Bez pomocy i bezradni: analiza taktyczna meczu Lechia Gdańsk – Śląsk Wrocław

29.08.2010 (18:17) | Michał Zachodny | żródło: własne
Powróciły koszmary poprzedniego sezonu, prawda? Zespół Śląska zagrał w Gdańsku beznadziejnie, zaprezentował się poniżej standardów wyznaczonych sobie w pierwszych trzech meczach, a wyższość Lechii była momentami zatrważająca. Ryszard Tarasiewicz ma teraz dwa tygodnie na podniesienie swojej drużyny z kolan oraz naprawę błędów, których, jak sami się przekonacie, było bardzo dużo.


 

Pewnie spora część kibiców, widząc przedmeczowe grafiki pokazujące nam ustawienie i personalia obu wyjściowych jedenastek poczuła się dosyć pewnie. Jak bowiem pomoc Lechii złożona z trzech zawodników, może wygrać z czwórką graczy drugiej linii Śląska Wrocław? To był jednak idealny (i po meczu z Legią kolejny) przykład, że zdominowanie środka pola trójką zawodników jest kluczem do sukcesu w starciu ze sprawdzonym ale odchodzącym do lamusa 4-4-2. Bajić i Surma idealnie asekurowali poczynania Nowaka, a występująca z przodu trójka (Wiśniewski, Traore, Buzała) rotowała między sobą dynamicznie i skutecznie.

Tak jak Lechii druga linia wygrała mecz, tak Śląskowi pomoc spotkanie przegrała. Linia obrony ekipy z Wrocławia grała dobrze, choć nie bezbłędnie – jak zwykle mądrze prezentował się Spahić, Celeban często ‘kasował’ Traore, Fojut nie ustrzegł się niegroźnych pomyłek. Najsłabiej wypadł Mariusz Pawelec ale było to wynikiem braku ogrania po kontuzji, którą niedawno wyleczył lewy obrońca. Niestety, sama czwórka defensorów nie zdobędzie trzech punktów. To, że od drugiej linii nie dostawali oni wystarczającej pomocy było widać od początku do samego końca spotkania. Kaźmierczak nie potrafił sprowadzić piłki do ziemi, Mila głównie truchtał za piłką i akcją. Skrzydłowi w żaden sposób nie odciążyli w defensywie uwijających się za ich plecami kolegów.

Te podstawowe błędy w defensywie pokazują najlepiej bramki. Pierwszy gol, zdobyty ładnym strzałem przez Wiśniewskiego, padł gdy linia obrony cofnęła się w pole karne, ale ze względu na leniwy powrót środkowych obrońców, nie miał kto przeszkodzić zawodnikowi Lechii w celnym uderzeniu na bramkę Kelemena. Kaźmierczak stał kilka metrów od całego zdarzenia a Mila spokojnym krokiem wracał w kierunku własnego pola karnego. W tej sytuacji Pawelcowi pomagał Sobota, ale tego zabrakło przy drugiej bramce. Szybkie rozegranie piłki przez Lechię, obrona Śląska (co normalne i słuszne) zawęziła pole gry… Najpierw jednak mocno spóźniony na prawym skrzydle Sobota dopuścił do dośrodkowania Traore, niefortunne wybicie piłki Spahicia na skraj pola karnego gdzie czekał Buzała. Sam. Dopiero wprowadzony na boisko Marek Gancarczyk nie nadążył kompletnie za tą akcją i Lechia po prostu była w szesnastce Śląska w przewadze liczebnej! Środkowi? Kaźmierczak dobrze asekurował przed polem karnym a Mila… spokojnym krokiem wracał w kierunku własnego pola karnego. Mała powtórka, prawda?

W ofensywie Śląsk nie istniał. W poprzednich spotkaniach skrzydłowi stwarzali okazje napastnikom ale wczoraj, przy świetnej grze Deleu i Andriuškevičiusa, Sobota i Ćwielong w ogóle sobie nie pograli. Nie jest to do końca ich wina – rozdzielanie piłek przez środek pomocy było na żenującym poziomie. Gdyby nie jedno dokładne, prostopadłe podanie Mili do Diaza w pierwszej połowie, nie byłoby nawet o czym mówić. Mila często był ‘łapany’ w środku małej gry Nowaka, Surmy i Bajicia, natomiast Kaźmierczak nie potrafił sobie poradzić z ruchliwym Nowakiem, często kryjąc… powietrze. Takie błędy popełniane przez tak doświadczonych pomocników są niedopuszczalne.

Wielu kibiców nie zrozumiało zmian przeprowadzonych przez Ryszarda Tarasiewicza. Jednak jeśli cokolwiek można zarzucić trenerowi Śląska to tylko spóźnienie, ponieważ roszada w ustawieniu i składzie była potrzebna już w przerwie. Pech Wrocławian polegał na tym, że tuż po wejściu Gancarczyka padła druga bramka dla Lechii i najwyraźniej odwlekła kolejną zmianę, tym razem za jednego napastnika. Jednak Diaz i Sotirović dalej byli bez pomocy ze strony Mili, Kaźmierczaka i skrzydłowych, więc by wyrównać walkę w środku pola, Śląsk po 70. minutach przeszedł na system 4-1-4-1. Poprawa była, ale niewielka. Mila nadal nie angażował się w grę tak jak od lidera zespołu się oczekuje, a na bokach pomocy gry było jak na lekarstwo. Śląsk przynajmniej nie oddawał jednak futbolówki tak łatwo rywalom w środku pola, przesunął ciężar gry na połowę Lechii, choć wyniknęła z tego tylko jedna sytuacja.

Sporo, naprawdę sporo do poprawy po tym beznadziejnym występie Śląska Wrocław. Skoro Lechia Gdańsk, która do tej pory miała problemy ze zdobywaniem punktów tak łatwo wypunktowała taktykę Ryszarda Tarasiewicza i jego zespołu to pewnie inni szkoleniowcy pójdą drogą Tomasza Kafarskiego oraz Lechii Gdańsk. Zwłaszcza, że zdecydowana większość ekip Ekstraklasy gra trójką środkowych pomocników, a odcięcie od gry Mili i Kaźmierczaka w zasadzie oznacza także anonimowy występ Soboty i Ćwielonga. Z jednej strony przerwa reprezentacyjna przychodzi w złym momencie, gdy przydałby się szybki rewanż, ale też dwa tygodnie bez ligowego grania daje szanse na naprawienie błędów z wczoraj. Bo przecież chyba nikt nie liczy, że ktokolwiek w Lechu Poznań zapomni o tym bezbarwnym występie Śląska Wrocław w Gdańsku…

PS. Wyjątkowo, analizę taktyczną przygotował Michał Zachodny. Cała redakcja ŚląskNetu liczy, że Andrzej Gomołysek jak najszybciej wróci do wspaniałej pracy, którą do tej pory wykonywał na rzecz serwisu. Andrzej, jesteśmy z Tobą!