Aktualności

Nakładką: Gliwice zdefiniują Wrocław

04.05.2010 (16:34) | Michał Zachodny
W zasadzie tak jak samo spotkanie z Piastem pokaże co Ślask potrafi, z jakiej gliny jest ulepiony, tak mecz z Lechem pokazał czego klubowi z Oporowskiej brakuje. Niestety ta druga lista jest całkiem długa, a ja nawet zaryzykuję stwierdzenie, że prawie dwa lata po awansie do Ekstraklasy zamiast ją skrócić, dopisano kilka punktów.


 

Zanim jeszcze więc o Piaście i udowadnianiu kibicom pewnych rzeczy, czas na brutalną prawdę. Byłem naiwny. Naiwnie myślałem, że zdobyty Puchar Ekstraklasy oraz rozwój piłkarski, któremu sprzyjały trafione transfery obrońców (np. Celeban) i pomocników (np. Mila) poprowadzi nas do sukcesów szybciej niż w tym wymarzonym 2012 roku. Naiwnie stwierdziłem, że potencjał drużyny jest spory, a nawet gorsze wyniki nie hamują budowy Wielkiego Śląska, który był i wciąż jest nam obiecywany. Naiwnie uwierzyłem w swoje słowa, że w tak słabej lidze nawet tak słabo grający zespół jak ten z Wrocławia się utrzyma. Wreszcie – naiwnie śpiewałem o tym, że wkrótce wrócimy… do Ligi Mistrzów. Na szczęście (?) nie ja jeden.



Lech powinien być dla Śląska przykładem, pod wieloma względami. Sportowym, bo przy budowie drużyny nie zaniedbano żadnego aspektu, pozycji. Szkoleniowym, ponieważ młodzi już jako nastolatkowie nie tylko wchodzą do drużyny, ale też decydują o wynikach zespołu. Organizacyjnym – wystarczy spojrzeć jakie korzyści ma Lech po podpisaniu umowy z Pumą, a jakie ma Śląsk. I wreszcie, pod względem piłkarskim, który tak brutalnie został uwidoczniony trzema bramkami na Oporowskiej w niedzielę. Co z tego, że Śląsk był w miarę wyrównanym przeciwnikiem dla Lecha, skoro wszystko sprowadza się do błędów, których my popełniliśmy wiele, a oni żadnego. Efekt można było obejrzeć na tablicy wyników w 90. minucie, a i tak był to łaskawy wymiar kary, głównie dzięki świetnej postawie Kelemena (który to już raz?!).



Gdyby porównać rozwój naszego klubu do jazdy samochodem, to pewnie wielu kibiców powiedziałoby, że obecny sezon przypomina prowadzenie auta z zaciągniętym hamulcem ręcznym. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że Śląsk nie zaciągnął ręcznego, ale wrzucił na wsteczny i zaczął się cofać. Komu wydaje się, że dystans na góre tabeli z obecnego miejsca, z obecnym potencjałem drużyny jest kwestią sezonu, ten się po prostu myli. I wiecie co? Ja też tak myślałem i nie wstydzę się tego przyznać. W Wodzisławiu Śląskim przed rokiem widziałem ludzi szczęśliwych, przepełnionych dumą oraz tryumfujących po zdobyciu pierwszego od lat trofeum. Co będzie teraz na obiekcie Odry? Czy możliwe jest to, że po ewentualnej porażce także pojawią się łzy, ale tym razem z powodu zbliżającego się spadku?



To widmo zagląda w oczy Śląska coraz bardziej i w zasadzie mecz w Gliwicach będzie nie tylko rozstrzygającym w kontekście tego sezonu, ale także planów sięgających o kilka lat do przodu. Cały misterny plan budowy Wielkiego Śląska może ulec zniszczeniu, zastopowaniu, a (kto wie?) nawet wycofaniu. Piłkarze muszą zdać sobie sprawę z presji jaka ciąży na nich w sobotnim spotkaniu. Nie chodzi tylko o ich premie, wejściówki czy szanse na zapewnienie sobie gry na Ekstraklasowym poziomie we Wrocławiu jeszcze przez rok.



Stawka jest znacznie wyższa i nie dotyczy tylko tej jedenastki, która wybiegnie na bardzo skromny obiekt w Gliwicach. Z tego musi zdawać sobie sprawę nie tylko każdy piłkarz, ale też trener i każdy w klubie by ten rok, koszmarny w kontekście mocarnych planów Śląska, skończył się nie tyle szczęśliwie, ale bez wielkiego tąpnięcia jakim byłaby gra w Nowym Sączu, Kluczborku czy Gorzowie Wielkopolskim w przyszłym sezonie.

źródło: własne