Aktualności

Jak ich zapamiętamy? cz. III

10.08.2020 (06:00) | Dominik Szpik

fot.: Mateusz Porzucek

W tym cyklu wspominamy zawodników, którzy opuścili nasz klub w tym okienku transferowym. Podsumowujemy ich występy, wspominamy najciekawsze sytuacje zarówno boiskowe, jak i te, które miały mniej wspólnego ze sportem. W dzisiejszej części przypomnimy jeden z mniej udanych transferów za kadencji Dariusza Sztylki jako dyrektora sportowego. Zawodnika tego kojarzyliśmy głównie z tego, że ma młodszego brata, który zrobił przyzwoitą karierę na poziomie europejskim. Przez cały sezon zaliczył 19 meczów ligowych i jeden w Pucharze Polski zdobywając łącznie dwie bramki. Na palcach jednej ręki można policzyć osoby we Wrocławiu, które będą tęsknić za Filipem Markoviciem.



 

Od samego początku ten transfer nie przekonywał praktycznie nikogo. Ot przychodził piłkarz, który lata świetności ma już za sobą, ostatni mecz rozegrał półtora roku wcześniej, a i jego poprzedni klub nie miał o nim najlepszej opinii.

- Filipa cechuje duża mądrość w poruszaniu się po boisku, potrafi dzięki temu grać na kilku pozycjach. To dla nas ważne, ponieważ jego uniwersalność zwiększa pole manewru i podnosi jeszcze bardziej jakość naszej ofensywy. Umiejętności Filipa będą bardzo przydatne zarówno w kreowaniu, jak i wykańczaniu sytuacji – tak wypowiadał się wówczas o Markoviciu dyrektor Sztylka.

Oczywiście klub nie podpisał z nim kontraktu w ciemno. Tu trzeba oddać włodarzom Śląska, że nawet przy podjęciu takiego ryzyka, zminimalizowali straty do minimum. Pensja Filipa nie była wygórowana, kontrakt obowiązywał tylko przez rok z opcją przedłużenia, a zanim w ogóle został podpisany, Serb przebywał we Wrocławiu na tygodniowych testach pod okiem sztabu trenera Lavicki.

Niestety Filip nie spełnił pokładanych w nim nadziei nawet w najmniejszym stopniu. Próbowany był na każdej pozycji w ataku, raz nawet wystąpił jako napastnik. Na żadnej z tych pozycji nie wyglądał nawet zadowalająco. W rundzie jesiennej wystąpił w 6 spotkaniach bez bramki ani asysty, ale za to z czerwoną kartką. W ostatnim meczu 2019 roku przeciwko Cracovii po ostrym faulu na Dytiatievie sędzia Marciniak wyrzucił Markovicia z boiska. Kostka Dytiatieva po nadepnięciu przez zawodnika Śląska mocno ucierpiała, lecz zawodnik dokończył spotkanie. Mimo to Komisja Dyscyplinarna PZPN zadecydowała zawiesić piłkarza nie na jeden mecz jak to zwykle bywa tylko na trzy. Fakt, że sytuacja miała miejsce w 90 minucie spotkania, kiedy wynik był praktycznie rozstrzygnięty, pokazuje jak bezmyślne było zachowanie Serba.

Po przepracowaniu zimowego okresu przygotowawczego oraz odbyciu kary zawieszenia Marković dostawał regularne szanse na grę w rundzie wiosennej, co tylko irytowało niemal wszystkich sympatyków wrocławskiego klubu. Bramka, którą zdobył w przegranych derbach na początku marca, wynikała bardziej z przypadku niż umiejętności zawodnika, a w meczu z ŁKS-em wydawało się, że co drugi kibic Śląska zdołałby zdobyć przynajmniej asystę. Przed podziałem na grupy po ostatnim meczu sezonu zasadniczego Marković otrzymał ultimatum od klubu. Ostatnie 7 meczów sezonu 19/20 była ostatnią szansą dla skrzydłowego, aby pokazał swoją przydatność dla zespołu. Wiadome było, że nie wyrobi on ilości minut zapisanych w kontrakcie i potrzebnej do przedłużenia, lecz Śląsk nie chciał skreślać zawodnika zbyt wcześnie. Jak wszyscy doskonale pamiętamy, Marković nie dostarczył żadnych argumentów i bez żalu został pożegnany.

Jak zapamiętamy Filipa Markovicia? W zasadzie nijak. Zawodników jak on w naszym klubie, jak i w całej lidze było wielu i oby było ich jak najmniej. Oczywiście błędy się zdarzają i nikt nie jest nieomylny, dlatego nie należy obwiniać tutaj dyrektora sportowego ani sztabu szkoleniowego, że zdecydowali się na ten transfer. Czasem w futbolu trzeba podjąć ryzyko, które tym razem zwyczajnie się nie opłaciło. Umówmy się, mogło być o wiele gorzej. O Markoviciu należy jak najszybciej zapomnieć i mieć nadzieję, że jego następcy nie zniżą się do tego poziomu.

ZOBACZ też: Jawny: To nie wojna, żeby się obawiać (WYWIAD)