Rywal pod lupą eksperta: Jagiellonia Białystok

02.04.2021 (15:00) | Karol Bugajski
uploads/images/2020/10/expo_5f945520c6b05.jpg

fot.: Paweł Lipnicki

W pierwszym meczu pod wodzą trenera Jacka Magiery wyjazdowym rywalem Śląska Wrocław będzie Jagiellonia Białystok. O zaskakującym przełamaniu w poprzedniej kolejce, sytuacji po dymisji trenera Bogdana Zająca i powrocie dawnej gwiazdy, rozmawiamy z Jerzym Kułakowskim, dziennikarzem Radia Białystok.



 

Wracając do ostatniego meczu Jagiellonii (3:2 w Poznaniu) można chyba tylko zacytować białostockiego klasyka – „jak do tego doszło nie wiem”. Żółto-czerwoni po sześciu meczach z rzędu bez zwycięstwa, z trenerem tymczasowym, grając w dziesiątkę odwrócili losy rywalizacji przy Bułgarskiej. Niebywałe.

Pełna zgoda, choć trochę szczęścia w tym było, bo przecież przy stanie 2:1 Lech miał świetną szansę na trzeciego gola, ale Jakub Kamiński tego nie wykorzystał. Co tu dużo mówić, zadecydowały błędy w defensywie Kolejorza. Zespół Dariusza Żurawia tego wieczora wyglądał w obronie bardzo źle. Jagiellonia zdobyła dwie bramki po bardzo ładnych akcjach i to pierwszych od bardzo dawna skrzydłami, ale wynikało to z tego jak słabo z bronieniem dostępu do własnej bramki radził sobie przeciwnik. Trzeba też podkreślić, że Jagiellonia nie padła mentalnie, co wcześniej się zdarzało, a najbardziej dobitnym przykładem był mecz w Lubinie (0:3). Do 60. minuty wyrównana gra i 0:0, a później trzy stracone bramki, a gdyby Zagłębie było bardziej skuteczne to mogło być sześć. W Poznaniu białostoczanie co prawda pozwolili, by wynik jeszcze przed przerwą zmienił się z 1:0 na 1:2, później stracili zawodnika, ale nie dali się złamać.

Mówi pan o mentalności, a ja po meczu przy Bułgarskiej spotkałem się z opinią, że Jagiellonia zagrała tak dobry mecz, bo wreszcie uwolniła głowy. Czy w ten sposób można tłumaczyć sobie metamorfozę białostoczan w pierwszym występie po dymisji trenera Bogdana Zająca?

Po takim meczu każdy będzie dorabiał swoją teorię, trudno mi powiedzieć, co dokładnie wydarzyło się w głowach piłkarzy po zmianie szkoleniowca. Nie do końca to rozumiem. Trener Zając zabraniał biegać na połowę przeciwnika, a Rafał Grzyb nagle zdecydował się na cokolwiek innego? Albo Bojan Nastić znalazł się w polu karnym przeciwnika, chociaż wcześniej tego nie robił, dzięki temu, że zmienił się szkoleniowiec? Może coś w tym jest, jednak największy problem w piłce polega na tym, że trenerzy zawsze nabierają wody w usta, kiedy dziennikarze przed meczami pytają ich o to, jaki jest pomysł na grę. Wtedy wszystko stanowi wielką tajemnicę, więc później ciężko jest ocenić na ile gra zespołu wynikała z pomysłu szkoleniowca i w jaki sposób założenia udało się zrealizować.

Wydawało się, że mecz w Poznaniu będzie jedynym, w którym Jagiellonię poprowadzi tymczasowy trener Rafał Grzyb. Przerwa na kadrę nie zmieniła jednak niczego na ławce białostoczan i dziś wszystko wskazuje na to, że mówimy o szkoleniowcu, który dokończy sezon w aktualnej roli. Możemy to już potwierdzić?

Tak postanowiły władze klubu i tak będzie, a dokonywanie jakiejkolwiek zmiany przed końcem sezonu właściwie byłoby irracjonalne. Patrząc na tabelę dzisiaj Jagiellonii nic już przecież nie grozi. Nie spadnie, podium odjechało za daleko, pozostaje jeszcze tylko ten scenariusz, w którym Raków zdobywa Puchar Polski, a prawo gry w europejskich pucharach daje 4. miejsce. Ale my na dzisiaj nie mamy drużyny na żadne eliminacje Europa Conference League, jeden mecz wygrany z ostatnich siedmiu, o czym my w ogóle rozmawiamy. Dobrze, że ostatnia drużyna w tabeli oddaliła się od Jagiellonii, to należy podkreślić. Zatrudnienie teraz nowego trenera w sytuacji, gdy trzeba jeszcze przecież cały czas płacić Zającowi byłoby nierozsądne. Jest Grzyb, który tak czy inaczej pracuje w sztabie szkoleniowym, pobiera pensję i na pewno tej drużynie nie zaszkodzi.

Pamiętam naszą rozmowę z rundy jesiennej. Wtedy Jagiellonia też była po zwycięstwie z Lechem (2:1), tyle że ono akurat nie było wielką niespodzianką, bo wcześniej w tym sezonie potrafiła już pokonać Legię w Warszawie czy Piasta w Gliwicach. Chwaliliśmy trenera Bogdana Zająca. Co się stało, że w krótkim czasie jego praca na Podlasiu potoczyła się w tak złym kierunku?

Na jego usprawiedliwienie można powiedzieć, że w ostatnich tygodniach przed dymisją miał duże problemy z koronawirusem. Wypadali mu najważniejsi piłkarze, później wracali, a też jeszcze potrzebowali czasu, w końcu Zając sam zachorował i już w kilku meczach tego roku zastępował go Rafał Grzyb. Po drugim tegorocznym spotkaniu z Wisłą Kraków (0:2) już w ogóle nastąpił taki pomór, że praktycznie nie było komu trenować. Ile znaczą Jesus Imaz czy Tomas Prikryl widzieliśmy w meczu z Lechem. Oni weszli w drugiej połowie po drugiej żółtej kartce Błażeja Augustyna i to po prostu byli piłkarze gwarantujący jakość. Nie byli po to, żeby biegać, przerywać akcje, a wynik był na dalszym planie. Nie, pojawili się, by dośrodkować, rozegrać piłkę, pomóc zespołowi. Być może ta osłabiona kadra to był właśnie jeden z powodów dlaczego trenerowi Bogdanowi Zającowi nie poszło w Białymstoku. Ale z drugiej strony Covid czy kontuzje dopada też wszystkie inne drużyny. Jagiellonia wiosną nie zagrała żadnego meczu, który byłby dobry chociaż w całej jednej połowie. Nawet ten pierwszy, wygrany jeszcze w styczniu z Lechią w Gdańsku (2:0). Nasi rywale szybko stracili bramkę i od 36. minuty grali w dziesiątkę, a jednak to oni byli bliżej doprowadzenia do wyrównania, niż Jagiellonia drugiego gola, ale ostatecznie się udało. Oprócz problemów zdrowotnych można się też pokusić o ocenę, że zimowe przygotowania zostały w jakiś sposób zepsute, bo ta drużyna w wielu występach w rundzie wiosennej wyglądała po prostu źle. Ale znowu, na tych samych przygotowaniach potrafiła przecież wyrwać zwycięstwo w Poznaniu w końcówce i to w dziesiątkę. Nie mając możliwości oglądania tego zespołu na treningach od roku naprawdę trudno to wszystko miarodajnie ocenić.

Bramkę na 1:0 przy Bułgarskiej zdobył Fedor Cernych, dla którego było to pierwsze trafienie od jesiennego powrotu do ekstraklasy. Należy się spodziewać powrotu Litwina do formy, którą imponował całej lidze przed wyjazdem do Rosji?

Bardzo bym chciał, jednak przede wszystkim trzeba pamiętać, że Cernych dziś jest już o trzy lata starszy. Przed powrotem do Jagiellonii też miał problemy zdrowotne, wiosną przechodził koronawirusa, potem wrócił, nie grał, był jeszcze odsunięty. Litwin przyszedł we wrześniu nieprzygotowany do gry na wysokim poziomie, co było zresztą widać nawet po jego bieganiu. W nowym roku to też głównie była raczej męczarnia, ale ostatnie mecze dały już nadzieję, pierwsze symptomy, że to znowu może być tak wartościowy Fedor, jak wtedy gdy odchodził z Jagiellonii. Oczywiście, to jest już dzisiaj piłkarz na innym poziomie, bo gdyby on cały czas miał do zaproponowania tyle co wtedy, to nie wracałby do ekstraklasy. Znalazłby sobie klub w drugiej lidze rosyjskiej czy gdzieś w Turcji, w ogóle nie byłoby tematu. Nie dostał jednak najwyraźniej żadnej satysfakcjonującej oferty, znowu gra w Jagiellonii i mam wrażenie, że ten mecz z Lechem może być dla niego przełomowy. Gol, ale też asysta w tym samym spotkaniu, potrafią człowiekowi mocno otworzyć głowę.

W trzech poprzednich występach sześć żółtych kartek, a w konsekwencji oczywiście trzy czerwone zobaczył były obrońca Śląska Błażej Augustyn. To doświadczony piłkarz, wcześniej raczej solidny punkt kolejnych zespołów, również Jagiellonii na początku. Co się z nim stało w ostatnich kolejkach?

Chcę bardzo mocno podkreślić, że druga żółta kartka Augustyna w tym trzecim od końca występie przeciwko Piastowi (0:1) została niesłusznie pokazana przez sędziego Daniela Stefańskiego i anulowana przez Komisję Ligi. Wszędzie w mediach słyszę, że Augustyn zebrał tyle tych kartek, ale to spotkanie akurat powinien dokończyć. Natomiast nie ma co usprawiedliwiać tego zawodnika. Choćby to w jaki sposób, w którym miejscu boiska i kiedy zobaczył drugi żółty kartonik w Poznaniu… Nie wiem, przemotywowanie, nawarstwiająca się przez wyniki frustracja? Może zmęczenie, chociaż sześć minut po przerwie to raczej mało wiarygodne wytłumaczenie. Głowa nie podaje odpowiedniego impulsu do mięśni na czas, człowiek się spóźnia i robi taką głupotę. Generalnie postawiłbym na to, że Błażej jak i cała drużyna w ostatnim czasie chyba za bardzo chciał, a kiedy tak jest, to nietrudno o podobne sytuacje. Pamiętajmy też jakim on jest obrońcą – jego sposób gry to wóz albo przewóz, on się nie bawi. Jeżeli ruszy do interwencji na czas, to jest w porządku, piłka jest wybita. Natomiast wystarczy ułamek spóźnienia i widzimy trafienie takie, że nawet od razu powinna być czerwona kartka, a nie dwie żółte, jak w poprzedniej kolejce. W poniedziałek nie zagra, bo będzie pauzował za ósme napomnienie, a za tydzień myślę, że usiądzie na ławce.

ZOBACZ też: Co słychać u rywala?