Aktualności

Chłodnym okiem: Zbrojenia w Odrze i nad Odrą

28.02.2010 (22:54) | Adam Osiński
Nie jesteśmy tak aktywni na rynku transferowym jak np. Odra Wodzisław – to słowa, które zimą padły z ust Ryszarda Tarasiewicza. I choć szkoleniowiec Śląska po chwili kajał się, że nie mówił tego z sarkazmem, to i tak na jego wyszło. Bo już po pierwszej tegorocznej kolejce okazało się, że król zimowego polowania jest nagi i piłkarze z Gdańska słusznie nie zlękli się papierowego tygrysa. Co więcej, Lechia przy Odrze wyglądała niemal jak FC Barcelona.


 

Wobec powyższego trudno zrozumieć zaprezentowany w przerwie przed kamerami TV szeroki uśmiech Dariusza Kozielskiego, piekarza odpowiedzialnego za transferowe szlagiery w czerwonej latarni ligi. Optymizm człowieka, którego zdążono już okrzyknąć zbawcą wodzisławskiej piłki, był doprawdy zdumiewający. I mocno przesadzony, co potwierdziła druga połowa. Zaraz cisnąć będą we mnie gromy, że to inauguracja, więc piłkarze Odry są jeszcze niezgrani, a czas działa na ich korzyść. Tylko że ja widziałem: po pierwsze – owszem, brak zgrania, ale i umiejętności (wyjątek nazywa się Onyszko); po drugie – zbiór kopaczy grających taki piach, że aż trudno uwierzyć, że coś pozytywnego może się z tego urodzić.



W Wodzisławiu ilość miała iść w parze z jakością, ale została sama, jak panna przed ołtarzem. We Wrocławiu o kategorii ilości nawet nie słyszeli. Przez sito w osobie Ryszarda Tarasiewicza tej zimy przebiło się dwóch piłkarzy. I zarówno Marian Kelemen, jak i Piotr Ćwielong, zagrali w Bytomiu dobre zawody. Zwłaszcza były gracz Wisły pokazał nową jakość gry na skrzydle, więc potwierdziły się słowa mojego redakcyjnego kolegi Andrzeja Gomołyska o wyższości Ćwielonga nad Januszem Gancarczykiem. I chyba nikt teraz mu nie zarzuci, że porównanie obu skrzydłowych pisane było pod obecnego piłkarza zielono-biało-czerwonych.