Aktualności

Nakładką: Dlaczego nie?

15.09.2009 (23:57) | Michał Zachodny
Moje oczekiwania odnośnie spotkania z Legią nie zostały zaspokojone. Owszem, była twarda męska walka na każdym metrze kwadratowym boiska i choć nasza defensywa również wyglądała solidnie to jednak z przodu były braki. Nie chodzi o to, że Śląsk nie stwarzał sobie okazji do zdobycia goli – po prostu zabrakło inspiracji oraz tak potrzebnej formy i klasy by wszystko idealnie się w atakach wrocławian zazębiało.


 

Dlatego trzeba szukać innych rozwiązań, nawet tych, które z początku wyglądają na zbyt ryzykowne. Skupmy się więc dzisiaj na pozycjach, które w zasadzie mają nam gwarantować nie tyle zdobywanie bramek, ale chociaż stwarzanie sobie przewagi na połowie rywala. Oczywiście siłę Śląska zna każdy (co nie znaczy, że każdy potrafi ją zneutralizować) i chodzi rzecz jasna o skrzydłowych. W poprzednim sezonie, tak chętnie przywoływanym, najpierw Janusz, a potem Marek Gancarczyk błyszczeli i notowali wiele udanych występów. Kilka tygodni temu również pisałem o Tomaszu Szewczuku i jego niezwykle zaskakujących spotkaniach w których zdobywał bardzo ważne gole. Niestety już teraz wiemy, że jeśli dwójka z wymienionych trzech piłkarzy nie pójdzie z formą w górę to trzeba będzie postawić na kogoś innego.



Braci Gancarczyków zostawmy na chwilę na boku (dosłownie i w przenośni) skupiając się na pozycji napastnika. Przed obecnymi rozgrywkami trener Ryszard Tarasiewicz mówił, że ma w kadrze trzech bardzo dobrych atakujących i z pewnością trudy sezonu wymuszą na nim korzystanie z każdego z nich. Wiemy jednak, że Vuk Sotirović to zawodnik zbudowany niczym ze szkła i, choć potencjał ma naprawdę wielki, nie miał jeszcze takiego okresu stabilizacji swojego zdrowia by przekonać nas w pełni do jego osoby. Dlatego też Tarasiewicz szuka zawodników, nawet po zakończeniu okienka transferowego, a praktycznie co kolejkę, dwie pojawia się ktoś nowy komu poprzedni pracodawcy nie płacili i obecnie jest bez kontraktu. Nie może jednak szkoleniowiec Śląska liczyć, że przyjdzie zawodnik ograny, w formie – wiadomo, że przed każdym potencjalnym wzmocnieniem będzie kilka tygodni ciężkich, indywidualnych treningów by należycie się przygotować. W ten sposób powstaje okres czasu w którym siłą rzeczy trener Tarasiewicz jest skazany na dwóch zawodników, jakże odmiennych od siebie – Kamila Bilińskiego i Tomasza Szewczuka.



Ten drugi miał sześć spotkań ligowych by nas do siebie przekonać na kolejny sezon, by kibice uwierzyli, że poprzednie rozgrywki nie były przypadkiem. Nie wiem jakie Wy macie odczucia, ale ja czuję się co najmniej zawiedziony. Nie oczekiwałem oczywiście, że Szewczuk będzie liderem tabeli strzelców, ale spodziewałem się, że będzie chociaż stwarzał swoją osobą zagrożenie. Niestety, w mojej opinii, styl całej drużyny traci na wartości gdy zmuszani jesteśmy do gry górą by nasz wysunięty napastnik albo ją zgrał do boku, albo chociaż futbolówka była przejęta przez ofensywnego pomocnika po nieudanym wybiciu rywali. Wydaje mi się, że nawet w składzie personalnym z ostatniego meczu przeciwko Legii każdy z zawodników Śląska czuje się lepiej gdy piłka chodzi po murawie, gra odbywa się na małej powierzchni, na dwa kontakty, bez dłuższego przytrzymywania piłki, z wieloma prostopadłymi zagraniami. Mi do takiego stylu gry idealnie pasuje nie kto inny jak właśnie Kamil Biliński.



Dlaczego nie? Wiem, sam jestem w stanie przywołać co najmniej kilka racjonalnych powodów dla których ten młodzian nadal powinien ogrywać się w ostatnich minutach spotkań ligowych, ale… Zawsze jest to ‘ale’. Co tu dużo mówić, ani Śląsk, ani Ryszard Tarasiewicz, ani tym bardziej Kamil Biliński nie mają nic do stracenia. W słabej (ale dla niektórych urokliwej) polskiej Ekstraklasie na pewno Śląsk się utrzyma – ważniejszy jest progres poszczególnych zawodników. Z pewnością to właśnie przed wychowankiem wrocławskiego klubu perspektywy są większe i choćby dlatego warto by spróbować go w dłuższym wymiarze czasowym. Owszem, nie wolno rzucać na szalę zdrowia Kamila Bilińskiego, jednak musi on już w tym wieku poznawać ‘uroki’ walki ‘bark w bark’ czy wręcz ‘łokieć w twarz’ jakie preferują niektórzy defensorzy innych zespołów. Już w sobotę pokazał on, że takich starć się nie boi, a i w kilka minut potrafi zrobić więcej dymu w polu karnym rywala niż jego starszy kolega.



Okazja dla przetestowania nowego dla zawodników zestawienia nadchodzi wielkimi krokami – jest to kolejny mecz na Oporowskiej, z Ruchem Chorzów. Kamil, dla lepszego startu, potrzebuje wsparcia kibiców, a właśnie w spotkaniu we Wrocławiu może na to najbardziej liczyć. Ma on naprawdę wiele walorów o których kilku czołowych napastników w polskiej lidze może tylko pomarzyć. Jestem przekonany, że syndromu ‘gorącej głowy’ on nie uświadczy, zwłaszcza jeśli nad nim będzie czuwał tak doświadczony były piłkarz jak Ryszard Tarasiewicz, który wie jakie pokusy czyhają na młodzieżowców nie cierpiących na brak popularności. Trener Śląska jest, może nie zapatrzony, ale na pewno czerpiący z doświadczeń Arsene Wengera i jedną sprawę powinien właśnie przeszczepić na własne podwórko – stawianie na umiejętności młodych zawodników. Skoro w takiej lidze jak Premiership się udało to czemu w Ekstraklasie ma być inaczej?



Nie wiemy czy Śląsk przed zimowym okienkiem kogokolwiek innego zatrudni by grał w formacji ataku. Jeśli tak to już wszyscy widzimy, że będzie to zawodnik wysoki, dobrze grający w powietrzu, posiadający niezłą koordynację ruchową i przyzwoitą technikę. Ryszard Tarasiewicz widocznie chce w ustawieniu 4-5-1 postawić na ataku właśnie takiego zawodnika i trudno mu się tu dziwić czy z nim sprzeczać – tak robi wielu innych szkoleniowców lepszych zespołów w lepszych ligach. Jest jednak czas by sprawdzić również alternatywę dla tego stylu gry, znaleźć coś co może przydać się Śląskowi w trudnej chwili. Eksperymentowanie w lidze to zawsze trudna i ryzykowna decyzja. Ale ja wierzę, że akurat z tego ruchu personalnego może być więcej korzyści niż strat i choćby tylko dlatego warto przekonać się na żywo do sensu takich zmian.

źródło: własne