Chłodnym okiem: Agent

23.02.2016 (15:07) | Adam Osiński
Pamiętacie? Kilkanaście lat temu był taki program z gatunku reality show, emitowany w stacji związanej niegdyś z warszawską Legią. Nazywał się „Agent”. W skrócie: grupa kilkunastu osób wykonywała określone zadania fizyczne i umysłowe, a wśród nich był ktoś, kto miał im w tym przeszkadzać i nie dać się zdemaskować. I co to ma wspólnego z futbolem? W tamtym czasie, była jesień 2000 roku, Śląsk był beniaminkiem ekstraklasy, a w jego składzie pojawiał się środkowy obrońca, któremu wyraźnie nie szło. Po kolejnym babolu jeden z kibiców krzyknął: „Milewski to agent!”. Mam wrażenie, że nie jedyny w najnowszej historii wrocławskiego klubu.


 

Proszę te słowa traktować jako żartobliwe. Każdy z tak zwanych agentów chciał zapewne jak najlepiej, a że z zadziwiającą regularnością im nie wychodziło i kryli twarz w dłoniach – tak zrodziło się skojarzenie. Futbol to też show na żywo, a piłkarze też mają zadania do wykonania, tyle że dużo prostsze niż jakieś ekstremalne atrakcje. I pewnie dlatego agentów nietrudno zdemaskować – zrobi to kilka tysięcy ludzi z trybun, z czym spotkał się ostatnio Krzysztof Danielewicz i co widać było w komentarzach na tej stronie. Grunt to agenta się pozbyć lub liczyć, że przejdzie na naszą stronę (to w wersji piłkarskiej, nie telewizyjnej). Z tym drugim bywa jednak trudno, dlatego jeden z nich jest już gdzie indziej. Co ciekawe, zamiast szkodzić, na razie pomaga. W poniedziałek Danielewicz strzelił gola i dał Górnikowi Łęczna remis z Wisłą.



Śląsk nie jest rzecz jasna wyjątkiem – z obecnością agenta musi się zmierzyć cierpliwość kibiców wielu klubów. Na przykład w Zagłębiu Lubin zawsze takim był dla mnie Bartosz Rymaniak, który do niedawna „brylował” też w Cracovii, a teraz znalazł kolejny przystanek w ekstraklasie – w Kielcach. W Krakowie odetchnęli z ulgą. Największym echem odbił się jednak wyczyn Mariusza Jopa, który w 2010 roku w ostatniej akcji meczu przedostatniej kolejki trafił głową do własnej bramki, co pozbawiło Wisłę mistrzostwa. Nie była to jego jedyna wpadka, choć potrafił też ustabilizować formę i trafić do reprezentacji Pawła Janasa. Epizody w polskiej kadrze zaliczył też inny eks-Wiślak i jego imiennik Pawełek, który nie popisał się w meczu Jagiellonii ze Śląskiem. Który to już raz…