Nie było niespodzianki – Legia znowu lepsza

21.11.2015 (20:01) | Krzysztof Banasik
Zmiany w sztabie szkoleniowym, zmiany w wyjściowej jedenastce – zmiana gry Śląska? Niestety jeszcze nie tym razem. Wrocławianie pomimo niezłej pierwszej połowy po raz kolejny muszą przełknąć gorycz porażki. WKS nie wykorzystał słabszego dnia wicemistrza Polski i przegrał z Legią 0:1 (0:0). Jeśli Lech w niedzielę wygra z Pogonią, Śląsk spadnie przedostatnie miejsce w tabeli.


 

Szukanie faworyta to często zadanie karkołomne i czasami nieco na siłę, ale tym razem sprawa była jasna – jeśli Legia gra u siebie z zespołem, który z ostatnich 10 meczów wygrał tylko jeden, nie musi się niczego obawiać. Na szczęście w tym sporcie i szczególnie w polskiej lidze trudno doszukiwać się logiki, dlatego do przerwy lepsze wrażenie sprawiał Śląsk. Warszawianie tylko w pierwszym kwadransie mieli inicjatywę i postraszyli (spalonym) Nemanją Nikoliciem.



Gracze trenera Tadeusza Pawłowskiego nie ograniczali się jedynie do obrony. Czy to wynik odrobienia lekcji z ostatniej sromotnej porażki z Cracovią, gdzie ultra defensywna taktyka kompletnie się nie sprawdziła? Tak zwani znawcy spodziewali się dużej przewagi gospodarzy, tymczasem pierwsze 45 minut to tylko symboliczne górowanie w posiadani piłki 51-49% dla stołecznej drużyny.



Podobnie remisowo było również w sytuacjach bramkowych. Michał Kucharczyk zdążył już wszystkich przyzwyczaić, że lubi marnować sytuacje wyśmienite, jak ta z 28 minuty, kiedy po zagraniu z głębi pola od Tomasza Jodłowca znalazł się sam przed Mariuszem Pawełkiem, ale fatalnie przestrzelił nad poprzeczką.



Skutecznością nie popisał się też Jacek Kiełb. Występujący w tym meczu na szpicy zawodnik Śląska nie skorzystał z prezentu od Łukasza Brozia, która zagrał za krótko do Arkadiusza Malarza. Kiełb strzelił po ziemi – piłka otarła się o nogę golkipera i przeleciała obok słupka. Przy Łazienkowskiej takie okazje trzeba wykorzystywać.



Odmianę gry Legii można było przewidzieć, bo tak słabo grać przez 90 minut zespołowi z takimi nazwiskami jak Pazdan, Jodłowiec czy Duda nie przystoi. Po przerwie Legia szybko stworzyła sobie dwie groźne sytuacje, ale świetnie ze swojej roli bramkarza-stopera wywiązywał się Pawełek. Śląsk nie miał do zaproponowania zbyt wiele, może dlatego, że w środku pola zawodził Marcel Gecov, który nie potrafił zagrać żadnej piłki otwierającej drogę do bramki, chociaż miał ku temu okazje.



Męczarnie Legii zakończyły się w 72. minucie po akcji, która rozpoczęła się wrzutem z autu. Guilherme potrafił na prawej stronie oszukać dwóch przeciwników, prawą nogą (jest lewonożny) dośrodkował wzdłuż linii bramkowej na dalszy słupek. Tam niepilnowany Kucharczyk zgrał piłkę do niepilnowanego Aleksandara Prijovicia, który z bliska wpakował piłkę do siatki. O takich sytuacjach mówi się, że trener miał nosa, bo Szwajcar na boisku pojawił się 2 minuty wcześniej.



Jeśli Śląsk chciał przełamać dwie fatalne serie – 10 meczów bez zwycięstwa, 9 meczów bez wygranej nad Legią, to trzeba było wykorzystać słabość warszawian w pierwszej połowie. Po stracie bramki wrocławianie już ani razu nie zagrozili bramce znudzonego Arkadiusza Malarza. Jeżeli Tadeusz Pawłowski rzeczywiście ma jakiś plan naprawczy, to dzisiaj nie było tego widać.



Legia Warszawa 1:0 (0:0) Śląsk Wrocław

72’ Prijović



Legia: Malarz – Broź, Pazdan, Lewczuk, Brzyski – Vranjes (70’ Prijović), Jodłowiec – Guilherme, Duda (89’ Bereszyński), Kucharczyk – Nikolić (79’ Trickovski)



Śląsk: Pawełek – Celeban, Hołota, Pawelec, Dudu – Hateley, Gecov – Zieliński (82’ Kaczmarek), Flavio, Dankowski (67’ Ostrowski) – Kiełb (73’ Biliński)



Żółte kartki: Guilherme, Nikolić (Legia), Pawelec, Kiełb, Dankowski, Biliński (Śląsk)

Sędziował: Krzysztof Jakubik

Widzów: 17 875