Oczekiwana zamiana ról. Analiza spotkania z Zagłębiem.

02.11.2010 (22:59) | Andrzej Gomołysek
Śląsk po raz pierwszy od bardzo dawna zagrał to, czego można od niego oczekiwać. Zagłębie zaś zagrało tak, jak dotychczas grał Śląsk. Z tak słabo grającym rywalem wrocławianie musieli wygrać. Tyle, że nie udawało się to w spotkaniach z zespołami grającymi porównywalnie słabo. Jedna jaskółka wprawdzie wiosny nie czyni, ale dobrze, że w końcu choć ona przyleciała.


 

Ustawienie Śląska wydawało się nieco asymetryczne z uwagi na brak nominalnego lewego pomocnika. Okazało się jednak, że w tę rolę wpisywali się schodzący na bok środkowi (głównie Mila, rzadziej Kaźmierczak). Obaj zaś napastnicy cofali się po piłkę, nie było jasno dookreślone, który ma operować bliżej bramki, wyraźna różnica była tylko w górnych piłkach, które w większości były kierowane na Gikiewicza. Z czasem coraz częściej cofał się Sotirović, jednak kiedy była potrzeba, potrafił odnaleźć się w grze na linii z obroną Zagłębia. Po zastąpieniu go Jezierskim, Śląsk niemal zupełnie przeszedł na 4-4-1-1.

Zadziwiająco dobrze radziła sobie defensywa z Wrocławia. Tym razem prawie udało się uniknąć błędów i to grając cztero-, a nie jak do tej pory za trenera Lenczyka, siedmioosiobowym składem. Brało się to też zapewne z tego, że wreszcie każdy z obrońców grał na swojej nominalnej pozycji.


Blok defensywny asekurowali zamiennie Sztylka i Kaźmierczak, co wreszcie pozwoliło temu drugiemu na szersze włączanie się do ofensywy niż tylko na strzały z dystansu i główki przy stałych fragmentach gry. Ciekawym pomysłem było przemieszczanie się obu środkowych- przy rozegraniu głębiej pozostawał Sztylka, natomiast gdy piłka była w posiadaniu gości, obaj operowali niemal w linii, zaś do krycia pochodził ten, który znajdował się najbliżej akcji. To zestawienie pozwoliło zrezygnować ze skomasowanej defensywy, na dobrą sprawę dwóch defensywnych pomocników w zupełności wystarczało do zabezpieczenia tyłów, co zwalniało ze sporej części zadań defensywnych Sebastiana Milę, a w dodatku umiejętne zamienianie się Sztylki i Kaźmierczaka zadaniami pozwalały na atak większą liczbą graczy.

Pojawiają się jednak pytania, dlaczego Śląsk nie zagrał tak wcześniej. Potencjał Kaźmierczaka pozwala go na wykorzystanie do czegoś więcej niż tylko destrukcji. Z defensywą nie od dziś wiadomo, że mimo niezłego dnia w sobotę najlepiej nie jest i że póki co będzie ona tracić gole. Tymczasem przez kilka spotkań, mimo rywali grających bardzo słabo, Śląsk postanowił zagrać bardzo defensywnie, nie wykorzystując na dobrą sprawę jedynego atutu, który miał, czyli sporej siły w ofensywie. O ile miało to uzasadnienie w meczu z Wisła, kiedy zespół był w zupełnej rozsypce, tak w kolejnych spotkaniach przestawało to mieć uzasadnienie. Być może i Orest Lenczyk zaryzykował nieco bardziej o mecz za późno, ale jeśli Śląsk zagra tak jak w sobotę w kolejnych spotkaniach, spokojnie powinien wywalczyć środek tabeli.

Zagłębie zaś pokazało to, co do niedawna pokazywał Śląsk. Statyczną i pasywną grę, mało ruchu na boisku, przez co ciężko było znaleźć pomysł na rozegranie piłki w ofensywie. Dorzućmy do tego mało agresywną defensywę i beznadziejne krycie przy stałych fragmentach gry. Brzmi znajomo, prawda? Z tak grającym zespołem po prostu wygrywać trzeba. Dlatego Śląsk tak grając przegrywał, dlatego grając z taką drużyną wygrał.