Znak zapytania. Analiza spotkania z Arką.

29.11.2010 (00:50) | Andrzej Gomołysek
Mając w pamięci mecz z Wisłą, mało kto pokusi się o określenie tego meczu najgorszym za kadencji Oresta Lenczyka w Śląsku. Tymczasem tamtym razem chaos, problemy z organizacją gry i pewna nuta rozpaczliwości miały swoje uzasadnienie. Tym razem o takowe trudno. Tym niemniej należą się brawa dla drużyny, która grając najsłabiej od kilku tygodni, wraca do domu ze zdobyczą punktową.


 

Szkoleniowiec Śląska w miejsce tradycyjnie grającego na prawej flance Soboty oddelegował do gry Sochę. Celem zdaje się było powstrzymanie ataków na lewej stronie Arki. Młody obrońca Śląska, jak przystało na zawodnika, który umie tyle, ile umie zagrał bardzo ambitnie, ale momentami sam nie wiedział, czy ma położyć większy nacisk na atak czy obronę. Oczywiście- można patrzeć przez pryzmat akcji, które sobie stworzył, ale w obu za bardzo nie wiedział, jak się zachować. Na całe szczęście dla niego w jednej z nich sędzia dopatrzył się przewinienia i wskazał na jedenasty metr.

W tym momencie Śląsk ze swojego tradycyjnego 4-4-2 (tym razem awizowanego jako 4-5-1 z Gikiewiczem na ofensywnej pomocy) przeszedł na 7-2-1. Statystyka strzałów zablokowanych przez gąszcz we wrocławskim polu karnym szybko przybrała wartości dwucyfrowe, ale stawało się jasne, że gra na obronę jednobramkowej przewagi od trzydziestej minuty gry najlepszym rozwiązaniem nie jest. Śląsk cofnął się zbyt głęboko, operując właściwie tylko i wyłącznie na granicy pola karnego. Bronił się nieskładnie i chaotycznie. O ile defensywa wrocławian w ostatnich meczach spisywała się nieźle, tak nagłe zwiększenie liczebności nie wyszło jej na dobre. W tym strasznym bałaganie wrocławianie się pogubili, gdynianie zamknęli ich w okolicach pola karnego i po dłuższym ostrzeliwaniu wrocławskiej bramki, wyrównali.

W tej chwili Śląsk zapewne zamierzał wrócić do tradycyjnego ustawienia, ale przestawienie wszystkiego nie trwa sekundę. Arka nadal grała swoje, sporo wrzutek wędrowało w pole karne, jedna z nich przyniosła karnego i gola dla gospodarzy. Wiele z tych piłek było niesionych lewym skrzydłem, z teoretycznie wzmocnioną asekuracją Śląska. W praktyce najczęściej wspierającym Wołczka graczem w defensywie był Sztylka.

W tym spotkaniu współpraca w środku Śląska nie układała się najlepiej. Kaźmierczak momentami zapędzał się za bardzo do przodu, przez co brakowało go i przy asekuracji i przy rozegraniu. Mila ponownie w roli fałszywego lewego pomocnika nie do końca mógł znaleźć sobie miejsce na murawie. Owszem, kiedy już dostał piłkę i miał trochę wolnego miejsca, błyszczał przemyślanymi zagraniami, ale i on na tej pozycji nie rozwija pełni potencjału i Śląsk nie ma przez to lewej pomocy, tym bardziej od czasów, kiedy ofensywne wyjścia bocznych obrońców są mocno ograniczone.

Śląsk wykorzystał swoje dopracowane schematy przy rzutach wolnych i doprowadził do wyrównania. Wprawdzie to i tak o jeden schemat rozegrania więcej, niż zespół z Oporowskiej miał jeszcze kilka tygodni temu, ale nie jest to ilość rzucająca na kolana. Arka taktycznie prezentowała się lepiej, szybciej i płynniej przenosiła ciężar gry, dobrze zablokowała środek pola, co uniemożliwiło wrocławianom rozgrywanie piłki środkiem, zaś Śląsk w tym meczu skrzydłami grał rzadko. Na duże słowa uznania (po raz kolejny już zresztą) w ekipie gospodarzy zasłużył Budziński, świetnie czytający grę, dobrze przesuwający się za akcją i notujący sporo odbiorów.

Wspaniała passa Śląska trwa, tym niemniej ten mecz powinien być ostrzeżeniem. Wydawało się, że wrocławianie ewoluują w kierunku sprawnego, poukładanego i stabilnego systemu gry. To spotkanie, zwłaszcza w pierwszej połowie, pozostawiło mnóstwo wątpliwości. Arka, mimo, że kadrowo wyraźnie słabsza, pozostawiła po tym meczu nieco lepsze wrażenie.