Aktualności

Rozważni, nieromantyczni. Analiza spotkania z Wisłą.

01.10.2010 (23:40) | Andrzej Gomołysek
W tym meczu wszystko było inne niż do tej pory. Wcześniej Śląsk wychodził wygrać i się nie udawało. Teraz wyszedł nie przegrać i cel udało się osiągnąć. Jak na ironię, być może bardziej otwarty futbol w wydaniu Ryszarda Tarasiewicza mógłby przynieść lepsze efekty w starciu z chaotyczną i słabiutką w defensywie Białą Gwiazdą. Orest Lenczyk zdecydował się w pierwszym meczu jednak zamurować własną bramkę i liczyć na pojedyncze wypady w ofensywie. Plan minimum osiągnął i choć pewnie pewien niedosyt pozostaje, start trzeba uznać za udany.


 

Tak jak teraz Śląsk docelowo grać na pewno nie będzie. Pewne jest, że skomasowana defensywa to wariant tymczasowy. Początkowo wydawało się, że Śląsk będzie grać 4-5-1, tymczasem wychodziła z tego dość dziwna, asymetryczna formuła 4-3-1-2. W trójkę defensywnych pomocników wcielali się Sztylka, Kaźmierczak i grający nieco wyżej Socha, przed napastnikami grał Mila, schodzący też nierzadko bardziej do tyłu. Zaskoczeniem była gra Ćwielonga, który w wielu momentach znajdował się bliżej bramki niż Diaz. Niemałą niespodzianką było również ustawienie Sochy jako nieco szerzej grającego pomocnika, o raczej defensywnym nastawieniu. Obrońcy zaś wreszcie zaczęli grać na swoich nominalnych pozycjach. Choć mógł to być dla nich kolejny szok, został on złagodzony przez dodatkowe wsparcie. Przy tylu zawodnikach w defensywie Śląska, jej sforsowanie przekraczało możliwości bezproduktywnych krakowian.



Dla równowagi defensywa Wisły przypominała bombę z opóźnionym zapłonem. Katastrofa wprawdzie nie nastąpiła, choć kilkukrotnie było blisko (kiksy Bunozy, pomyłka sędziów przy przynajmniej jednym spalonym). Tym niemniej Wisła bardziej ryzykowała, atakowała większą liczbą graczy, ale robiła to zbyt anemicznie. W grze Wisły można było zobaczyć to, co Śląsk grał za Ryszarda Tarasiewicza- 4-4-2, ogromne odległości między formacjami, złe decyzje przy wybieraniu wariantów rozegrania, brak wypracowanych schematów i ogromna pasywność, stawanie w momencie oddania piłki, niewychodzenie na pozycję. Ruch był ograniczony do zawodnika będącego przy piłce. W takiej sytuacji mając naprzeciwko siebie kilku rywali, rezultat próby dryblingu był łatwy do przewidzenia.



I Śląsk i Wisła pozbywały się piłki zatrważająco szybko. Było mnóstwo momentów ciekawej gry w defensywie w wykonaniu obu drużyn, gdzie za cenę sporego wysiłku udawało im się podwoić czy potroić krycie, ale po chwili piłka była tracona jednym bezsensownym czterdziestometrowym przerzutem na jednego zawodnika otoczonego przez trzech rywali. Całą operację odzyskania piłki trzeba było przeprowadzać od nowa. Co ciekawe, obu ekipom chciało się to robić przez 90 minut. Brawa za to, że choć gra była umiarkowanie inteligentna, to przynajmniej ambitna. Więcej o tym pokazie antyfutbolu rozpisywać się potrzeby nie ma. Jak zauważył trener Lenczyk: Wiem, że eksperci powiedzą w Canale+ i Orange Sport, że to był katastrofalny mecz. Jeśli tak powiedzą, będą mieć rację. Ale oby zauważyli też, że o to w nim właśnie chodziło.



Obaj trenerzy mają przed sobą mnóstwo pracy. O rezultat do Oresta Lenczyka mieć pretensje trudno, chciał przerwać fatalną passę i mu się to udało. Teraz ma dwa tygodnie na wdrożenie podstaw swojej filozofii futbolowej. Robert Maaskant jest w trudniejszej sytuacji. Wisła nie wygrała od czterech meczów, a gra poza nielicznymi momentami nie porywa. Trenerzy obydwu drużyn przejmowali swoje zespoły w rozsypce i podstawowym celem było zawrócenie tych zespołów z niewłaściwej drogi. Szkoleniowiec krakowian zespół idący złą ścieżka na razie zatrzymał, ale nie prowadzi go jeszcze w dobrą stronę. Trener wrocławian również powstrzymał marsz w niewłaściwym kierunku. Czy pokieruje we właściwym, przekonamy się wkrótce.