Aktualności

W przeszłości o tej porze: Ostatni błysk Łukasza Gikiewicza

17.05.2020 (13:00) | Karol Bugajski

fot.: Adam Szyszka

Czekając na przypieczętowanie przez Śląsk pierwszego od lat miejsca w czołowej ósemce tabeli Ekstaklasy, cofamy się do czasów, gdy przez trzy sezony z rzędu kończył ligę na podium. Medalowego hat-tricka mogło jednak nie być, gdyby w piątkowy wieczór 17 maja 2013 roku zielono-biało-czerwoni nie zaprezentowali swojej najbardziej efektownej odsłony w meczu przeciwko Wiśle Kraków.



 

Mieniący się tytułem mistrza Polski Śląsk Wrocław, po sukcesie sprzed roku, szybko zdecydował się na zmianę trenera. W kalendarzu był jeszcze sierpień, a za piłkarzami dwie kolejki oraz odpadnięcie z europejskich pucharów w 4. rundzie kwalifikacji Ligi Europy, gdy Oresta Lenczyka na jeden mecz zastąpił jego asystent Paweł Barylski, a po pierwszej w sezonie reprezentacyjnej przerwie pałeczkę przejął niezapomniany Stanislav Levy.

Pod wodzą sympatycznego Czecha wrocławianie otrząsnęli się po nieudanym początku sezonu i zimowali na 5. miejscu tuż po spektakularnych zwycięstwach z Lechem (3:0 w Poznaniu) oraz Legią (1:0). Sęk w tym, że ta sama lokata nie mogła być już satysfakcjonująca po 26. kolejce, gdy Śląsk przygotowywał się do domowego meczu z Wisłą Kraków. Zielono-biało-czerwoni wygrali zaledwie dwa z wcześniejszych dziesięciu ligowych spotkań, nie mieli już szans na obronę tytułu tracąc do liderującej Legii aż 19 punktów, jednak cały czas byli w samym środku walki o europejskie puchary.

Wisła Kraków również dokonała roszady na trenerskiej ławce jesienią 2012 roku - miesiąc po zmianie w Śląsku, z posady przy Reymonta zrezygnował Michał Probierz, a jego obowiązki przejął Tomasz Kulawik. Nowa miotła pod Wawelem nie sprawiła jednak, że niedawny ligowy potentat wrócił na miejsce, do którego przyzwyczaił swoich sympatyków. Wisła miała duże kłopoty z ustabilizowaniem formy, przed meczem we Wrocławiu plasowała się w środku stawki tracąc do najbliższego rywala sześć punktów, a sezon 2012/2013 z perspektywy czasu można określać jako pierwszy zwiastun sportowego i finansowego kryzysu, w którym zasłużony dla naszej piłki klub tkwi do dziś. Zaledwie kilka tygodni wcześniej Śląsk i Wisła rywalizowały w półfinałowym dwumeczu Pucharu Polski, wtedy dwukrotnie lepszy był zespół Levego, który wygrywał 2:1 u siebie i 3:2 w rewanżu.

Ten wieczór na Stadionie Miejskim we Wrocławiu miał nieoczywistych bohaterów, a wszystko co dobre dla Śląska zaczęło się już w 2. minucie. Po podaniu w tempo od Sebastiana Mili, prowadzenie gospodarzom zapewnił Sylwester Patejuk. Skrzydłowy był odkryciem poprzedniego sezonu, gdy niedługo przed trzydziestymi urodzinami debiutował w Ekstraklasie jako niekwestionowany lider Podbeskidzia Bielsko-Biała i zwrócił na siebie uwagę mistrza Polski z Wrocławia. Szybko jednak okazało się, że nowa rzeczywistość Patejuka nieco przytłoczyła, forma z poprzedniego klubu stała się przeszłością, a on sam został uznany za duże transferowe rozczarowanie.

Bramka zdobyta na samym początku meczu wreszcie pozwoliła mu jednak choć trochę odetchnąć, bo była jego pierwszą w barwach Śląska. Drużyna trenera Stanislava Levego w pierwszej połowie była zdecydowanie lepsza od przestraszonego obrotem spraw rywala i ostatecznie spięła tę odsłonę gry bramkową klamrą w 45. minucie. Drugą asystę zanotował Mila, a na 2:0 z bliska trafił Łukasz Gikiewicz.

I on we wcześniejszych tygodniach nie miał zbyt wielu powodów do zadowolenia. Od października w lidze strzelił tylko jednego gola, a wiosną przegrywał rywalizację o pierwszy skład kolejno z Cristianem Omarem Diazem, Gabończykiem Erikiem Mouloungui, a nawet, uznawanym powszechnie jednak za nieprzygotowanego na Ekstraklasę Jakubem Więzikiem. Wyniki Śląska świadczyły jednoznacznie, że próby były nieudane. Gikiewicz na miejsce w wyjściowym składzie czekał blisko miesiąc, jednak swoją szansę w rywalizacji z Wisłą umiał doskonale wykorzystać i dziesięć minut po przerwie miał już na koncie dublet. Napastnik Śląska w tej sytuacji skorzystał z przytomnego zagrania Piotra Ćwielonga i mecz został rozstrzygnięty.

Sam Łukasz Gikiewicz może zaś wspominać ten mecz z sentymentem, bo od tej pory w Ekstraklasie nie trafił już ani razu. Wrocławianie po serii nieudanych występów we wcześniejszych tygodniach potrzebowali właśnie takiego występu na przełamanie, a ekipa Tomasza Kulawika zawiodła na całej linii i nie zrobiła praktycznie nic, by utrudnić zadanie ówczesnemu mistrzowi Polski. Śląsk gładko wygrał 3:0 przedłużając do ośmiu serię ligowych meczów bez porażki przed własną publicznością.

Zielono-biało-czerwoni w pozostałych trzech meczach sezonu zdobyli raptem cztery punkty, jednak to wystarczyło, by wyprzedzić w tabeli Piasta Gliwice oraz Górnika Zabrze i finiszować na najniższym stopniu podium, kolejny raz gwarantują sobie prawo walki o europejskie puchary. Identyczny dorobek w pozostałych spotkaniach zapisała na swoim koncie Biała Gwiazda, która finiszowała na rozczarowującym 7. miejscu. Spotkanie we Wrocławiu było jednym z ostatnich, w których prowadził ją trener Kulawik, a krótko po zakończeniu sezonu pracę w Krakowie rozpoczął Franciszek Smuda.

17 maja 2013, 20:45, Stadion Wrocław
Śląsk Wrocław 3:0 (2:0) Wisła Kraków
Patejuk 2', Ł. Gikiewicz 45', Ł. Gikiewicz 55'

Śląsk: R. Gikiewicz - Ostrowski (46' Socha), Kokoszka, Grodzicki, Pawelec - Ćwielong, Stevanović, Mila, Kowalczyk, Patejuk (90' Mouloungui) - Ł. Gikiewicz (86' Więzik)

Wisła: Miśkiewicz - Stolarski, Uryga, Chavez, Burliga - Sarki, Wilk, Chrapek (61' Garguła), Kosowski - Boguski (85' Iliev), Sikorski (61' Genkow)

Widzów: 14 942
Sędzia: Bartosz Frankowski (Toruń)

ZOBACZ też: Makowski zastąpi Radeckiego? (WIDEO)