Analiza taktyczna: Polonia Warszawa - Śląsk

12.08.2009 (10:08) | Andrzej Gomołysek
Piłkę nożną trudno nazwać sportem sprawiedliwym. W niedzielę w Warszawie gracze Śląska zaprezentowali się sporo lepiej niż tydzień wcześniej na własnym stadionie z Cracovią. Wtedy jednak słabsza postawa wystarczyła do zainkasowania kompletu punktów, tym razem nie pozwoliła na zdobycie choćby jednego „oczka”.


 

Oba zespoły zagrały w tym spotkaniu otwartą piłkę, zaś futbolówka szybko przemieszczała się z okolic jednego pola karnego pod drugie. Wrocławianie i warszawiacy chętniej przeprowadzali akcje prawym skrzydłem. W pierwszym przypadku wynikało to ze znakomitej dyspozycji Marka Gancarczyka i dobrze z nim współpracującego Dudka, zaś u Polonistów często na obieg ruszał boczny obrońca - Mynar. O ile akcje starszego z braci przynosiły wymierne rezultaty, tak szarże prawym skrzydłem gospodarzy rozbijały się o pewny w defensywie duet Pawelec - Spahić. Ogólnie obrona wrocławian sprawiła w tym meczu bardzo dobre wrażenie, doskonale funkcjonując jako formacja, tyle że tym razem nie ustrzegła się indywidualnych błędów w zaskakująco dużej liczbie. Nie przekonał również Vazgec - ciężko stwierdzić czemu mają służyć wślizgi w sytuacjach sam na sam. Wprawdzie Szwed błędów nie popełnia, ale na chwilę obecną nie pokazał nic, czego w poprzedniej rundzie nie demonstrowałby Karczmarek.

Umiejętna neutralizacja poczynań Polonii w środku pola zaowocowała niewielką ilością piłek przechodzących w okolice pola karnego. Spora w tym zasługa Łukasiewicza (brawa za wyłączenie z gry Trałki) oraz Ulatowskiego, który coraz bardziej staje się zawodnikiem nastawionym raczej na destrukcję. Lepiej byłoby jednak, gdyby wyraźniej angażował się w ofensywę. Za atak tradycyjnie odpowiadał kwartet Dudek - Gancarczykowie - Szewczuk. Ogromna niemoc Panów Janusza i Tomasza spowodowała, że ofensywa Śląska zależała od dwóch zawodników. Jednak kreatywna gra tej dwójki sprawiła, że wrocławianie do 90. minuty mogli czuć się zwycięzcami tego spotkania. Starszy z braci pokazał dokładnie to, czego wymaga się od skrzydłowego, a co doskonale wykorzystywali jego partnerzy. Kiedy tylko widzieli uciekającego na wolne pole Marka Gancarczyka, serwowali prostopadłe podanie, co zaowocowało dwoma bramkami. Gdyby taką samą siłą dysponował Śląsk również na drugiej flance, ofensywa wrocławian byłaby trudna do powstrzymania. Tymczasem na poczynania lewoskrzydłowego w tym meczu adekwatne wydaje się spuszczenie zasłony milczenia. Podobnie niestety przedstawia się sprawa z poczynaniami naszego jedynego napastnika.

Gdzie zatem szukać zmian? Janusz Gancarczyk zasługuje chyba na odpoczynek i przemyślenie swoich poczynań. Ciekawym pomysłem byłoby zastąpienie go Szewczukiem. Gdy był umieszczany na tej pozycji, radził sobie bardzo przyzwoicie. Prędzej czy później zaś na swoją szansę w ataku musi się doczekać Biliński. W kolejnym meczu Śląsk zagra o komplet punktów, zaś mając na względzie słabość rywala (mimo miejsca w tabeli) można spróbować wariantu z Sochą na obronie. Wprawdzie gra on gorzej niż Wołczek w destrukcji, ale można wykorzystać jego potencjał ofensywny. Marek Gancarczyk nie blokowałby mu wyjść do przodu, schodząc częściej do środka. Być może przy braku drugiego z braci w jedenastce odblokowałby się również Pawelec. Szewczuk, gdy grał na skrzydle, trzymał się dużo dalej od linii bocznej, co zostawiałoby miejsce dla lewego obrońcy. Nie ma oczywiście gwarancji, że ten system sprawdzi się lepiej niż dotychczasowy, ale szukać trzeba. Dudek i Marek Gancarczyk, nawet w obecnej dyspozycji, sami w ofensywie na dłuższą metę nie wystarczą.