Aktualności

Szczecińskie deja vu wyjazdowej niemocy (KOMENTARZ)

21.09.2020 (16:15) | Konrad Omieljaniuk

fot.: Paweł Kot

Każda porażka Śląska boli, ale nie każda tak samo. Sobotnią można na wiele sposobów usprawiedliwiać – drużyna przetrzebiona wirusem i kontuzjami, mocno zmieniona wyjściowa jedenastka. Czynników uśmierzających ból jest kilka. Bardziej niż te stracone punkty rozczarowujące jest to, że Śląsk stracił je w takim stylu, do jakiego przyzwyczaił na wyjazdach w zeszłym sezonie. 



 

I właśnie to powoduje, że ta porażka jest trudna do przełknięcia. Wiele pozytywów można było znaleźć w grze Śląska w zeszłym sezonie, długo by wymieniać aspekty, które usprawnił trener Vitezslav Lavicka.  Gdyby jednak zapytać o ten najsłabszy punkt, który trzeba poprawić, by kolejny sezon był jeszcze lepszy, odpowiedź była jedna: gra na wyjazdach. Dlatego wyjazdowy mecz z Wisłą Kraków w drugiej kolejce wlał sporo optymizmu w serca kibiców Śląska. Podopieczni trenera Lavicki byli nastawieni ofensywnie, kontrolowali grę i nawet stracona bramka nie wybiła ich z rytmu, po chwili wrócili do konstruowania groźnych ataków i ostatecznie wygrali 3:1.

W sobotę przyszedł czas na drugi wyjazd. Mecz w Szczecinie miał potwierdzić, czy Śląsk w tym sezonie rzeczywiście chce grać w ofensywnym stylu również poza Wrocławiam. Niestety nie potwierdził. Znowu zobaczyliśmy dobrze nam znany minimalizm, pozorną kontrolę nad spotkaniem, mozolnie konstruowane ataki, by wykorzystać ten jeden i bronić wyniku. Do pewnego momentu funkcjonowało to nieźle, Śląsk wykreował sytuacje i gdyby Piotr Celeban lub Dino Stiglec wykorzystali swoje sytuacje w pierwszej połowie, możliwe, że plan na ten mecz by wypalił. W piłce jednak nie liczy się gdybanie, lecz konkret, a ten znowu był po stronie rywala. „Gong”,  jakiego otrzymał w 89 minucie Kamil Drygas od Matusa Putnockiego był również ciosem dla każdego kibica, który liczył, że nasz wyjazdowy minimalizm tym razem zapewni jakieś punkty. 

Nie neguję takiej taktyki, tak przecież w dużej mierze zdobywaliśmy medale mistrzostw Polski z trenerem Orestem Lenczykiem. Problem tkwi w tym, że taki plan na mecze wyjazdowe obecnemu trenerowi Śląska, od początku jego pracy, zbyt wielu punktów nie przyniósł. Sobotni mecz był jego 60-tym na ławce trenerskiej WKS-u w oficjalnym meczu. Bilans meczów wyjazdowych stanowi największą skazę na tle dobrych wyników jego dotychczasowej pracy:  9 zwycięstw, 5 remisów i 15 porażek. Bilans bramkowy 24:32 (to bilans ligowy, były jeszcze dwa nieszczęsne pucharowe wyjazdy do Łodzi).

I niestety większość z tych spotkań kojarzy się z kunktatorstwem i brakiem animuszu. W zeszłym sezonie Śląsk tylko w trzech meczach wyjazdowych zdobył więcej niż jedną bramkę (3:1 z Lechem, 3:0 z Piastem, 2:1 z Wisłą Płock). To 2:1 w Płocku to też jedyny raz za kadencji trenera Lavicki, gdy Śląsk przegrywając na wyjeździe odwrócił losy spotkania. W pozostałych przypadkach, gdy Śląsk tracił gola jako pierwszy – przegrywał. 

Czemu uważam, że mamy prawo wymagać więcej? Bo na stadionie we Wrocławiu obserwujemy inny zespół. Wiemy, że trener Lavicka stworzył maszynę, która jest w stanie kontrolować spotkanie, grać wysokim pressingiem, zmuszać rywala do błędu i narzucać swój styl. Mam wrażenie, że na wyjazdach pod pretekstem wyrachowania i kalkulacji gramy na zaciągniętym hamulcu, który tylko ogranicza nas w ofensywie, a wymiernych rezultatów i tak nie przynosi. Myślę, że kibice chcieliby zobaczyć Śląsk wychodzący na wyjazdowy mecz z takim nastawieniem jak na ostatnie domowe spotkanie z Lechem. 

Rozumiem oczywiście, że aktualna sytuacja jest wyjątkowa, trener do ostatniego dnia przed meczem nie wie, z których zawodników będzie mógł skorzystać, a których mu wyślą na kwarantannę. Ale to tym bardziej jest test dla systemu gry, który czeski trener wypracował przez ostatnie półtora roku, a którego, nie wiedzieć czemu, wyrzeka się w meczach wyjazdowych. Zmienią się tylko wykonawcy, czasem z konieczności, ale to wciąż są piłkarze, którzy codziennie trenują pod tę taktykę i tylko czekają na swoją szansę. Spore grono kibiców nalegało, by młodzi zawodnicy dostali swoją szansę i teraz dla wielu z nich przychodzi weryfikacja. 

W przyszłą niedzielę Śląsk czeka wyjazd na Łazienkowską. Dobry przykład dał w minionej kolejce Górnik Zabrze, który wywiózł stamtąd trzy punkty po bezkompromisowej grze.

Bilans Śląska nie jest aż tak zły, ale najnowsza historia naszych wizyt na Legii stanowi potwierdzenie tego wyjazdowego marazmu. Ostatni raz wygraliśmy tam w mistrzowskim sezonie 2011/12. Od tego czasu jedynym spotkaniem, które pozytywnie zapadło w pamięć, był mecz z sezonu 2014/15. Ekipa ówczesnego trenera Tadeusza Pawłowskiego wyszła na mecz w ofensywnym nastawieniu i po bardzo ciekawym meczu ostatecznie poległa 3:4. Jakkolwiek daleki jestem od gloryfikowania porażki, to bardzo chętnie zobaczyłbym podobnie nastawiony Śląsk w niedzielę na Łazienkowskiej.

 

ZOBACZ też: Plusy i minusy meczu z Pogonią