W Śląsku trzeba bić na alarm?

02.12.2019 (18:56) | Kamil Warzocha | fot.: Mateusz Porzucek
Vitezslav Lavicka często powtarza, że w jego zespole kluczowym aspektem jest balans - idący w parze z organizacją, z której wywodzi się cała gama pozytywów. Świetne rezultaty, czołowe statystyki i pozycja lidera ekstraklasy w roli wisienki na torcie. To brzmi jak historia z krainy mlekiem i miodem płynącej, lecz niestety nawet takim historiom przydarzają się tragiczne w skutkach zwroty akcji. Jest nim oczywiście strata Łukasza Brozia, a w konsekwencji odsłonięcie - być może - najsłabszej części wrocławskiej maszyny (tuż za pozycją napastnika).


 

33-letni defensor WKS-u znaczył dla drużyny więcej niż niektórym może się wydawać i co najważniejsze, był nieodzowną częścią skrzętnie zbudowanej układanki. Pozostaje zatem zastanowić się, jak fakt absencji piłkarza z podstawowego składu wpłynie na wyżej wymieniony balans. W końcu boczni obrońcy nie dość, że pełnią fundamentalną rolę w tworzeniu akcji ofensywnych, to jeszcze w dobie dzisiejszego futbolu powinni łączyć cechy skrzydłowego, pomocnika i obrońcy. Stąd pojawiają się obawy wobec zastępcy (a może następcy?) byłego piłkarza Legii Warszawa, czyli Kamila Dankowskiego. Czy 23-latek udźwignie presję i na dłużej zagości w składzie pierwszego zespołu Śląska?



Ciernista droga do najważniejszej szansy w karierze



Wychowanek Nysy Kłodzko jest flagowym przykładem na to, że w życiu piłkarza “nie ma łatwo”. Barwy Śląska reprezentuje od 2012 roku, jednak trudno dzisiaj sobie wyobrazić, by kibic Śląska umieścił okres siedmiu minionych lat kariery “Danka” w pozytywnym wymiarze. Bo gdyby nie liczyć sezonu 2016/2017, który Kamil zakończył z 32 występami na koncie (2498 minut), jego rola w klubowych realiach przypomina tę Jakuba Wrąbla. Rolę marginalną, którą równie dobrze można by nazwać głębokim odwodem wojskowym działającym na wypadek konieczności wykonywania działań nieprzewidzianych, które mogą wyniknąć dopiero w toku działań bojowych.



Kilka tygodni temu do wrocławskich mediów przebiła się informacja, że Śląsk Wrocław nie jest zadowolony z rokowań swojego piłkarza i w niedalekim czasie chciałby go albo wypożyczyć, albo definitywnie zakończyć z nim współpracę. Niezależnie od tego, czy owe wieści są prawdziwe, czy nie, liczby mówią jasno: za kadencji Vitezslava Lavicki Kamil Dankowski nie może liczyć na zbyt wiele. Czeski szkoleniowiec poprowadził wrocławian już w 34 spotkaniach i tylko w trzech z nich (przed kontuzją Łukasza Brozia) 23-latek pojawił się na murawie (183 minuty). Co ważne, dwa występy od pierwszej minuty wynikły z konieczności, a więc wyraźnie mamy do czynienia z piłkarzem, dla którego miejsca w pierwszym zespole Śląska po prostu nie ma. Do czasu.



Fot. Marcin Folmer



Kamilu, grudniowy gwizdek jest tym ostatnim



Stwierdzenie, że ktoś jest “na wylocie”, ma w sobie bardzo negatywne nacechowanie, dlatego warto sytuację Kamila Dankowskiego ująć w nieco inny sposób. Niebezpiecznie położenie? To brzmi nieco lżej choćby dlatego, że prawy obrońca WKS-u wraz z kontuzją Łukasza Brozia dostał ogromną szansę. Nagle bowiem został jedynym nominalnym zawodnikiem na tej pozycji w ekipie Vitezslava Lavicki, co otwiera drzwi do czegoś poważniejszego. Mianowicie do pozostania pełnoetatowym defensorem na długie lata, bo kiedy, jak nie teraz?



Wiemy wszyscy, że kiedy zaczynałem grać na prawej obronie, popełniałem wiele błędów w defensywie, a ofensywa wyglądała fajnie. Dużo więcej wymagam od siebie w tym drugim aspekcie. Mam wrażenie, że do tego byłem bardziej stworzony” - komentuje Kamil Dankowski na stronie internetowej klubu.



Do rywalizacji o miejsce w składzie można by podpiąć jeszcze Mariusza Pawelca i Piotra Celebana (po powrocie do zdrowia), ale byłyby to raczej wybory z konieczności. A przynajmniej większej konieczności niż postawienie na Kamila Dankowskiego, bez którego Śląsk się w tej chwili nie obejdzie. O ironio! 23-latek trzyma w garści scenariusz własnego losu aż do świąt Bożego Narodzenia. Za nim dwa mecze w pełnym wymiarze czasowym i kolejne trzy - arcyważne - w bliskiej perspektywie. Legia, Lech, Cracovia – zestaw rywali idealny, jeśli myśli się o rzetelnym sprawdzeniu umiejętności zawodnika. Te Kamil z pewnością posiada, zatem jedyną kwestią, którą należy poddać wątpliwość, jest mentalność. Odpowiednia na poziom ekstraklasy po przeżyciu zerwania więzadeł krzyżowych w 2017 roku? Grudzień zweryfikuje.



Fot. Marcin Folmer



Dać szansę czy poszukać alternatywy?



Po ostatnim meczu rundy jesiennej z Cracovią włodarze Śląska będą musieli podjąć konkretną decyzję, która dopuszcza dwie najbardziej prawdopodobne opcje. Pierwszą jest obdarzenie Dankowskiego takim zaufaniem jak w 2016 roku, natomiast drugą transfer innego prawego obrońcy. Na tę chwilę trudno jednak cokolwiek ze szklanej kuli wyrokować, ponieważ piłkarz pochodzący z Dusznik Zdrój rozegrał według InStatu dwa różne spotkania. Jego indeks w meczu z Wisłą Kraków wyniósł 276 punktów (szósta pozycja w zespole), a z Piastem Gliwice 226 (najgorszy na boisku).



“Łukasz był bardzo ważną postacią w naszej jedenastce i jego strata dla wszystkich była trudna. Musimy sobie jednak z tym poradzić. Z Wisłą Kraków zastąpił go Kamil Dankowski i choć była to dla nas pewna zagadka, to "Danek" stanął na wysokości zadania.” - skomentował Vitezslav Lavicka w rozmowie z Gazetą Wrocławską.



Wrażenia wizualne? Widać braki w ograniu na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Co w tej kwestii kluczowe, niejednoznaczne występy nie będą sprzymierzeńcem Kamila. Dopóki Śląsk wygrywa, trudno doszukiwać się kozła ofiarnego, ale gdy pojawią się porażki, poważne zarzuty mogą paść właśnie w stronę prawej flanki WKS-u, czyli w tej chwili najbardziej wątpliwego komponentu w drużynie. Oczywiście z nadzieją, że Kamil obdarzony zaufaniem stanie na wysokości zadania i niepewne ogniwo przekuje w solidny punkt układanki Lavicki.