 |
Śląsk Wrocław |
1:2 |
Jagiellonia Białystok |
 |
Bramki: Celeban 77' - Lato 33', Jezierski 51'
Śląsk: Kelemen - Wołczek, Celeban, Fojut, Pawelec - Madej, Sztylka, Mila, Spahić 88', Ćwielong - Sotirović
Jagiellonia: Sandomierski - Cionek, Skerla, El Mehdi, Norambuena - Maycon 59', Grzyb, Hermes, Lato - Frankowski 77', Jezierski 68'
Żółte kartki: Sztylka - Sandomierski
Sędzia: Dawid Piasecki (Słupsk)
Widzów: 5000
Relacja ze spotkania: "Jaga" lepsza we Wrocławiu
Dwa lata – tyle czasu Jagiellonia Białystok czekała na zwycięstwo w meczu wyjazdowym. W sobotę tę fatalną passę zakończyli we Wrocławiu, pokonując Śląsk 2:1. Bramki dla „Jagi” zdobywali byli gracze wrocławskiej ekipy: Jarosław Lato i Remigiusz Jezierski. Honorowego gola dla Śląska strzelił Piotr Celeban.
O pierwszej połowie meczu z Jagiellonią wrocławianie powinni jak najszybciej zapomnieć. Trudno powiedzieć, czy to kiepska pogoda tak skrępowała wrocławian, czy może przeszkadzało im nierówne boisko. Co by nie było przyczyną, Śląskowi nie wychodziło im praktycznie nic, zwłaszcza w ataku. Uczciwie przyznajmy, że podopieczni Ryszarda Tarasiewicza wypracowali sobie trzy niezłe sytuacje bramkowe. Dwa razy groźnie strzelał Sebastian Mila, a raz Grzegorza Sandomierskiego próbował zaskoczyć Łukasz Madej. Szczególnie mocno zapachniało golem w 11.minucie, właśnie po strzale Madeja, obsłużonego przez Piotra Ćwielonga świetnym podaniem. Bramkarz „Jagi” był jednak na posterunku. Sęk w tym, że wszystkie te akcje wyszły Śląskowi w pierwszym kwadransie meczu. Później było już tylko gorzej.
Kolejne minuty to już świadectwo powolnego staczania się Śląska w marazm. Jagiellonia dobrze rozpracowała Śląsk taktycznie. Nie pozwalała na ataki skrzydłami, w środku pola ostro atakowała Sebastiana Milę i agresywnie walczyła o odbiór piłki. Na dodatek Śląsk, choć grał z dwoma defensywnymi pomocnikami – Dariuszem Sztylką i Amirem Spahiciem – nie radził sobie za dobrze w środku pola. Wrocławianie zostawili „Jadze” stanowczo za dużo miejsca w rozgrywaniu piłki. Efekt? Białostoczanie poczynali sobie śmiało, nękając wrocławskich obrońców prostopadłymi podaniami. Złośliwie można dodać, że widocznie piłkarze Śląska chcieli pokazać, że Marian Kelemen jest dobrym bramkarzem, bo Słowak miał w bramce Śląska pełne ręce roboty.
Do 33.minuty Jagiellonia tylko straszyła. Wtedy jednak ich wysiłki przyniosły efekt. Jarosław Fojut faulował Rafała Grzyba na 15 metrze, piłkę z rzutu wolnego sprytnie wystawił Tomasz Frankowski, a Jarosław Lato soczystym strzałem po ziemi tylko dopełnił formalności. Wrocławianie zamiast wybiec do strzału, za szybko rozbiegli się w murze i zasłonięty Kelemen nie mógł nic zrobić.
Stracony gol nieco otrzeźwił wrocławian. Zaczęli grać aktywniej, próbowali atakować. Przez dobrze zorganizowaną obronę białostoczan przebić się jednak nie potrafili. Ich ataki pozycyjne kończyły się albo stratą piłki, albo podaniem do obrońcy i kolejną, mozolną próbą rozszyfrowania rywala. Ale wszystko to szło psu na budę.
Po zmianie stron, Śląsk nadal grał „swoje”, czytaj – pasywnie w ataku i chaotycznie w rozegraniu. Poza tym, wrocławska maszyneria nawet nie zdążyła się rozkręcić, gdy Jagiellonia zadała drugi bolesny cios. Na zegarze wybiła 51.minuta spotkania, gdy białostoczanie cieszyli się z drugiej bramki. Z rzutu rożnego dośrodkował Lato, Frankowski sprytnie przedłużył podanie głową do Remigiusza Jezierskiego, a ten pięknym strzałem z półobrotu pokonał bezradnego Kelemena.
Dwa gole przewagi nie skłoniły „Jagi” do bardziej defensywnej gry. Przeciwnie, trener Michał Probierz pokazał swoim graczom, że mają naciskać na Śląsk i szukać kolejnych bramek. I niewiele brakowało, by ta sztuka im się udała. W 70.minucie Frankowski wypuścił podaniem „w uliczkę” Kamila Grosickiego i młody pomocnik biegł na pojedynek z Kelemenem. Zapachniało golem, bo Grosicki położył bramkarza Śląska i jak mawiają, już był w ogródku i witał się z gąską. Ale Słowak pokazał, że nieprzypadkowo grał w Primera Division. Bo sprytnie wyłuskał piłkę spod nóg „Grosika” i uratował wrocławską bramkę.
Mówią, że w piłce nożnej niewykorzystane sytuacje się mszczą. W sobotę przy ul. Oporowskiej to porzekadło się sprawdziło. W 78.minucie dośrodkowanie Mili z rzutu rożnego strzałem głową na gola zamienił Piotr Celeban. W tym momencie wrocławianie poczuli krew i rzucili się do ataku. Przez kilka minut praktycznie nie schodzili z połowy Jagiellonii. Raz po raz pod bramką strzeżoną przez Sandomierskiego było gorąco. Szczęście nie chciało jednak ponownie uśmiechnąć się do graczy Śląska. Bo strzały albo lądowały w rękach białostockiego bramkarza, albo mijały strzeżoną przez niego bramkę.
Ostatnia iskierka nadziei błysnęła w głowach graczy Śląska, gdy sędzia techniczny doliczył do czasu gry dodatkowe pięć minut. Ale płonne były to nadzieje, bo ani do bramki „Jagi” nie udało się wrocławianom dostać, a i białostoczanie mogli strzelić trzeciego gola. Bruno Coutinho kąśliwie dośrodkował, Kelemen podbił piłkę, ale prosto na głowę Laty. Jego strzał do pustej bramki wybił w ostatniej chwili Celeban. Chwilę później sędzia Dawid Piasecki gwizdnął po raz ostatni w tym meczu. Wyjazdowa klątwa Jagielloni we Wrocławiu znalazła finał. A Śląskowi ligowa wiosna - póki co - nie układa się tak, jak powinna.
Autor: