Aktualności

Nakładką: Hamując wyobraźnię

04.08.2009 (19:12) | Michał Zachodny
W sobotę idąc na Oporowską i siedząc już przed meczem na trybunie byłem dość zdziwiony – spodziewałem się raczej ludzi szczęśliwych, że zaczyna się kolejny sezon. Tymczasem kibice siedzący naokoło raczej gorączkowo wymieniali się usprawiedliwieniami, wymówkami i zarzutami, które zasłyszane lub zaczytane w mediach taktujących o Śląsku Wrocław miały wytłumaczyć nam to co się zdarzyło tego dnia wieczorem. Jeszcze nawet przed rozpoczęciem się zawodów!


 

Sam nie byłem w nastroju hurraoptymistycznym jednak powodów do narzekań nie było tak wiele by przyćmić radość z powrotu ekstraklasowego futbolu (który jaki jest, każdy widzi, ale każdy też za nim tęskni). Był pewien niepokój związany z wieloma kontuzjami w składzie ale gdy patrzyłem na prawdopodobne zestawienie pierwszej jedenastki to pod względem piłkarskim Śląsk Wrocław znacznie przewyższał rywali. Zaraz przypomniałem sobie, że przecież teraz w futbolu nie o technikę czy taktykę chodzi lecz o szybkość i świeżość. Od co najmniej tygodnia, gdy tylko otwierałem gazetę to mogłem być w stu procentach pewnym, że jeśli będzie napisane o Śląsku to tylko w kontekście przygotowań do sezonu, nieudanych na dodatek. Nie wiem zresztą skąd się wzięły podstawy do takiego negatywnego myślenia, przecież gdy tylko trenerem był Tarasiewicz to od pierwszego do ostatniego meczu sezonu piłkarze sił mieli aż nadto!



Dlatego dobrze, że Śląsk swój pierwszy mecz wygrał. Nie był to na pewno styl olśniewający, a i każdy przypomni sobie kilka spotkań z zeszłego sezonu gdy WKS zagrał lepiej, ofensywniej i z większą werwą. Mało kto jednak zauważa, że przecież wcale nie gorzej piłkarze zaprezentowali się gdy na Oporowskiej wygrywał Piast Gliwice, a z Gdyni przywieziono pechowy remis. Tu wręcz widać postęp – skoro przecież szczyt formy ma przyjść w określonym momencie (późniejszym, z założenia) to nie znaczy, że resztę spotkań można odpuścić. Śląsk pokazał, jak należy wygrywać gdy są jeszcze braki, gdy brakuje kilku zawodników i formę piłkarską osiągnęło się dopiero w połowie. Można wskazać szereg drużyn po pierwszej kolejce, którym właśnie tego zabrakło. Znamienne jest, że gdy przed meczem (według mediów) piłkarzom brakowało szybkości/świeżości/formy to już w poniedziałek mogłem przeczytać o silnej jedenastce i perspektywicznych talentach na ławce. Nie chcę wychodzić na malkontenta, ale boję się, że do piątku ze Śląska stanie się główny faworyt ligi, któremu żaden rywal nie straszny.



Zadziałała wyobraźnia - jeśli nie moja, to kilku osób na pewno. W kilka dni przecież zespół został zrzucony w dolną połówkę tabeli by następnie wydźwignąć go prawie na sam szczyt! Tak jednak nam się wspaniale ułożył terminarz Ekstraklasy, że póki co możemy podobne wróżenie z fusów, pompowanie i przebijanie balonika traktować z dystansem. Każdy rozsądny spoglądając w rozkład gier wie, że sądzenie danej przyszłości przed zakończeniem szóstej kolejki może być później porównane do herezji – niezależnie czy wywróży się Śląskowi środek czy szczyt tabeli. Dopiero wtedy okaże się na co nas stać, komu będziemy mogli nosa utrzeć i jak wysoko można w tym sezonie mierzyć. Czeka nas bowiem pełen przekrój ligowych rywali – od drużyn ewidentnie broniących się przed spadkiem, przez ambitne zespoły środka tabeli, aż do hegemonów, którzy koncentrują się również na grze w Europie. Na dodatek wspominając słowa trenera o odzyskaniu świeżości oraz tajemnicze stwierdzenia o wciąż trwającym okienku transferowym… Sami widzicie, że tych zmiennych jest jeszcze zbyt wiele by determinować starania i ambicje wybranej przez Tarasiewicza jedenastki.



Dlatego ja wierzę w dobre i przychylne ukochanej drużynie znaki. Nie, nie chodzi bynajmniej o to, że pogoda na inaugurację była dobra, na stadion i z powrotem dotarło się bez żadnych problemów, a moje miejsce na odkrytej było czyste. Dla jednych może być to szybko strzelona bramka Dudka lub ta druga Wołczka, jeszcze piękniejsza, dla innych wmieszanie się w to wszystko historii wrocławskiego klubu, uśmiech na ustach po powrocie, dobre wyniki zaprzyjaźnionych drużyn… Dla mnie takim odnośnikiem jest mój głos. Nic nie nastraja lepiej na przyszłość niż poziom zdarcia własnego gardła już po 90. minutach gorącego dopingu. A skoro do poniedziałku ledwo co mogłem mówić… Sami sobie dopowiedzcie.

źródło: własne