''Już teraz zrobiło się gorąco'' (OPINIA EKSPERTA)

08.09.2022 (06:00) | Karol Bugajski
uploads/images/2022/9/lechia2_6318c3becb3bc.jpg

fot.: Marcin Folmer

W sobotnim meczu 9. kolejki ekstraklasy Śląsk Wrocław zagra na własnym stadionie z Lechią Gdańsk. O burzliwym starcie sezonu, zespole bez formy i poszukiwaniach nowego trenera, rozmawiamy z Tomaszem Osowskim, dziennikarzem Gazety Wyborczej Trójmiasto.



 

Lechia Gdańsk w poprzedniej kolejce przerwała serię czterech porażek i pod wodzą tymczasowego trenera Macieja Kalkowskiego bezbramkowo zremisowała z Wartą Poznań. To chyba jednak marna pociecha, bo gra kolejny raz była bardzo słaba.

Ten remis w ogóle nie został odebrany jako choćby małe światełko w tunelu. Nie widziałem wszystkich dotychczasowych meczów ekstraklasy, ale to, co oglądaliśmy w ubiegłą sobotę w Gdańsku, to dla mnie mocny kandydat do tytułu najgorszego w sezonie. Obie drużyny były kompletnie bezzębne w ofensywie, jednak o ile Wartę można jeszcze zrozumieć, bo wiadomo, jaki jest jej potencjał i o co walczy, tak w grze Lechii nie drgnęło właściwie nic. Gdańszczanie pierwszy celny strzał oddali po sześćdziesięciu minutach gry – akcja zwieńczona uderzeniem Łukasza Zwolińskiego była praktycznie jedyną składną w ich wykonaniu tego dnia. Poza tym, cały czas była szarpanina, brak pomysłu, brak przyspieszenia. Być może jedyny promyk nadziei dla kibiców Lechii stanowiło wejście najnowszego nabytku Holendra Joeriego de Kampsa, który zagrał ponad pół godziny i jeśli chodzi o agresję w grze wszyscy od razu nazwali go „gdańskim Góralskim”.

Ciekawy pseudonim.

W trakcie swojego występu przeciwko Warcie zdążył popełnić chyba z dziesięć fauli, jednak pokazał też, że nieźle czuje się z piłką przy nodze. Miał kilka fajnych zagrań do przodu, widać, że to nie jest zawodnik, który myśli tylko o tym, żeby odebrać i zagrać do najbliższego. To jednak tylko pokazuje, jakie nastroje obecnie panują w Gdańsku, skoro występ 30-letniego defensywnego pomocnika z Holandii jest czymś godnym zapamiętania. Lechia od początku sezonu miała praktycznie tylko jeden przebłysk, wyjazdowe zwycięstwo z Widzewem Łódź (3:2) w 3. kolejce, jednak to też było bardzo szczęśliwe, bo w samej końcówce nieprawdopodobne interwencje notował jej bramkarz Michał Buchalik. W tych wszystkich pozostałych spotkaniach, gdańszczanie nie tylko przegrywali, ale prezentowali się też naprawdę tragicznie.

Dlaczego w Lechii sprawy tak szybko wymknęły się spod kontroli? Jeszcze niedawno drużyna trenera Tomasza Kaczmarka kończyła przecież sezon na 4. miejscu, była również blisko awansu do 3. rundy kwalifikacji Ligi Konferencji Europy. Słynny „pocałunek śmierci”, czy coś więcej?

Trochę tak, ale bardziej zwróciłbym uwagę, że klub nie przygotował się na taki rozwój wypadków. „Pocałunek śmierci” bierzemy oczywiście w cudzysłów, bo europejskie puchary zawsze mają być nagrodą, jednak żeby je odpowiednio skonsumować, trzeba być przygotowanym. Lechia już w rundzie wiosennej wysyłała sygnały, że jej gra wygląda coraz słabiej, przytrafiła się jej między innymi seria sześciu porażek na wyjeździe. Mecze u siebie też już wyglądały coraz słabiej, o takich widowiskach, jak jesienne 3:1 z Legią Warszawa czy Rakowem Częstochowa, nawet nie można było myśleć, wszystko było na siłę. Gra nie wyglądała tak dobrze, jak wcześniej, dało się zauważyć, że trener Kaczmarek wyciska ten zespół jak cytrynę. Rzutem na taśmę Lechia wywalczyła premiowane europejskimi pucharami 4. miejsce, jednak całą swoją wiosenną postawą wręcz krzyczała: dajcie nam nowych zawodników, dajcie nam nowy impuls do szatni, który jest niezbędny, żeby nie nastąpiło, to co dzieje się teraz, chociaż pewnie tego, co dzieje się teraz, nikt nie przewidziałby w najczarniejszych snach.

Lechia wzmocnień potrzebowała w pierwszej kolejności?

Żeby ten zespół zrobił krok do przodu, potrzebował natychmiast dwóch – trzech jakościowych transferów, tym bardziej, że w szatni nie brakuje zawodników doświadczonych, zrobiło się tam już trochę „tłustych kotów”, którzy już swoje wygrali i po prostu potrzebują nacisku. Myślę, że najbardziej jaskrawym przykładem tego, co powoduje brak konkurencji w drużynie jest Ilkay Durmus, który jesienią miał bardzo dobre wejście do ekstraklasy – zdobywał piękne bramki, asystował, dryblował, ale kiedy zobaczył, że bez względu na to jak gra, miejsce w składzie ma pewne, bardzo spuścił z tonu. W tym roku zagrał może jeden dobry mecz, w kwietniu przeciwko Górnikowi w Zabrzu (3:1), a poza tym jest cieniem samego siebie z jesiennych meczów. W jego przypadku rozmawiamy o lewym skrzydle, jednak takich pozycji w Lechii jest bardzo dużo, wielu zawodników jest pod formą. Trener Kaczmarek bardzo liczył na Marco Terrazzino, który miał się okazać prawdziwym liderem zespołu, sęk w tym, że on od przyjścia do Gdańska na początku ubiegłego roku, ciągle ma większe lub mniejsze problemy zdrowotne. Niemiec nie jest w stanie grać całych meczów, czasami wchodzi na zmianę, a kiedy wybiegnie w podstawowym składzie, to brakuje mu sił po sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu minutach.

Te przykłady chyba można mnożyć.

Katastrofalna postawa środkowych obrońców, którzy od początku sezonu trafili chyba na jakąś żyłę wodną, bo czego nie dotkną Michał Nalepa i Mario Maloca, to zepsują. Nalepa miał na przykład serię pięciu żółtych kartek w pierwszych pięciu meczach, więc szedł na poważny rekord, ale z Wartą wreszcie nie został napomniany. W Gdańsku powoli zaczyna się chwytanie brzytwy – w ostatnich dniach okienka z Legii wypożyczono niechcianego Joela Abu Hannę, który niby zagrał od razu w zaległym meczu z Lechem Poznań (0:3), ale nie był lekiem na defensywne problemy Lechii, a na dodatek opuścił boisko z lekkim urazem i w miniony weekend usiadł już na ławce rezerwowych. Klub na pewno nie pomógł, bo trener Kaczmarek powinien dostać nowych zawodników latem, zamiast w momencie, gdy praktycznie tracił już pracę, a do tego słaba forma piłkarzy. Nie jestem w stanie wymienić zawodnika Lechii, który w tym momencie byłby chociaż w swojej normalnej dyspozycji, nie mówiąc nawet o wysokiej. Widzimy, jaka jest sytuacja w tabeli, to sprawia, że już teraz, na początku sezonu, w Gdańsku zrobiło się gorąco.

Czy jest już przesądzone, że w sobotnim meczu na ławce Lechii ponownie usiądzie trener Kalkowski? Na giełdzie nazwisk pojawiają się kandydatury Jana Urbana czy Aleksandara Vukovicia.

Wydaje się, że w spotkaniu ze Śląskiem gdańszczan ponownie powinien poprowadzić trener Kalkowski, bo nawet gdyby udało się kogoś zakontraktować, to miałby już bardzo mało czasu. Wspomniane nazwiska rzeczywiście pojawiają się w przestrzeni publicznej, mogę dorzucić jeszcze Dariusza Banasika albo Krzysztofa Brede, to na pewno będzie musiał być wybór bardzo przemyślany. Pytanie, czy do Lechii powinien trafić trener-zadaniowiec na teraz, który miałby wziąć tą szatnię „za twarz”, czy znowu stawiać na dłuższy projekt. To drugie mogłoby być ryzykowne, bo wygrywać i odrabiać straty trzeba zacząć od razu. W gabinetach dają sobie czas na podjęcie ostatecznej decyzji, Maciej Kalkowski to człowiek od wielu lat związany z klubem, był asystentem przy większości ostatnich szkoleniowców, więc bardzo dobrze zna drużynę. Na razie on przejął obowiązki Tomasza Kaczmarka, a do przerwy na reprezentację zapewne wyjaśni się, kto będzie nowym trenerem Lechii.

ZOBACZ też: Co wiesz o Śląsku przed 9. kolejką (QUIZ)

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet na kanale WhatsApp. Odwiedź nas także na Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.