Generał Inżynier Lenczyk. Analiza spotkania Śląsk- Polonia

17.10.2010 (23:32) | Andrzej Gomołysek
Dwa tygodnie temu w Krakowie Śląsk zamurował własną bramkę. Zdawało się, że defensywniej zagrać się nie da. Tymczasem Orest Lenczyk zagrał wszystkim na nosie i pokazał, że jednak można. Wrocławianie w wyjściowym składzie mieli wszystko, co w defensywie w klubie było zdrowego i zaryglowali dostęp do bramki Kaczmarka. Zaryglowali, dodajmy, mało skutecznie. Jednakże ponieważ zdefiniowanie tego, co na boisku wyprawiali gracze Polonii jest znacznie trudniejsze, jeden punkt został na Oporowskiej.


 

Śląsk wyszedł w 4-3-1-2, z bardzo wyraźnym podziałem na siódemkę broniących i trójkę atakujących. Prawdopodobnie było to spowodowane koniecznością wzmocnienia słabej defensywy przez zwiększenie jej liczebności, jak i wiarą w to, ze trójka, jakby nie patrzeć, wyróżniających się w polskiej lidze zawodników ofensywnych jest w stanie poważnie zagrozić bramce Gliwy. I tak, jeśli nie liczyć rzadkich wejść Sochy (żółte kółko) z prawej strony, czy Kaźmierczaka i Sztylki z środka, wrocławianie konstruowali akcje trzyosobowo.





Czy coś z tego wychodziło? Teoretycznie nie mogło. W praktyce defensywa Polonii popełniała tyle błędów, że stworzenie akcji nawet we trójkę nie było niemożliwe. Udawało się to dzięki sprytnemu manewrowi. Tę trójkę zwolniono niemal całkowicie z zadań defensywnych. Dość sztywno była przestrzegana zasada- Mila, Sotirović i Diaz przed linią piłki, reszta za nią.





Przyniosło to o tyle, że żadna drużyna nie była w stanie skonstruować akcji. Kilka sytuacji (głównie Śląska) wynikało z bardzo prostych błędów w ustawieniu. Tym niemniej zbyt wielka przewaga liczebna broniących się nad atakującymi w poszczególnych sektorach powodowała kompletny paraliż w jakiejkolwiek próbie rozprowadzenia piłki.

Nawet przy ofensywnych stałych fragmentach gry obie drużyny biły rekordy w ilości zawodników pozostających do asekuracji.





Ciekawostką był pressing ofensywnej trójki Śląska, tyleż ambitny, co zupełnie bezsensowny. Mila, Sotirović i Diaz starali się dość głęboko podchodzić do rozgrywających piłkę graczy Polonii.



Byli w tym jednak zupełnie osamotnieni, siłą rzeczy w tej części boiska broniących musi być przewaga, więc pogrywali sobie oni z wrocławianami w dziadka.



Być może to działanie przyniosłoby efekt, gdyby włączali się do niego i bardziej cofnięci zawodnicy. Tymczasem gracze Czarnych Koszul mogli sobie w tej sytuacji pozwalać na spokojne omijanie atakujących ich gospodarzy tak wszerz, jak i wzdłuż boiska.




Ta nieścisłość w pressingu brać się też mogła z tego, że trójka defensywnych pomocników wyraźnie miała polecone trzymać się możliwie blisko defensywy. Miało to dobre skutki przy zagęszczeniu pola w obronie, ale złe w ofensywie, odległość na rozegranie piłki była po prostu za duża.



Długimi momentami Śląsk musiał grać długie piłki na wysuniętych zawodników. A jak to się kończy już doskonale znamy.



Że jednak Śląsk tak póki co grać musi, pokazały te momenty, kiedy tracił bramki. Nadal w każdym meczu musi się pojawić kilka trudnych do wytłumaczenie błędów w kryciu, a któreś z nich zwykle zostaną wykorzystane. Orest Lenczyk próbuje nadrabiać te błędy, umieszczając w defensywie możliwie dużo graczy, licząc na to, że nawet jeśli ktoś popełni błąd, inni go naprawią. Jak widać i to nie zawsze się udaje...

Drużyna Śląska to w tym sezonie jeden wielki plac budowy. Najpierw Ryszard Tarasiewicz budował piękny i strzelisty wieżowiec, nie porzucając planu, mimo że konstrukcja skrzypiała, wyginała się i groziła zawaleniem. Teraz Orest Lenczyk przeprojektował to na bunkier. Oka nie cieszy, ale funkcję spełnia. A jeśli przetrwa nawałę, fundamenty będą stawiane od nowa.