Bo liczy się to, co w siatce

24.09.2010 (19:52) | Andrzej Gomołysek
Rok temu Vuk Sotirović w Kielcach był bohaterem. Po słabym występie całej drużyny uratował Śląskowi remis. Tym razem nieskuteczność Serba była jednym z powodów niepowodzenia wrocławian w świętokrzyskim.


 

Obie ekipy zaczęły z dużym animuszem. Piłka szybko krążyła od jednej bramki do drugiej. Pierwszą akcję już w drugiej minucie stworzyła Korona, do dośrodkowania z rzutu wolnego Ediego nie dotarli jednak partnerzy. Szybko okazało się, że kielczanie będą próbowali atakować w ten sposób- piłka ze skrzydła gdzieś na urywających się środkowych- w ten sposób próbowano uruchomić Jovanovicia czy Niedzielana. Ten drugi był jednak pieczołowicie pilnowany przez defensywę Śląska.



O ile w środku gra była wyrównana, tak w początkowej fazie minimalną przewagę mieli kielczanie. Sporą liczbę miejsca przed polem karnym gości wykorzystywali Jovanović i Edi. Ich strzały z okolic granicy pola karnego okazywały się jednek niecelne. Około 20 minuty do głosu zaczął dochodzić Śląsk. W swoim klasycznym stylu wrocławianie atakowali szybko, tym razem jednak zaskakująco ruchliwie. Obrońcom Korony urywali się Sotirović i Diaz. Serb jednak nie miał dzisiaj swojego dnia i zmarnował dwie znakomite sytuacje. W obu przypadkach otrzymał doskonałe podania (od Mili i Diaza), jednak piłka po jego strzałach zatrzymywała się na Małkowskim. Żałować może zwłaszcza drugiej akcji, kiedy znajdował się na szóstym metrze, mając mnóstwo czasu i miejsca trafił prosto w golkipera Korony.



Korona również atakowała, ale mniej groźnie. Najdogodniejszą sytuację miał Edi, którego wyjście do podania na wolne pole utrudnił Kelemen, zmuszając napastnika gospodarzy to posłania piłki obok bramki. Do przerwy w okazjach na strzelenie bramki panował remis, ale znacznie groźniejsze stworzyli sobie wrocławianie.



Po przerwie było podobnie, kielczanie nadal nie oddali celnego strzału, ale prowadzili 1:0. Po dośrodkowaniu w pole karne Ediego z rzutu wolnego piłkę do własnej siatki skierował naciskany przez napastników Wołczek. Po tej sytuacji wrócił stary, niedobry Śląsk, pasywny, chaotyczny, grający bez większego pomysłu. Wcześniej Sotirović był blisko pokonania Małkowskiego strzałem przewrotką, ale chybił. Na dobrą sprawę była to ostatnia szansa wrocławian przed przejęciem inicjatywy przez Koronę. Kielczanie spokojnie przetrzymywali piłkę, jedyne sytuacje Śląska pochodziły ze stałych fragmentów gry. Szansę miał Diaz, ale z wolnego z 20 metrów trafił w mur.



Chwilę potem kibice wrocławian mogli mieć podobne odczucia, co w Łodzi. Znowu stanęli obrońcy Śląska. I tak po strzale Sobolewskiego piłkę sparował Kelemen, obrońcom uciekł Niedzielan, ale trafił w słupek. Chwilę później po akcji Markiewicza na 5 metrze znalazł się Niedzielan, jego strzał jeszcze zablokowano, ale przy dobitce był już niepilnowany, podobnie jak Markiewicz przy dobitce dobitki.



Los Śląska przypieczętował się 3 minuty później, z boiska za drugą żółtą kartkę wyleciał Krzysztof Wołczek. W doliczonym czasie gry rozmiary porażki Śląska zmniejszył wprowadzony kilka chwil wcześniej Gikiewicz. Śląsk przegrał piąty mecz z rzędu, chociaż pierwszą połową mógł sobie zapewnić przewagę, której oddać już nie powinien. Lepszego przykładu na potwierdzenie powiedzenia "niewykorzystane sytuacje się mszczą" w okolicy nie widać.





Korona Kielce- Śląsk Wrocław 2:1 (1:0)


Wołczek 57' (sam.), Markiewicz 84' - Gikiewicz 90'(+3)



Korona Kielce: Małkowski - Markiewicz, Hernani, Stano, Golański (69' Nowak) - Korzym(46' Kaczmarek), Jovanović (88' Malarczyk), Vuković, Sobolewski - Niedzielan, Edi Trener: Marcin Sasal



Śląsk Wrocław:
Kelemen - Celeban, Spahić, Fojut, Wołczek - Madej (75' Gancarczyk), Kaźmierczak, Mila(82' Ćwielong), Sobota - Sotirović, Diaz(85' Gikiewicz) Trener: Paweł Barylski



Sędzia: Robert Małek (Zabrze)



Żółte kartki: Vuković- Fojut, Celeban, Wołczek

Czerwona kartka: Wołczek (za dwie żółte- 87')