Szandrocho: Doping kibiców jest jak tlen

06.11.2019 (22:33) | Marcin Polański | fot. Paweł Lorenc | skomentuj (2)
Gościem kolejnego programu z cyklu ŚLĄSKnetLIVE był fizjoterapeuta Jarosław Szandrocho, który w Śląsku Wrocław przepracował już 24 lata. - Kiedyś zawodnicy byli gladiatorami. Przychodził do mnie, nogę miał pod pachą i mówił: "Daj drut kolczasty, bo muszę przywiązać nogę i iść na trening". Teraz bardziej przeżywają.


 

Jeśli nie oglądaliście programu na żywo i nie skorzystaliście z możliwości zadania pytania na czacie, zapraszamy do lektury fragmentów rozmowy z "Maserem".

Całe nagranie programu znajdziecie TUTAJ (kliknij)




Jaki był najtrudniejszy moment w trakcie pracy na Oporowskiej?

Najtrudniejszy momentem było, kiedy dowiedzieliśmy się, że nie będzie klubu... W piątek powiedzieli – nie ma klubu, nie ma już nic, czarna dziura. Proszę pozabierać wszystkie swoje rzeczy. W poniedziałek zacząłem zabierać wszystkie swoje graty i nagle pojawiła się informacja, że jednak przetrwamy. Rękę wyciągnęła sekcja koszykówki, wzięła nas pod swoje skrzydła, no i jakoś przetrwaliśmy ten naprawdę ciężki moment. Mieliśmy bardzo duże problemy finansowe. Przez 6 miesięcy nie otrzymywałem pensji. Musiałem jeździć gdzieś dorabiać, bo było troje dzieci na utrzymaniu plus dwudziestu paru dzieciaków w szatni, którym trzeba było też kupić wodę, witaminy. Przyjeżdżaliśmy do mnie, żona gotowała obiady, razem jedliśmy. To były fajne czasy, scalające, powstały przyjaźnie na całe życie.

Klimat szatni w dzisiejszych czasach jest inny, niż kiedyś?

Jak jest ciężko, to się zespół scala, robi się rodziną. Z resztą mieliśmy przykład w tamtym sezonie. Końcówka pokazała, że ten zespół jest jednością i potrafi się zjednoczyć w trudnych momentach i walczyć jeden za drugiego. Myślę, że to doświadczenie procentuje teraz. Każdy wie jaka była sytuacja, jaka była atmosfera i nikt nie chce powtórki tego. Chłopaki są bardzo mocno zmobilizowani, żeby osiągnąć jak najlepszy wynik.

Piłkarze są bardziej wrażliwy na krytykę?
Wcześniej zawodnicy przeglądali „Przegląd Sportowy”, „Sport”, patrzyli jakie noty dostali i to przeżywali. Teraz jest to wszystko bardziej dostępne, jest wiele serwisów internetowych ocen, opinii. Trudno się od tego odciąć. Zawodnicy też przeżywają te sytuacje. Najbardziej boli ich, gdy ktoś zarzuca im brak zaangażowania, że nie chcą walczyć. Tacy chłopacy od 10-11 roku życia zaczynają trenować piłkę nożną, poświęcają dużo czasu, dużo zdrowia, oddają kawałek życia i potem słyszą, czy czytają, że jemu się nie chce, że nie walczy, że nie jest ambitny. Człowiek się zastanawia, że tyle poświęcił, trenuje codziennie, codziennie ryzykuje. Mamy przecież przykład Kuby Małeckiego, który zakończył poważne granie przez uraz. Najpierw złamał jedną nogę, dochodził do siebie 2 lata, wszedł na mecz, strzelił bramkę, pomógł wygrać i złamał drugą nogę. Dlatego nie zawsze ocena jest prawdziwa.
Mentalnie to pokolenie zawodników dwudziestoparoletnich jest dużo bardziej wrażliwe. Przejmują się bardziej. Kiedyś zawodnicy byli gladiatorami. Przychodził do mnie, nogę miał pod pachą i mówił: "Daj drut kolczasty, bo muszę przywiązać nogę i iść na trening". Teraz bardziej przeżywają. Różnego rodzaju urazu zostają dłużej w głowach i muszą dłużej dochodzić do siebie.

Doping kibiców jest rzeczywiście słyszalny z poziomu boiska i pomaga piłkarzom?
Doping kibiców to jest nasz tlen. Jeżeli słyszy się ten doping, to zawodnicy dają „z wątroby”. Czasami irytuje nas, gdy są niepochlebne okrzyki, to nie pomaga. Trzeba być z zespołem na dobre i na złe. Czasami mnie też boli, gdy nie ma naszych kibiców na wyjeździe. To jest 12 zawodnik. Jeżeli nie ma naszych kibiców, to jest ciężej w trudnych sytuacjach. A jak słyszy za plecami: „Śląsku jesteśmy z wami”, to naprawdę to niesie. Najgorzej, gdy zdarzają się mecze bez publiczności. Wtedy jest tak zwany piknik. Słychać każdy okrzyk, jest inaczej, czegoś brakuje...

Diego Zivulić mówił, że wiedział o złamaniu nosa, ale chciał grać dalej. Ostatecznie decyzja należy jednak do Was?
Są urazy takie, że zawodnik mówi OK, ale ostateczna decyzja należy do nas, szczególnie przy urazach głowy. Robimy krótkie testy, które pokazują nam czy jest to uraz poważny. Przeżyłem już wiele złamanych nosów i urazów głowy. Piotrek Celeban grał w masce, grał też bez maski. W meczu chyba z Ruchem Chorzów złamał nos z poważnym przemieszczeniem, ale wrócił na boisko i głową bramkę strzelił. To są wojownicy. Diego też ma duszę wojownika i powiedział, że nie schodzi. Pomimo tego, że mieliśmy dosyć duży problem z zatamowaniem krwawienia, bo było to poważne złamanie. Nie wpływało to na jego psychikę, powiedział, że będzie grać. Kosztowało nas to później dużo pracy. Po powrocie do Wrocławia, musieliśmy jechać do szpitala, trzeba było ten nos nastawić. Gdzieś dopiero koło 3 w nocy chyba wrócił do domu.

A jaka jest przyczyna ostatniej serii kontuzji?
Tak naprawdę nie mamy poważnych urazów. Są drobne kontuzje, wynikające z walki meczowej i może czasem z pewnego niedotrenowania. Na przykład u Mateusza Radeckiego, który nie przepracował okresu przygotowawczego, goni cały czas, stara się nadrabiać. Przez to, że nagromadza się to, czasem odzywa się inna część ciała – jakieś przeciążenie, naciągnięcie. Jeżeli miał uraz w prawej noce, to podświadomie się ją odciąża, bardziej staje na drugą nogę.

Dodatkowo, uczysz też w szatni zagranicznych piłkarzy polskiego języka.
Klub zawsze zapewnia naukę jeżyka polskiego i angielskiego dla obcokrajowców, ale w pierwszej fazie, gdy zawodnicy przychodzą do nas, to najważniejszy jest język podstawowy. Wiadomo, że język futbolu jest uniwersalny. Zawodnicy, który umieją grać w piłkę, bardzo szybko wkomponowują się w zespół i nie ma problemu. Staramy się ich najpierw wprowadzać w zasady szatni, a potem podstawowych zwrotów boiskowych: „z tyłu”, „plecy”, „podaj”, „moja”, „przesuń”. Musicie porozmawiać z Israelem Puerto, który robi fenomenalne postępy w nauce języka polskiego, Erik Exposito również. Z chęcią uczą się nowych słówek, a my dzięki nim uczymy się też ich języka. Dzięki temu liznąłem nieco hiszpańskiego i mógłbym się na wakacjach w podstawowym stopniu porozumieć.

KOMENTARZE
marenio(2019-11-07 15:15:43)
Jarek to Śląsk.
~Bartłomiej C.(2019-11-07 12:01:09)
Miałem szczęście poznać osobiście Pana Szandrocho. Powiem krótko. Świetny profesjonalista i niesamowicie sympatyczny człowiek. Śląsk i zawodnicy mają szczęście, że taka osoba jest w klubie! Życzę wszystkiego najlepszego i jeszcze wielu lat pracy w Śląsku :)
DODAJ KOMENTARZ
Czy wiesz, że wszystkie nowo dodane komentarze muszą zostać zaakceptowane przez redakcję.

Nie chcesz czekać? Zarejestruj się na forum kibiców Śląska Wrocław a następnie podczas dodawania komentarza podaj swój login i hasło.

Koniecznie przepisz tekst z obrazka!
Nick*:
Hasło:
Adres e-mail:
Treść komentarza*:
* - pola wymagane