Aktualności

Chłodnym okiem: ESA37 bez winy

12.04.2016 (20:08) | Adam Osiński
BilińskiPunkty zostały podzielone trzy dni temu, tyle że na ostateczny kształt tabeli kazano czekać nieco dłużej. O tym skandalicznym zamieszaniu powiedziano już wiele, wylewając niejednokrotnie wiadro pomyj na projekt ESA 37. Ale nie w reformie leżał przecież problem, tylko w ujemnych punktach, komisji licencyjnej, skargach do trybunału arbitrażowego i tak dalej. Podobne rzeczy mogłyby się też dziać w normalnym systemie rozgrywek, tyle że nie między zespołami środka tabeli, ale gdzieś w ogonie lub na samym szczycie, gdzie toczy się walka o utrzymanie i puchary. Niejasna sytuacja z miejscami zajmowanymi przez Ruch i Podbeskidzie nie daje więc żadnego pretekstu do krytyki systemu ligowego. I powtórzę swoje zdanie: system jest zły, bo zabiera połowę zdobytych punktów, ale nie ma nic złego w dzieleniu ligi na pół i graniu siedmiu kolejek więcej.


 

Niektórzy zwolennicy reformy biją pianę, że ESA37 ma sens jedynie wtedy, kiedy punkty tniemy, bo wówczas każdy zespół w ostatnim miesiącu gra o dużą stawkę. Ale ja patrzę na aktualną tabelę, z tym że w wersji bez podziału, i widzę, że Górnik Zabrze też miałby szanse na utrzymanie, a Podbeskidzie wcale nie miałoby plaży w siedmiu ostatnich grach, tylko musiałoby ostro pilnować przewagi nad strefą spadkową. Z kolei o puchary nadal graliby wszyscy uczestnicy górnej ósemki, pewnie z wyjątkiem Ruchu, a o tytuł Legia z Piastem. Czyli podział nie jest nieodzowny, a projektu ESA37 nie trzeba bezkrytycznie kochać lub z pasją nienawidzić. Może po prostu trzeba zmodyfikować?



Polska ekstraklasa to taka liga, gdzie na sekundy przed zakończeniem sezonu zasadniczego można nie wiedzieć, czy jest się bliżej startu w europejskich pucharach, czy degradacji. Podbeskidzie i Ruch nie wiedziały tego nawet po zakończeniu rywalizacji: czy mają się koncentować na czterech punktach straty do podium (czyli Pogoni Szczecin), czy też na trzech punktach przewagi nad strefą spadkową (czyli nad Górnikiem Łęczna).



Teraz już wiedzą. Z Łęczną i – między innymi – Śląskiem Wrocław – zagra zespół z Bielska-Białej. Jeśli Górale czują się oszukani, a cały kraj mówi o skandalu i chaosie, to co by było, gdyby za miesiąc Podbeskidzie zajęło miejsce piętnaste lub szesnaste? Dlatego za drużynę Roberta Podolińskiego warto trzymać kciuki, choć jeśli w dogrywce sezonu będą się prezentować tak jak dotychczas wiosną, nie będzie to konieczne, bo sami się zatroszczą o to, by wymierzyć sprawiedliwość. Po zmianie trenerów odżyły też zespoły Śląska i Wisły (wiele jej nie zabrakło do pierwszej ósemki), za mocna na degradację wydaje się Jagiellonia. Największe problemy będą mieć obydwa Górniki. Problemy zabrzan są znane od dawna, ale teraz w kryzysie jest również ten z Łęcznej. Chłopcy Jurija Szatałowa nie trafili do siatki od czterech spotkań, a od sześciu nie wygrali. Czy za miesiąc z okładem w lidze nie będzie żadnego Górnika?