Aktualności

Analiza taktyczna spotkania Legia- Śląsk

23.03.2010 (18:43) | Andrzej Gomołysek
90 minut w sobotnie popołudnie przy Łazienkowskiej dłużyło się jak mało kiedy. Obie drużyny zaprezentowały nudny i statyczny futbol. Więcej powodów do zadowolenia z wyniku ma Śląsk, choć przy obecnej dyspozycji Legii można się było pokusić o trzy punkty.


 

Przebieg meczu był dość nieoczekiwany, stroną dyktującą warunki był zespół przyjezdnych, tyle że potwierdziło się, że efektów nie przynosi posiadanie piłki, a pomysł co z nią zrobić. Śląsk tego pomysłu ewidentnie nie miał. Legia również, długie przerzuty na wolne pole wykorzystujące błędy w ustawieniu Tadeusza Sochy kreowały zagrożenie w pierwszych minutach. Śląsk zaś bez problemu dochodził do 30. metra przed bramką Legii, potem zaś krążył wokół niej niczym w piłce ręcznej, wymieniając podania na połowie gospodarzy, nijak nie przybliżając się do bramki. Gdy ktoś ryzykował bardziej odważnym zagraniem, prowadziło to zwykle do straty, długiej piłki na wolne pole i zagrożenia pod bramką Śląska.



Można się cieszyć, że Śląsk wreszcie dłużej utrzymywał się przy piłce i przeważał. Byłoby to jednak nadużycie. Legia sama prowokowała taki stan rzeczy, stawiając defensywę głęboko, czekając na poczynania wrocławian. Te nie były w stanie sforsować zasieków stołecznej drużyny, która gdy tylko odzyskiwała futbolówkę słała ją daleko do przodu, gdzie pozostawało kilku zawodników ofensywnych. Na szczęście dla wrocławian, defensorzy Śląska reagowali poprawnie, dzięki czemu padł tylko jeden gol. Inna sprawa, że Legia grała zbyt ospale, by wykorzystać znakomite nieraz wyjściowe sytuacje do kontr.



Gracze Śląska po przekroczeniu linii środkowej wyraźnie nie wiedzieli, co zrobić z piłką. Trener Tarasiewicz preferuje grę z szerokimi skrzydłami, co zresztą ostatnio w wywiadzie potwierdził. Jak wygląda Ćwielong jako skrajnie grający skrzydłowy można było obejrzeć w tym spotkaniu. Zupełnie niewidoczny, wyłączony z gry, tracący piłkę przy próbach dryblingu, które stawały się jedyną możliwością gry przy podwajaniu krycia ze strony gospodarzy. Lepiej wyglądał po przeciwległej stronie Madej, schodzący częściej do środka, co przynosiło jakieś efekty. Ryszard Tarasiewicz twierdzi mimo to (w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego z 17. marca), że boczni pomocnicy za często schodzą do środka, a nie jest to ich zadaniem, gdyż trójka zawodników w środku wystarcza. Tymczasem gra wrocławian środkiem pola leży odkąd formy szukają Mila i Dudek. Ten ostatni zaliczył przy Łazienkowskiej solidne zawody, ale jego partnerzy ze środka zawiedli.



Podobać się mogły próby podłączania się w ofensywę w wykonaniu Sochy i Wołczka. Dobrze, że wykorzystywali miejsce, którego w środku było aż nadto. Gdyby jeszcze pozostali zawodnicy bardziej się angażowali w wejście w pole karne gdy do defensora na skrzydle dociera piłka, a same dogrania były precyzyjniejsze, zagrożenie płynące z tego elementu gry byłoby dużo większe.



Z tym jednak schematem wiąże się inna, mniej jasna strona. Otóż w momencie, kiedy boczni obrońcy podłączają się do akcji ofensywnej, piłka zawsze jest kierowana na nich. A przecież można czasem zastosować inne rozwiązanie. Tak czy inaczej wbiegający defensor weźmie na siebie jednego z graczy rywala, zaś inne rozegranie byłoby bardziej zaskakujące dla obrońców przeciwnika. Za cenę pustego przebiegu bocznego obrońcy otrzymuje się wszak jednego oponenta mniej w środkowej strefie boiska.



Innym fatalnym pomysłem było wznawianie gry przez Kelemena długimi podaniami na Sotirovicia. Praktycznie zawsze miał on asystę trzech rywali, tymczasem wykopy golkipera Śląska często leciały na niego. Efektem była niemal pewna strata futbolówki. Przy ilości miejsca jaką w środku pola zostawiali gracze Legii, dojście do miejsca w którym operował serbski napastnik było kwestią kilku spokojnych podań.



Całe spotkanie przy Łazienkowskiej było fatalnym widowiskiem, toczonym w sparingowym tempie, przez dwa zespoły trawione ogromną niemocą. Kłopoty Legii trwają dalej, dziś odpadła z Pucharu Polski. Kłopoty Śląska zakończyłaby wygrana w sobotę z Koroną. Bo jak nie wtedy, to kiedy?