Aktualności

Nakładką: Przełknąć remis

30.09.2009 (02:51) | Michał Zachodny
Zewsząd płyną narzekania i wątpliwości, porad dla trenera też nie ma końca – jednak nic nie pomaga. Śląsk Wrocław jak remisował, tak remisuje. Jak nie stwarzał większego zagrożenia pod bramką rywala, tak nadal nie stwarza. Potok kibicowskiej i eksperckiej myśli przybrał więc na sile bo, przyznajmy sobie szczerze, w najbliższym czasie nie zapowiada się na rozpogodzenie…


 

Najważniejsze jest bym postawił sprawę jasno: wolę gdy mój klub nie przegrywa. Gdy z boiska zawodnicy schodzą na tarczy czuję się jak wrak człowieka, głowę rozsadzają mi negatywne myśli i niewybredne stwierdzenia – zresztą jak każdemu kibicowi. Dlatego też remisy cenię. Najbardziej te spotkania, które dostarczają fanom dodatkowe dawki adrenaliny, zapewniają wzrost ciśnienia i wyczerpują fizycznie kibica niemal na równi z piłkarzem - i nie musi paść w takim meczu ani jedna bramka! Jednak ze Śląskiem jest obecnie inaczej. Te remisy, oprócz kieleckiego, są wydarte grą obronną, tłumem w środku pola, kopaniem po ochraniaczach, a piłkę rzadko da się utrzymać przez co najmniej pół minuty bez głupiej straty. To nie były mecze emocjonujące, porywające tłumy – one były skierowane do garstki, która dojrzałaby w nich ducha walki połączonego z jednolitą, zasługującą na wyróżnienie, defensywną myślą taktyczną. Gwarantuję, że nie znajdziecie dziesięciu takich osobników na stadionie.



Prawdą jednak jest, że remis daje poczucie stabilizacji, odrzuca przypadkowość. Choć pragnienie punktów naliczanych do ligowej tabeli mocno się we mnie buntuje to przyznaję rację trenerowi Tarasiewiczowi – huśtawki nastrojów w końcu nie wytrzymałby ani klub, ani trener, ani piłkarze. Kibicowska cierpliwość zapewne skończyłaby się pierwsza. Faktycznie, oczekiwania wśród fanów wrocławskiej drużyny przed trwającym już sezonem były ‘pucharowe’. Przecież Śląsk miał się rozwinąć – z ekipy solidnej, w zdolną rywalizować na równym poziomie z Wisłą, Legią i Lechem. Jednak coś jest inaczej, każdy ma takie przeczucie. Już lato transferowe dało nam wiele do myślenia, choć jeszcze była nadzieja, że poszczególni gracze, którzy (bez żadnych złośliwości!) zaskoczyli nas formą przed rokiem, znów udowodnią swoją jakość. Niestety, dobre słowa należą się tylko formacji obronnej - wzmocniona Spahiciem rozwija się koncertowo, coraz lepiej współpracując mimo nieustannych rotacji – a to jedna z najbardziej perspektywicznych defensyw w kraju! I naprawdę chciałbym móc powiedzieć to samo o naszych zawodnikach z ofensywy…



Nie mogę tego jednak zrobić, zrozumcie mnie dobrze. Nasz pierwszy napastnik od początku sezonu ma średnio jedną okazję strzelecką na trzy ligowe kolejki, drugi kontuzjuje się nawet przy zdobywaniu bramek, a trzeci ledwo co rozegrał swoje pierwsze 90 minut w seniorskiej karierze. Dodatkowych punktów do rankingów popularności trenera Śląska nie dają mu kolejne testy dla snajperów zjeżdżających się z całej Europy. Ryszard Tarasiewicz jednak akurat o te wyniki nie dba i wychodzi ze słusznego założenia, że jego bronią rezultaty z boiska – i tak jest, oby dalej tak było! Ma on swoje wyobrażenie na temat gry napastnika, wymagania dotyczące gracza na tej pozycji i poniżej pewnego poziomu kosztem oszczędności czasu zejść nie zamierza. Polskie kluby lubią zawodników testować, ponoć nawet kilka razy zdarzyło się, że z tych odrzuconych kopaczy stawały się gwiazdy światowego formatu. Samo sprawdzanie piłkarza przed podpisaniem kontraktu złą praktyką nie jest (zwłaszcza jeśli jest to skuteczna metoda), ale myślę, że na każdym takim tymczasowym wizytatorze wrocławskiej szatni ciąży dość spora odpowiedzialność i presja. Różnie można odbierać doniesienia mediów piszących o Śląsku, ale ja od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że gdyby klub zatrudnił jednego z tych testowanych snajperów to z łatwością, momentalnie zapełniłby nie tylko Oporowską, ale powstający obiekt na Maślicach!



To oczywiście jest wyolbrzymianie jednak prawdą jest, że ofensywy bez okienka transferowego Śląsk nie wzmocni. Skoro więc w lecie nie udało się nam sprowadzić graczy, których umiejętności pozwolą nam nie tylko na strzelanie bramek, ale także konkurowanie z najlepszymi w kraju, to nie mamy innego wyjścia jak czekać na zimę. Poprzednim razem twierdziłem, że porządny klub tak czy siak utrzyma się w słabej Ekstraklasie. Swojego zdania nie zmieniam – zwłaszcza jeśli chodzi o zespół, który nie przegrywa, ale remisuje, okazjonalnie notując zwycięstwo, jeszcze rzadziej porażkę. Jasne, nie będziemy się liczyć w ostatecznym rozdzielaniu miejsc pucharowych, a Śląsk znów będzie okupował wyższe stany średnie ligowej tabeli. To jednak ta zima będzie kluczowa dla rozwoju zespołu, ponieważ przy udanych zakupach (czy też rewolucji w kadrze) da to czas trenerowi na pewne rotacje, próby, które bez presji wyniku mogą dać mu kilka ważnych odpowiedzi. Będzie miał on także całe lato na ewentualne korekty i wtedy, w trzecim sezonie po powrocie do ‘elity’, Śląsk Wrocław stanie się rywalem godnym dla wielkiej trójcy polskiej Ekstraklasy.



Cała ta teoria jest póki co melodią przyszłości i na faktyczną realizację tego planu poczekamy jeszcze kilka miesięcy. Jednakże życie kibica byłoby uboższe bez spekulacji, wróżenia z fusów i ślepego wierzenia w poprawę gry swojego zespołu. Pamiętajmy, że ‘projekt Śląsk’, rozpoczęty w otchłani trzeciej ligi, jest dopiero w połowie swojej drogi, a Ryszard Tarasiewicz pewnie najlepiej zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego ja jestem w stanie przyjąć póki co każdy remis, nawet ten najbrzydszy i najbardziej kojarzący się z anty-futbolem. Bo jeśli Śląsk potrzebuje roku na przemianę z ligowej sensacji w ekstraklasowego lidera to ja jestem w stanie wytrwać 90 minut kopania po piszczelach i składnej gry w obronie. A Wy?

źródło: własne