzam się, bo w biało-zielonej koszulce Mila jest nadal liderem, który zagrywa otwierające podania, jakich w grze Śląska obecnie brakuje. To jasne, że Lechia jest naszpikowana dobrymi zawodnikami i nie wszystko musi się non stop kręcić wokół naszego byłego piłkarza, ale kilka punktów, które wyniosły gdańszczan na pucharowe miejsce, drużynie Jerzego Brzęczka pomógł zdobyć właśnie Mila. A gdyby obecni koledzy robili z jego gry jeszcze lepszy użytek, to Lechia wcale nie musiałaby polec w starciu z Lechem.



Dzień wcześniej Śląsk stracił gola, a tym samym trzy punkty w jednej z ostatnich akcji meczu z Górnikiem, choć chwilę wcześniej mógł wyprowadzić kontrę i przypieczętować zwycięstwo bramką na 2:0. Mógł, tyle że fatalnie zagrywał ze środka pola Krzysztof Danielewicz. Teraz cofnijmy się do jesiennego spotkania tych drużyn we Wrocławiu. Też jest 1:0, atakują zabrzanie, lecz WKS przejmuje piłkę i dzięki magic touch Sebastiana Mili sam na sam z bramkarzem gości staje Flavio i nic już nie może odebrać Śląskowi zwycięstwa. Taka to różnica.