Aktualności

Sobczak, kapitan Śląska II Wrocław: Szkolenie w klubie poszło w górę

23.05.2020 (08:44) | Krzysztof Banasik

fot.: Marcin Folmer

Na pierwszym treningu Śląska pojawił się, kiedy miał 9 lat. Całe swoje piłkarskie życie związany jest z WKS-em. – Nigdy nie chciałem odejść, chociaż miałem inne propozycje, ale miłość do klubu zawsze wygrywała – powiedział nam Adrian Sobczak, kapitan rezerw Śląska, które w przyszłym sezonie będą beniaminkiem II ligi. Co było siłą tego zespołu? Jak klub zmieniał się na oczach Adriana? Jak ocenia poziom szkolenia Akademii? I przede wszystkim – jakie są plusy i minusy bycia częścią „rezerw”?



 

Gratulacje awansu do II ligi – była pewnie duża radość w zespole po komunikacie Śląskiego ZPN-u.

Jasne, wszyscy czekaliśmy na to, jaka będzie ostateczna decyzja. Bardzo się cieszymy z tego awansu, bo przed sezonem chyba nikt nie zakładał, że beniaminek III ligi tak dobrze sobie poradzi. Tym bardziej, że niektóre zespoły w tej III lidze są naprawdę solidne – jak Ruch Chorzów, Polonia Bytom czy ROW Rybnik. To dobre marki, cieszyliśmy się, że będziemy mogli z nimi rywalizować, a okazaliśmy się lepsi od nich. Nie spodziewaliśmy się, że pójdzie nam aż tak dobrze, chociaż już pierwsze mecze pokazały, że będziemy w czołówce tej ligi. Dla mnie jako kapitana to dodatkowa radość, bo 3 lata temu spadliśmy z III ligi do IV. Obiecałem sobie wtedy, że awansuję z tą drużyną z powrotem. 2 lata temu, pomimo świetnego sezonu, to się nie udało, ale rok temu już tego awansu nie wypuściliśmy. Teraz, kiedy dalej jestem kapitanem, udało się wywalczyć II ligę – to dla mnie coś pięknego.

O świętowaniu pewnie nie było jednak mowy.

Nie, nie byliśmy w stanie, poza tym trenujemy teraz i przygotowujemy się rozgrywek regionalnego Pucharu Polski, który może uda się jeszcze rozegrać, będziemy chcieli wygrać te rozgrywki.

Ale na jakieś wirtualne piwerko chociaż się zdzwoniliście?

Hehe, też nie. Spotkaliśmy się na treningu i sobie nawzajem pogratulowaliśmy. Może jak pojawi się więcej czasu wolnego, to przysiądziemy sobie i sobie „pogadamy” (śmiech).

Trener Piotr Jawny powiedział mi, że nie macie nawet jakiegoś wspólnego zdjęcia z tego sezonu.

No nie mamy, to prawda, ale może jeszcze będzie okazja. Od poniedziałku trenujemy już całym zespołem, przyjechali chłopacy z Lublina czy Gdyni.

To dla Was było trochę zaskoczenie, że tak dobrze Wam szło w tym sezonie?

Ja osobiście zaskoczony nie byłem, bo znałem wartość tej drużyny, jej potencjał, ale jak ktoś patrzył na to z boku, to mógł pomyśleć, że tak dobra postawa beniaminka jest zaskoczeniem. Przed sezonem raczej nikt na nas nie stawiał.                                                                                       

Ktoś może Wam zarzucić, że co prawda awansowaliście, ale liga nie została dokończona i różnie mogłoby być.

Ja jestem zdania, że nawet jeśli liga byłaby dokończona, to i tak byśmy awansowali. Byliśmy dobrze przygotowani, co udowodniliśmy jesienią. W 17 meczach ponieśliśmy tylko 3 porażki – jak na tak młody, niedoświadczony zespół, to wynik, z którego możemy być dumni.

Mam takie wrażenie, że weszliście w tę III ligę trochę siłą rozpędu – przez 2 lata gry w IV lidze przegraliście tylko 7 spotkań, wygraliście 51, a z barażami 53.

No tak i przez te kilka lat mamy bardzo podobną kadrę, to też było naszą siłą teraz w III lidze – gramy i trenujemy ze sobą już od jakiegoś czasu.

Patrząc na Waszą grę i wyniki, które osiągaliście w IV lidze, ten drugi rok tam spędzony był stratą czasu.

Tak, też tak uważam, IV liga to był trochę taki przestój. III liga to jednak inne progi, jak dla mnie to była przepaść.

Na czym polegała Wasza siła w III lidze?

Przede wszystkim zaangażowanie i chęć pokazania się trenerowi pierwszego zespołu. Chyba każdy, kto gra w rezerwach, ma nadzieję, że uda mu się „awansować” do Ekstraklasy, przynajmniej takie jest moje założenie. Pokazaliśmy też, że chociaż jesteśmy młodym zespołem, nie odstajemy od drużyn od nas bardziej doświadczonych. Trzeba też podkreślić rolę trenerów – Piotra Jawnego i Marcina Dymkowskiego. Byliśmy bardzo dobrze zorganizowani, przede wszystkim w obronie, zrobiliśmy w tym elemencie duży progres. Oglądałem każdy nasz nagrany mecz i to jak graliśmy w defensywie mogło się podobać. Generalnie „zrobiliśmy” ten awans, bo byliśmy wszyscy razem. Zawodnicy z pierwszego zespołu też dołożyli swoją cegiełkę, nie było żadnego obrażania się, że muszą z nami grać.

Co konkretnie w Waszej grze obronnej się poprawiło?

Mogę powiedzieć na swoim przykładzie – dużo pracowałem nad skracaniem i wydłużaniem pola gry. Nawet jak zasypiam, to o tym myślę (śmiech). Do tego gra pressingiem w obronie, czyli tzw. „wyskakiwanie” do przeciwnika. To takie małe szczegóły, a naprawdę bardzo pomocne. Jak trener Dymkowski przyszedł do Śląska, to mogę powiedzieć, że dopiero wtedy, w wieku 21 lat, zrozumiałem na nowo piłkę nożną.

Jesteś rodowitym wrocławianinem – pierwsze piłkarskie szlify zbierałeś w Śląsku?

Tak, na pierwszy mój trening do Śląska zabrał mnie mój brat, który widział, jak gram w piłkę na podwórku, więc można zażartować, że to był pierwszy i jak na razie ostatni skaut, który mnie wypatrzył (śmiech). Pamiętam, że były to zajęcia z trenerem Markiem Jasińskim, miałem wtedy 9 lat, czyli to był 2008 rok. Trenowaliśmy na boisku przy Dmowskiego, mieszkam blisko tego stadionu. Zawsze jak szedłem przez mostek, który tam jest, byłem szczęśliwy, że za chwilę będę mógł potrenować. Koło boiska była tam taka ścianka, na której były narysowane różne punkty, w które trzeba było trafiać – pamiętam, że zawsze pół godziny przed treningiem przychodziłem tam pokopać. Obok był klub zapaśniczy, dużo znajomych tam trenowało, w tym Damian Janikowski (zdobywca brązowego medalu podczas igrzysk olimpijskich w 2012 roku – przyp.red.).

Ktoś z tej grupy młodych zawodników gra do dzisiaj w Śląsku?

Nie, jestem tylko ja. Był jeszcze Mariusz Idzik, ale teraz jest w Ruchu Chorzów, który strzelił nam w III lidze gola w 90 minucie.

Jak wspominasz to przechodzenie przez kolejne drużyny juniorskie w Śląsku?

Dla mnie ważne było, że prawie zawsze byłem powoływany do starszych zespołów, dzięki temu szybciej się rozwijałem. Podglądałem jak starsi grają i się od nich uczyłem. Jak miałem 17 lat trener Tadeusz Pawłowski powołał mnie na zgrupowanie z pierwszą drużyną, niestety do dzisiaj nie dostałem jeszcze żadnej szansy w Ekstraklasie.

Jesteś w klubie i widzisz pewnie treningi czy warunki młodych zawodników. Da się to jakoś porównać z tym, jak Ty zaczynałeś?

Wszystko teraz jest na wyższym poziomie, młodzi powinni mocno to docenić. Szkolenie młodzieży w Śląsku poszło mocno w górę. Wystarczy spojrzeć na wyniki naszej Akademii Piłkarskiej –chłopacy, mając po 10 lat, jeżdżą na międzynarodowe turnieje i mierzą się  tam z takimi zespołami jak Manchester City czy Sporting Lizbona i to Śląsk te turnieje potrafi wygrywać.

No tak, tylko zobaczymy, co dalej się będzie z tymi zawodnikami działo, bo od dawna mamy w Śląsku problem z brakiem wychowanków w pierwszej drużynie, którzy regularnie graliby w Ekstraklasie. Ty też nie dostałeś żadnej szansy.

I to jest jedyne, co mnie boli, bo ciężko na to pracuję od wielu lat. Gdybym dostał szansę i jej nie wykorzystał, to bym wiedział, że to jest moja wina i koniec tematu. Byłem kapitanem Śląska od najniższych szczebli, w różnych zespołach – trampkarzach, juniorach młodszych i tak dalej. Odnoszę wrażenie, że zawsze należałem do grona wyróżniających się zawodników, dlatego byłem na obozach z pierwszą drużyną. Uważam, że szansa dla mnie powinna nadejść, choć wiem też, że decyzja należy do trenerów. Ale ja się nie poddam, walczę i robie swoje. Śląsk to moja pierwsza miłość, nigdy nie chciałem z niego odejść, chociaż miałem inne propozycje, ale ta miłość zawsze wygrywała.

Trenerzy pierwszej drużyny rozmawiają z Tobą, co masz robić lepiej, inaczej, żeby dostać szansę?

Byłem na obozie w Szklarskiej Porębie pod wodzą trenera Lavicki i po nim dostałem od trenera informację, że jednak wracam do rezerw i żebym tam dawał z siebie wszystko.

Ale była jakaś informacja od trenera, co powinieneś poprawić w swojej grze, skąd taka decyzja?

Nie, nie było czegoś takiego. Sam chciałbym wiedzieć, czy brakuje mi szybkości, czy dobrego ustawiania się. Nie wiem… Muszę pracować nad sobą na każdym treningu. Tak szczerze, patrzę na Ekstraklasę i – nie obrażając nikogo – w głębi duszy czuję, że mógłbym dać radę. Chciałbym przejść taką weryfikację.

Trener Lavicka generalnie daje mało szans młodym piłkarzom.

Trudno mi to skomentować. Ja już generalnie nie zaliczyłbym siebie do młodych piłkarzy.

No tak, już kilka mistrzostw mógłbyś mieć na koncie.

Hehe, zgadza się. No mistrzostwo to ja świętowałem – w 2012 roku na rynku.

W sumie masz jakieś mistrzostwa na koncie, ale niższych lig.

Heh, no tak. Ale teraz właśnie ten awans do II ligi zaliczyłbym jako swój największy sukces.

Miałeś lub masz jakiegoś idola w Śląsku?

Idola nie, ale dla mnie wzorem jest Mariusz Pawelec i bardzo się cieszę, że mogę z nim grać i rozmawiać. Szanuję też Krzysztofa Wołczka, wcześniej Antoniego Łukasiewicza czy Przemysława Kaźmierczaka.

Jesteś w Śląsku 14 lat – jak z Twojej perspektywy klub się zmieniał przez ten czas?

Poprawiło się wszystko znacząco, przede wszystkim oceniam to przez pryzmat Akademii, która się rozrosła i jej wyniki pokazują, że trenerzy wykonują dobrą pracę. Szkolenie młodzieży teraz to inny poziom. Kiedyś wychodziliśmy na trening i np. nie było czegoś takiego, że trenujemy formacjami. Teraz zawodnicy mogą się dużo nauczyć już w bardzo młodym wieku i to im może pomóc przebić się do seniorskiej piłki.

Wracając do teraźniejszości i drużyny rezerw… Właśnie, nie denerwuje się ta nazwa „rezerwy”?

Ja bym powiedział, że jesteśmy Śląskiem Wrocław. Zakładamy koszulkę, na niej i na sercu mamy herb Śląska. Ja zawsze będę walczył za Śląsk – czy to są właśnie tzw. rezerwy, czy to byli trampkarze, juniorzy… Ten herb mobilizuje mnie do gry.

Bycie piłkarzem drugiej drużyny moim zdaniem to jest trochę inna sytuacja niż granie dla takiego standardowego klubu. Jakie są minusy takiej sytuacji?

Przede wszystkim sytuacja, kiedy na mecz wychodzimy w składzie, w którym nie trenowaliśmy. Np. od poniedziałku trenujemy pod dany zespół, trenerzy nas ustawiają, uczymy się swoich schematów, zachowań. Po czym w piątek dowiadujemy się, że zagra z nami ktoś z pierwszej drużyny – trenerzy mają wtedy tylko jeden dzień, żeby ich poinformować o naszej taktyce. No i też jest zasada, że jak ktoś z „jedynki” do nas przychodzi, to ma zawsze pierwszy skład, na czym np. ja cierpiałem i jako kapitan musiałem siedzieć na ławce. To z jednej strony irytujące, z drugiej napędza mnie też do mocniejszej pracy. Oczywiście cieszę się z każdego zwycięstwa drużyny, to jest priorytet.

Nie mamy też takiej swoje siedziby do treningów, bo wiadomo, że priorytet na zajęcia przy Oporowskiej ma pierwsza drużyna. Nie mamy na co dzień swojej szatni tylko dla siebie, tę przy Oporowskiej wykorzystujemy przy okazji meczów czy naszej obecności w klubie. Trenujemy raz na tym boisku, później na innym… Całe przygotowania do rundy wiosennej trenowaliśmy na sztucznych boiskach – Na Niskich Łąkach, GEM-ie czy na Sztabowej. Po raz pierwszy na naturalną murawę wybiegliśmy dopiero na meczu ligowym.

Brak bazy treningowej to od lat problem WKS-u i to się szybko nie zmieni. A co z plusami bycia w drugiej drużynie Śląska?

Przede wszystkim możliwość dostania się ekstraklasowej drużyny – na treningi i szansa dostania powołania na mecze. Największym plusem dla mnie jednak jest fakt, że jestem częścią Śląska Wrocław, czyli profesjonalnego klubu, który zatrudnia najlepszych trenerów, w tym trenerów od motoryki, jest też pani psycholog, czyli to jest całe profesjonalne zaplecze, którego inne kluby z naszej ligi nie mają. Korzystamy tak naprawdę z wszystkiego, co mają zawodnicy z Ekstraklasy, czyli cała odnowa biologiczna, odżywki, fizjoterapia. W innych klubach III czy II-ligowych tak dobrze na pewno z tymi tematami nie jest.

Zresztą nie dotyczy to tylko nas, ale też drużyn juniorskich – czasami widzę, że nastolatkowie przychodzą do „maserów”, co w moich czasach młodości było nie do pomyślenia. Tutaj muszę podkreślić rolę Krzysztofa Bukowskiego, dzięki któremu mogę jeszcze grać w piłkę, chociaż skazywano mnie już na piłkarską emeryturę. Włożył we mnie dużo pracy, bez tego dzisiaj nie mógłbym cieszyć się z tego awansu. Miałem naderwany i naciągnięty w kilku miejscach mięsień dwugłowy uda. Walczyliśmy jednak przez 7 miesięcy o powrót i się udało.

Treningi są codziennie?

Tak i tutaj też muszę podkreślić profesjonalizm całego sztabu szkoleniowego. Każdy trening jest po coś, widać ich sens.

By utrzymywać siebie czy rodzinę, treningi musicie jednak łączyć z pracą.

Nie musimy, pracuje dodatkowo ten, kto chce. Nie wiem, ile zarabiają inni, bo to są indywidualne sprawy, w które nie wnikam, ale ja za zarobione w Śląsku pieniądze nie byłbym w stanie pomóc mamie czy wynająć wspólnie z dziewczyną większego mieszkania.

Czym się zajmujesz poza Śląskiem?

Od czasu do czasu rozwożę pizzę, to taka tymczasowa robota. Muszę to pogodzić z treningami, co czasami jest ciężkie. Trenujemy najczęściej od 10 do 12, biorę prysznic i jadę do pracy. To się oczywiście odbija trochę na regeneracji, bo czasami muszę pracować dłużej, do późnego wieczora. Moim celem jest, by kiedyś zarabiać tyle, żebym mógł skupić się tylko na piłce,  ale wiem, jaka jest rzeczywistość w niższych ligach i nie jestem tu wyjątkiem.

Jak dostarczasz pizzę, ktoś Cię rozpoznaje?

Nie, nie. Ja też raczej jakoś się nie udzielam na portalach społecznościowych, wolę być trochę w cieniu.

Wracając do awansu do II ligi – Wasze świetne wyniki były trochę zaskoczeniem pewnie też dla samego klubu, pojawiały się takie głosy, że może Śląsk nie będzie chciał grać w wyższej lidze. Mieliście jakieś zapewnienia, rozmowy na ten temat?

Nie, nie było żadnych takich rozmów, my też w ogóle o tym myśleliśmy, po prostu robiliśmy swoje i walczyliśmy w każdym meczu o zwycięstwo.

Piłkarze pierwszego zespołu w trakcie epidemii mieli nałożone plany treningowe, które musieli realizować i wysyłać raporty do klubu. Jak to wyglądało u Was?

Dokładnie tak samo. Mieliśmy precyzyjne rozpiski i co tydzień wysyłaliśmy raporty treningowe. Pracowaliśmy tak, jak byśmy mieli normalne treningi – np. w sobotę mieliśmy trening imitujący wysiłek meczowy, w poniedziałek obciążenie było mniejsze, w środę większe, w piątek taki rozruch, trochę sprintów jakby przed meczem. Byliśmy cały czas w kontakcie z trenerami.

Mieliście też badania?

Nie, nie mieliśmy.

Czyli nie możecie mieć styczności z pierwszą drużyną.

No tak. Mathieu Scalet i Grzesiek Kotowicz musieli najpierw zaliczyć 2-tygodniową izolację i dopiero dołączyli do pierwszej drużyny. Oni mieli też testy.

Jak wygląda Wasza forma po takim długo rozbracie z boiskiem?

Takie bieganie po lesie czy gdzieś w terenie to zupełnie inna sprawa, ale szczerze – mam wrażenie, że moglibyśmy już grać.

Po awansie szykują się jakieś podwyżki? Albo chociaż premia za awans?

Nic nie wiemy na ten temat. Sporej części zespołu kończą się kontrakty, ja też jestem w tej grupie, zobaczymy jak to będzie. Na pewno chciałbym zostać i pokazać się z dobrej strony w II lidze, z której łatwiej byłoby mi się wybić, pokazać się.

(fot. Marcin Folmer i Rafał Sawicki)

ZOBACZ też: Rezerwy w II lidze! BRAWO!