Aktualności

Kelemen: Nie wiem, czemu odszedłem ze Śląska (WYWIAD)

18.05.2020 (06:00) | Karol Bugajski

fot.: Bartłomiej Wójtowicz

Dlaczego odszedłem z Wrocławia? Tak naprawdę nie wiem – powiedział nam Marian Kelemen, jeden z najbardziej utytułowanych bramkarzy w dziejach Śląska. Z klubem z Wrocławia zdobył medale mistrzostw Polski we wszystkich kolorach i Superpuchar. Słowak od wiosny 2010 do połowy 2014 roku rozegrał w zielono-biało-czerwonych barwach 132 mecze. Zdobył nawet… jedną bramkę.



 

Zima 2010 roku, pojawia się oferta ze Śląska Wrocław. Jaka była Twoja pierwsza myśl?

Wyjechałem ze swojego kraju, kiedy miałem 20 lat. Grałem na Łotwie, w Turcji, Grecji, Hiszpanii, nie ukrywam, że niespecjalnie interesowałem się wtedy polską ligą. Wiedziałem, jakie są najsilniejsze kluby – Legia Warszawa czy Wisła Kraków. Sprawdziłem, że Śląsk jeszcze niedawno grał w niższych klasach rozgrywkowych, szybko osiągał kolejne awanse i że są plany budowy wielkiego klubu. To mnie przekonało. Podaliśmy sobie ręce z trenerem Ryszardem Tarasiewiczem, prezesem Piotrem Waśniewskim, trafiłem do Wrocławia. To była tak naprawdę już trzecia oferta, którą złożył mi Śląsk. Trzeba powiedzieć, że trener Tarasiewicz miał dużo cierpliwości przy zabieganiu o ten transfer, bo po raz pierwszy próbował już kilkanaście miesięcy wcześniej, gdy grałem w Arisie Saloniki. Udało się, do dziś jestem mu za to wdzięczny.

Gdy przychodziłeś do Śląska, od pół roku nie miałeś klubu. W głowie pojawiało się coraz więcej obaw o przyszłość?

Taka sytuacja spotkała mnie po raz drugi w karierze - wcześniej w 2003 roku, gdy odchodziłem z Bursasporu. To był ciężki, nieprzyjemny czas, ale takie akurat były okoliczności. Zawsze starałem się jednak podchodzić do takich sytuacji ambitnie. Trenowałem indywidualnie, organizowałem sobie we własnym zakresie treningi bramkarskie, trzeba było mieć silną psychikę i po prostu się dostosować.

Na ile to, czego dowiedziałeś się o Ekstraklasie przed przyjazdem do Polski, miało swoje odzwierciedlenie w pierwszych meczach w barwach Śląska?

Nie zamierzałem porównywać polskiej ligi do żadnej z tych, w których grałem w przeszłości, więc trudno mówić o pozytywnym czy negatywnym zaskoczeniu. Wiedziałem, że muszę być maksymalnie skoncentrowany na sobie w pierwszych spotkaniach po transferze. Pamiętam, że w debiucie zremisowaliśmy 0:0 z Polonią w Bytomiu, więc myślę, że pierwsze wrażenie było naprawdę dobre. Czyste konto w pierwszym meczu bramkarza, który właśnie trafił do klubu, pozwala złapać pewność siebie w nowym miejscu.

Zero z tyłu na początek, ale jednak Śląsk nie wygrał żadnego z pierwszych 11 meczów z Tobą w składzie. Czy po kilku tygodniach nie zacząłeś się zastanawiać „gdzie ja właściwie trafiłem”?

Pierwsza runda w Śląsku była wymagająca, praktycznie do końca musieliśmy walczyć o utrzymanie, ale trzeba też pamiętać, jak wyglądała ta seria bez wygranej. Większość ze wspomnianych jedenastu spotkań zremisowaliśmy, nie było dużej różnicy między nami a zespołami, które wygrywały częściej. W naszych meczach widać było, że mamy dobry zespół z dużym potencjałem i tak naprawdę wystarczyło zachować cierpliwość i poczekać, aż wyniki przyjdą.

Cierpliwość opłaciła się niedługo później, bo w 2012 roku Śląsk cieszył się już z mistrzostwa Polski. Co było największą wartością tamtej drużyny?

Momentem, który wyznaczył właściwą ścieżkę były wydarzenia z wcześniejszego sezonu, kiedy wyszliśmy z bardzo dużych problemów na początku w takim stylu, że zdobyliśmy wicemistrzostwo kraju. Byliśmy zgrani, dobrze się już znaliśmy. Nasz zespół stanowił odpowiednio wyważoną mieszankę piłkarzy doświadczonych i dopiero wchodzących do ekstraklasowej piłki. Zwłaszcza pierwsza część sezonu 2011/2012 była bardzo udana, jesienią wypracowaliśmy sobie dużą przewagę w tabeli, to wszystko szło na fali wyników z wcześniejszych miesięcy. Latem mieliśmy też niezapomniane dwumecze w europejskich pucharach z Dundee United czy Lokomotiwem Sofia. Jestem bardzo dumny z tego mistrzostwa, to mój największy sukces w karierze. Wielkie miasto, świetni kibice, Wrocław na kolejny tytuł czekał 35 lat i po prostu na to zasłużył. Cieszę się, że Śląsk zdobył mistrzostwo właśnie ze mną w składzie.

A rolę któregoś piłkarza, z perspektywy czasu, wyróżniłbyś szczególnie?

Na pierwszym miejscu w tamtym czasie był zespół i nie mam na myśli tylko jedenastu zawodników wyjściowego składu, bo pamiętam, że na każdej pozycji mieliśmy wartościowego zmiennika, co pozwalało trenerowi Orestowi Lenczykowi na rotacje. Indywidualnie każdy na pewno dołożył swoją cegiełkę. Sebastian Mila miał najwięcej asyst w lidze, Piotr Celeban strzelał dużo goli, Przemysław Kaźmierczak czy Rok Elsner byli bohaterami najważniejszych, ostatnich meczów sezonu z Jagiellonią i Wisłą Kraków. To była po prostu bardzo dobra drużyna, prawdziwy team.

Przez lata byłeś podstawowym bramkarzem Śląska, ale nie zagrałeś w meczu otwarcia Stadionu Wrocław w październiku 2011 roku (1:0 z Lechią). Co się wtedy stało?

Doznałem urazu, tydzień wcześniej w rywalizacji z Podbeskidziem naderwałem sobie coś w łydce i nie mogłem zagrać. W tamtym momencie pewnie trochę żałowałem, że występ w atmosferze takiego święta, przy 40 tysiącach kibiców, ucieka mi z powodu kontuzji, ale dzisiaj już do tego nie wracam. Siedziałem wtedy na trybunach, pamiętam tę świetną atmosferę i przede wszystkim udane otwarcie.

Choć trudno w to uwierzyć, nie zagrałeś też żadnego meczu na Stadionie Miejskim we Wrocławiu w barwach Jagiellonii Białystok, mimo że reprezentowałeś ją przez trzy pełne sezony.

Trochę się z tego śmieję, ale za każdym razem po prostu tak się układało. Wypadałem ze składu tydzień wcześniej, albo akurat miałem wrócić do gry kilka dni później. Najbardziej niezwykłym przykładem jest chyba sezon 2016/2017, mój pierwszy w Jagiellonii, kiedy rozegrałem 36 meczów od pierwszej do ostatniej minuty, a brakowało mnie tylko ze Śląskiem we Wrocławiu. Wspomnienia są dobre, bo wygraliśmy 4:0, ale ja nawet nie pojechałem z drużyną, leczyłem kontuzję kolana w Białymstoku, żeby przygotować się na następną kolejkę.

Kiedy grałeś w Śląsku, byłeś w ścisłej czołówce bramkarzy Ekstraklasy. Miałeś w tym czasie oferty z innych polskich klubów, nad którymi poważnie się zastanawiałeś?

Po sezonie wicemistrzowskim faktycznie jakieś zainteresowanie innych drużyn z Ekstraklasy się pojawiało, ale jestem zdania, że jeśli nie dochodzi do żadnych konkretów, można mówić, że to tylko plotki. Podjąłem decyzję, że zostaję w Śląsku i szybko okazało się, że to bardzo dobra decyzja, gdy w następnej edycji zdobyliśmy złote medale.

Ze Śląskiem Wrocław ostatecznie odszedłeś po sezonie 2013/2014. W jakich okolicznościach przebiegło to rozstanie, co sprawiło, że pożegnałeś się z klubem?

Tak naprawdę nie wiem. To był pierwszy sezon obowiązywania reformy ESA37, byliśmy zdecydowanie najlepsi w dolnej ósemce pod wodzą trenera Tadeusza Pawłowskiego, w siedmiu ostatnich meczach, w których grałem, zachowywałem czyste konto. Wtedy w Śląsku zmieniali się działacze, odeszło kilkunastu piłkarzy. Była jedna rozmowa, podczas której usłyszałem, że sportowo wszystko było w porządku, do kolejnej, gdy mieliśmy pomówić o konkretach, nawet nie doszło. Trener bramkarzy Tomasz Hryńczuk podał mi rękę, podziękował za grę, wygasł mój kontrakt i tak to się skończyło.

Miałeś wtedy prawie 35 lat, ale nawet nie pomyślałeś o zakończeniu kariery?

Stałem się wolnym graczem, myślałem, że szybko pojawi się jakaś oferta, ale okazało się inaczej. Pojawiały się plotki, że jestem kontuzjowany, nie w pełni sił, a przecież ostatnie mecze w Śląsku udowadniały, że byłem w świetnej formie. Zaczął się trzeci w mojej karierze, najdłuższy okres bez klubu. Pomocną dłoń wyciągnęła do mnie drużyna z rodzinnych Michalovców, mogłem z nią trenować, żeby utrzymywać formę. Po dziesięciu miesiącach kontuzji doznał bramkarz czeskiego FK Pribram, skorzystałem z tego i wskoczyłem do składu na ostatnie mecze, a w nowym sezonie 2015/2016 grałem w Zemplinie Michalovce jako kapitan.

I latem 2016 roku otrzymałeś kolejną ofertę z Ekstraklasy, tym razem z Jagiellonii Białystok. Ucieszyłeś się, że pojawia się możliwość ponownej gry w Polsce?

Raczej nie spodziewałem się, że będę miał jeszcze taką ofertę. Musiałem to bardzo uważnie przemyśleć, zapytałem moją rodzinę, co myśli o ewentualnym powrocie, ostatecznie zdecydowaliśmy, że warto spróbować. I też okazało się, że wszystko poszło dobrze, na pewno tego nie żałuję.

A kiedy kończyłeś karierę po poprzednim sezonie, nikt w Białymstoku nie złożył Ci propozycji kontynuowania pracy w tym klubie, tym razem jako członek sztabu szkoleniowego?

Nasza współpraca się zakończyła, rozstaliśmy się w pełnym zgodzie i porozumieniu. O takiej możliwości nikt nie wspominał, ale jesteśmy w kontakcie i kto wie, co przyniesie przyszłość. Dzisiaj próbuję swoich sił w menadżerce, uczestniczę w szkoleniach, uczę się tego. Wiadomo, że przejście do tego nowego życia zawsze jest trudne, ale trzeba próbować nowych rzeczy. Zawsze byłem przy piłce, jestem przy piłce i mam nadzieję, że tak już pozostanie.

W którym mieście czułeś się lepiej, gdybyś miał porównać Wrocław i Białystok?

To jest bardzo trudne do oceny, tak naprawdę w obu miastach czułem się jak w domu, w obu do dzisiaj mam wielu przyjaciół. Wiem, co łączy okresy mojej gry w Śląsku i Jagiellonii – sukcesy, które osiągaliśmy i to mnie bardzo cieszy, bo świadczy, że byłem w stanie pomóc kolegom w obu klubach. Oczywiście Wrocław to dużo większe miasto, jest przeciwieństwem Białegostoku jeśli chodzi o temperaturę, stadion jest większy niż przy Słonecznej i robi wielkie wrażenie, ale nie chcę przesądzać, gdzie czułem się lepiej.

Twoja kariera była długa, grałeś w kilku krajach, ale to właśnie w Ekstraklasie rozegrałeś najwięcej, bo aż siedem pełnych sezonów. Co takiego jest w naszej lidze, że tak dobrze się tutaj odnalazłeś?

Podobny język do słowackiego, coraz ciekawsza liga, dużo nowych stadionów, świetni kibice, bardzo marketingowa oprawa. Piłkarz dobrze czuje się w Ekstraklasie, w Polsce przyjemnie się gra. Sam cały czas lubię oglądać mecze polskiej ligi, kibicuję oczywiście zarówno Śląskowi Wrocław, jak i Jagiellonii Białystok. Słowacja jest kilka razy mniejsza, a w europejskich pucharach nasze kluby radzą sobie lepiej od polskich? Zgoda, ale nie jest to powód, żeby mówić o słabym poziomie ligi. Jestem przekonany, że Ekstraklasę również czekają czasy, kiedy jeden albo dwa kluby regularnie będą się kwalifikować do faz grupowych. Życzę tego polskiej lidze.

Zespoły Ekstraklasy powoli wracają do normalności po przerwie związanej z koronawirusem, za chwilę pierwsze mecze ligowe. Czy decyzja o kontynuowaniu sezonu jest słuszna?

Chyba wszyscy na nią czekali. W każdym kraju, gdzie pozwala na to sytuacja epidemiczna, sezon powinien zostać dograny, a nie zakończony. Decyzje podejmowane przez organizatorów rozgrywek, a nie rozstrzygnięcia na boisku wprowadzają tylko więcej zamieszania. Wiadomo, że była długa, niespodziewana przerwa, każdy starał się trenować indywidualnie, dbać o siebie w domu, lecz każdy piłkarz potrzebuje rywalizacji i prawdziwej walki w meczach. Na pewno na początku bez kibiców sytuacja będzie specyficzna, ale wierzę, że w krótkim czasie stadiony ponownie się wypełnią i mecze z publicznością będą już bezpieczne.

Niewiele brakowało, żebyś Ty znalazł się jeszcze w takiej sytuacji na koniec kariery. Wyobrażasz sobie swój powrót po takiej przerwie?

To niewątpliwie byłoby ciężkie. Na pewno robiłbym wszystko zgodnie z zaleceniami trenerów, ale utrzymać się w odpowiedniej formie sportowej w wieku 40 lat, to byłoby już duże wyzwanie. Skończyłem grać jednak trochę wcześniej i nie mam tego problemu. Nie zazdroszczę piłkarzom, którzy znaleźli się w tej sytuacji, bo czegoś takiego jeszcze nie przeżywaliśmy i tak naprawdę nikt nie wie, jak należy się zachować, które rozwiązania są najlepsze.

A jak sytuacja epidemiczna wygląda na Słowacji?

Na szczęście jesteśmy jednym z tych krajów, który zareagował najszybciej w Europie. Zamknięto granice, wprowadzono ograniczenia w życiu społecznym, dzięki czemu dzisiaj mamy już do czynienia z tendencją spadkową. Codziennie testuje się około 4-5 tysięcy osób, mieliśmy nawet dni, kiedy nie odnotowano żadnego nowego zachorowania. Jest już pozwolenie rządu na treningi, mam nadzieję, że do piłkarskiej normalności wrócimy jak najszybciej, tuż po ligach niemieckiej, czeskiej i polskiej.

ZOBACZ też: Pomóżmy choremu kibicowi Śląska!