Aktualności

Granie mało koncertowe - analiza taktyczna po spotkaniu z Koroną

21.09.2009 (16:20) | Andrzej Gomołysek
Można po tym meczu rozdzierać szaty, bić w patetyczne tony albo głosem niskim i głębokim grzmieć o ogólnej beznadziei. Być może jest to na miejscu, ale od tego jeszcze gra żadnej drużyny się nie poprawiła i ani jeden mecz nie został wygrany. Nie ma się co oszukiwać- nadszedł czas na duże zmiany, na coś co wstrząśnie tą drużyną i wprowadzi ją na nowe tory. Szczęście w nieszczęściu- kartki lub kontuzje kluczowych dotychczas zawodników niejako to wymuszają.


 

Kto wskaże różnice między organizacją gry Śląska w kwietniu i teraz?. System dokładnie ten sam, mimo, że wyraźnie widać, że ten schemat się wypalił. Niektórzy zawodnicy już od kilku spotkań kwalifikują się na ławkę, ale teoretycznie nie ma kim ich zastąpić. Ryszard Tarasiewicz trwa przy schemacie 1-4-5-1, ciężar gry kładąc na skrzydła (bądź przynajmniej tak to wygląda na boisku). Ponieważ skrzydłowi zawodzą rozegranie piłki w ataku można streścić jednym zdaniem brzmiącym „Długa piłka na Szewczuka”. Przynosi to marny efekt, bo nawet jeśli wysunięty napastnik Śląska jakoś dotrze do piłki to albo nie ma jej w komu strącić albo musi czekać aż ktoś mu wyjdzie do odegrania. Nie jest to dziwne, bo odległość miedzy nim a resztą zespołu w momencie posłania futbolówki w jego kierunku można mierzyć w dziesiątkach metrów. Poza tym Pan Tomasz nie jest typowym egzekutorem, znacznie lepiej czułby się jako skrzydłowy (pokazywał to już kilkukrotnie) lub przynajmniej jako podwieszony napastnik. Próbuje cofać się po piłkę, z lepszym już gorszym skutkiem, ale i tak radzi sobie lepiej bardziej z tyłu. To użyteczny zawodnik, ale nie ma predyspozycji do pozycji na której występuje.



Dużym i błędnym uproszczeniem jest sugerowanie, że drugi napastnik jest remedium na słabą grę Śląska w ofensywie. Przejście na 4-4-2 jeszcze bardziej położyłoby rozgrywanie piłki w ofensywie, poza grą znalazłoby się więcej zawodników. Jeśli już, większy sens miałoby 4-4-1-1 z Szewczukiem jako cofniętym napastnikiem i Bilińskim lub Sotiroviciem na szpicy. Wszystko to przy założeniu, że Pan Tomasz grałby na tyle wysoko, że brałby udział w rozegraniu akcji, rekompensując brak jednego z środkowych. Nie jest to duża zmiana, jej wdrażanie nie trwałoby długo czasu. Pytanie na ile gracze Śląska są elastyczni by przygotować się do rotacji. Od blisko 7 miesięcy grają dokładnie to samo, co być może sprawiłoby, że nawet drobne korekty mogłyby powodować bałagan. Ale ryzykować trzeba, trener Werderu Thomas Schaaf w pierwszych czterech kolejkach Bundesligi żonglował graczami i ustawieniem, szukając optymalnego zestawienia. Wychodzi to jednak bremeńczykom na zdrowie, z meczu na mecz coraz bardziej imponują rozegraniem piłki. Śląsk gra delikatnie mówiąc przeciętnie, ale to samo dzieje się w kolejnym meczu. I kolejnym, i kolejnym...



Poprawnie działa defensywa, ale tylko w podstawowym składzie. Trudno powiedzieć na ile wynika to z indywidualnych umiejętności a ile z taktyki, ale błędy w ustawieniu (abstrahując od zwykłych przejść dryblingiem) pokazały, ze Tadeusz Socha niekoniecznie wie jak się zachować w niektórych sytuacjach na boisku. Na pewno wynika to częściowo z braku doświadczenia i ogrania, ale spora część tych błędów była do uniknięcia. Młody obrońca Śląska ma bardzo wiele do nauki. Przy zdrowym Wołczku nie ma szans na grę. Jak więc ma się rozwijać i zbierać niezbędne doświadczenie? Tym niemniej komunikacja między obrońcami może budzić podziw. Zawodnicy świetnie się uzupełniają się nawzajem i asekurują, wzajemnie naprawiając swoje błędy. Ten element gry Śląska jawi się jako bardzo jasny punkt.



Jak zaś poprawić ofensywę? Przede wszystkim trzeba sprawić, żeby piłkarzowi mającemu futbolówkę przy nodze przestały się należeć wyrazy serdecznego współczucia. Bo co on biedny ma zrobić? Wokół sami rywale, a „przyjaciele są daleko, daleko”. Do rozegrania nie wychodzi nikt, skrzydła czekają na prostopadłą piłkę, krycie jest wówczas szybko podwajane i co zostaje? Oczywiście wypatrywanie w oddali na horyzoncie Szewczuka. W środku jest pięciu graczy, czemu oni nie grają bliżej siebie? Przecież skrzydłowy też może zbiec w kierunku piłki, niekoniecznie na długie prostopadłe zagranie. Lukę po nim może zapełnić w każdej chwili boczny obrońca. Niestety, nadal funkcjonuje myślenie, że skrzydłowy jest od tego, żeby biegać jak najbliżej linii. To rozumowanie zaczyna wyznawać (trudno wytłumaczyć czemu, akurat jemu trudno było zarzucić to wcześniej) Marek Gancarczyk, zaś Janusz (tu akurat na szczęście) powoli się go pozbywa. Pomysł z cofnięciem Szewczuka na skrzydło wydaje się tym sensowniejszy, że dla niego jako napastnika zejścia do środka są czymś naturalnym. Jeśli nie uda się zmniejszyć odległości na które odgrywana będzie piłka problemy z jej rozprowadzeniem wyeliminowane nie zostaną. A o tym, że problem jest niemały świadczy to, że Śląsk już nawet rozgrywając auty stosuje długie wyrzuty. Taka gra to przejaw pójścia na łatwiznę, nadzieja, ze łatwo się przerzuci ciężar gry z jednej formacji na drugą. Niestety, mimo, że nie zdaje to egzaminu nikomu nie przychodzi do głowy, że chyba jednak każdy zdobyty metr boiska trzeba będzie wybiegać.



Sekcja rytmiczna z Dudkiem na perkusji i Ulatowskim na basie, zamiast nadawać rytm gry, często go gubi. Gitarzyści na skrzydłach nie grają pięknych solówek, zaś frontman Szewczuk wyraźnie lepiej sobie radzi jako drugi wokal. Na tym tle pozytywnie wyróżnia się ściana dźwięku proponowana przez kwartet obronny, zagłuszająca poczynania rywali. Z koncertowym graniem nie ma to jednak nic wspólnego i nie zmieni tego nawet udana coda w postaci ładnej solówki Sotirovicia. Orkiestra fałszuje, przed dyrygentem dużo pracy.