Aktualności

Magia normalności. Analiza meczu z Górnikiem.

14.11.2010 (20:37) | Andrzej Gomołysek
Na pomeczowej konferencji prasowej Michał Karbowiak z Gazety Wyborczej słusznie zauważył, że coś nie tak było z kryciem przy stałych fragmentach gry w ekipie z Zabrza. Poprosił zatem Adama Nawałkę, by ten, to co się działo w polu karnym przyjezdnych zobrazował. Szkoleniowiec Górnika nie posiadał niestety pod ręką zapisu wideo ani urządzeń piśmienniczych, więc prośby nie spełnił. I byłby Redaktor Karbowiak pozostał z niczym. Na szczęście tuż za rogiem jest Śląsknet.


 

I tak przy stałym fragmencie przynoszącym Śląskowi pierwszą bramkę część defensywy przystąpiła do wyjścia z pola karnego, mimo, że piłka nie została odzyskana. Gdy w szesnastkę poszła wrzutka, było tam pod akcją czterech piłkarzy z Wrocławia przeciwko dwóm zabrzanom.







Warto spojrzeć na liczbę obserwatorów w koszulkach zabrskiej drużyny przyglądających się jak gracze gospodarzy oddają cztery strzały. Kibicom Śląska pozostaje się cieszyć, że wreszcie to nie ich drużyna występuje w roli fatalnie kryjącej przy SFG, bo wcale nie trzeba sięgać daleko pamięcią, żeby się przekonać, że Śląsk miał w tej materii ogromne kłopoty (http://www.slasknet.com/?nr=8722)



Tym razem jednak wydaje się panować względny spokój, jeśli idzie o pilnowanie rywala. A Górnik miał z tym problemy. Kolosalne problemy. Jak przy golu nr 3.







Proste rozegranie polegające na symulowaniu krótkiego rozegrania rzutu rożnego (jeden z zawodników z pola, zwykle Sobota schodził do rogu, a piłka i tak szła w pole karne)







powodowało, że udawało się w ten sposób wyciągnąć dwóch zawodników Górnika do krycia, którzy nie mieli już szansy wrócić do krycia w szesnastce. W tych okolicznościach nie było dużej przewagi liczebnej broniących się nad atakującymi.







Ale nie samą grą w polu karnym człowiek żyje. Zerknijmy też na to, co się działo w środku. Tam wąsko na lewym skrzydle grał Mila, bardziej szeroko na prawym Sobota. O ile ten drugi radzi sobie bardzo dobrze, tak z Milowym nadal jest pewien problem. Wygląda to mniej więcej tak- musi grać, bo jest kapitanem i potrafi posłać genialną wrzutkę kiedy ma czas i miejsce, ale nie ma dla niego miejsca na boisku. Na tej pozycji na której się znajduje nie rozwija swojego potencjału, ale mimo to notuje w ostatnich spotkaniach asysty. Ot jeden z polskich piłkarskich paradoksów.



Ciekawsze z taktycznego punktu widzenia rzeczy działy się w środku. Bardzo dobrze układała się współpraca Sztylki i Kaźmierczaka. Ten pierwszy zajmuje się mało widowiskową czarną robotą, co pozwala Kazowi włączać się do ofensywy i znacznie bardziej ryzykować w odbiorze. W sytuacji, kiedy Śląsk atakuje Kaźmierczak przesuwa się bardziej do przodu, Sztylka go asekuruje:











Gdy zaś Śląsk jest w defensywie, obaj pomocnicy operują bardziej w linii.











Były kapitan Śląska jest w tej sytuacji tym, który przesuwa się za piłką i zabezpiecza poczynania kolegów, Kaźmierczak zaś stara się właściwie odczytać grę i w odpowiednim momencie spróbować przechwytu lub odbioru. Jest to bardziej widowiskowa część gry defensywnej pomocy, ale bez pracy Sztylki byłaby ona niemożliwa do wykonania.



Śląsk rozpoczął marsz w górę tabeli, ale Orest Lenczyk tonuje nastroje, mówiąc, że przed zespołem jeszcze daleka droga. Wrocławska drużyna jednak może śmiało myśleć o realizacji przedsezonowego celu. W porównaniu z fatalnym początkiem, aktualnie gra Śląska wydaje się magiczna. Tymczasem nic magicznego w niej nie ma. Jest poukładana tak jak powinna była być od początku. Ot jak widać na polskie warunki normalność potrafi nosić znamiona magiczności.