ANALIZA: Dwa prowadzenia, osiem obron i zero punktów. Co wydarzyło się w Lublinie?
fot.: Paweł Kot
Śląsk Wrocław dwukrotnie prowadził z Motorem Lublin, ale ostatecznie przegrał 2:3, ponosząc piątą ligową porażkę z rzędu. Choć wynik sugeruje wyrównane spotkanie, statystyki pokazują zupełnie inny obraz. Karol Niemczycki dokonywał cudów w bramce, Piotr Samiec-Talar miał udział przy obu golach, a mimo to Wojskowi przez większość meczu nie potrafili przeciwstawić się gospodarzom.
Liczby nie pozostawiają złudzeń
W futbolu są spotkania, w których o porażce przesądza jeden błąd, niewykorzystana sytuacja albo niefortunny zbieg okoliczności. Sobotni mecz Śląska Wrocław z Motorem Lublin trudno jednak zaliczyć do tej kategorii. Wrocławianie dwukrotnie obejmowali prowadzenie, a zwycięskiego gola stracili dopiero w doliczonym czasie gry. Problem polega na tym, że przez zdecydowaną większość spotkania to gospodarze stwarzali większe zagrożenie.
Najlepiej pokazują to statystyki całego meczu. Motor utrzymywał się przy piłce przez 66% czasu gry, oddał 29 strzałów przy zaledwie sześciu Śląska i wypracował aż 3,84 gola oczekiwanego (xG). Wojskowi zakończyli spotkanie z wynikiem 0,77 xG. Oznacza to, że sytuacje stworzone przez gospodarzy były łącznie warte niemal pięciokrotnie więcej.
Jeszcze bardziej wymowna jest liczba dogodnych okazji. Motor wypracował ich osiem, z których wykorzystał trzy. Śląsk miał trzy takie sytuacje i zamienił na gole dwie. Wrocławianie byli więc skuteczniejsi, ale tworzyli zdecydowanie mniej okazji.
Trudno również mówić, że Wojskowi świadomie oddali przeciwnikowi piłkę, skutecznie ograniczając jego możliwości ofensywne. Motor zanotował 37 kontaktów z futbolówką w polu karnym Śląska, podczas gdy podopieczni Ante Simundzy tylko 11. Gospodarze oddali 19 strzałów z szesnastki, a goście zaledwie cztery. Do tego dochodzi dziesięć rzutów rożnych Motoru przy jednym Śląska.
Niski blok nie spełnił zatem swojego podstawowego zadania. Przeciwnik nie tylko posiadał piłkę, ale również regularnie przedostawał się w najbardziej niebezpieczne sektory boiska.
Przed przerwą dysproporcja była wręcz alarmująca. Motor miał 71% posiadania, oddał 16 strzałów wobec dwóch Śląska i osiągnął 1,04 xG przy 0,23 gości. Wojskowi schodzili jednak do szatni z jednobramkowym prowadzeniem, co zawdzięczali przede wszystkim Karolowi Niemczyckiemu i wykorzystaniu błędu bramkarza rywali.
Po zmianie stron Śląsk częściej utrzymywał się przy piłce, zwiększając posiadanie z 29% do 39%. Wrocławianie oddali również cztery strzały zamiast dwóch. Nie oznaczało to jednak rzeczywistego odwrócenia przebiegu spotkania.
Motor nadal przeważał, kończąc drugą połowę z 13 uderzeniami i 2,81 xG. Wysoką wartość tego wskaźnika podniosły również dwa rzuty karne. Tymczasem Śląsk, pomimo zdobycia kolejnej bramki, wygenerował w drugiej części gry zaledwie 0,54 xG.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden szczegół. Wojskowi przebiegli 100,2 km, czyli o 1,2 km więcej od gospodarzy. Wykonali również 115 sprintów wobec 106 Motoru. Nie sposób więc sprowadzić wszystkich problemów do braku wysiłku. Zawodnicy Śląska biegali, ale znacznie rzadziej przekładało się to na przejmowanie inicjatywy czy budowanie własnych akcji.
Pięć bramek i historia błędów
Początek meczu nie zapowiadał aż tak dużych problemów. Już w 11. minucie Śląsk wykorzystał fatalne rozegranie Gasšpera Tratnika. Eniss Shabani przejął piłkę, którą następnie przez Karola Linettego skierowano do Luki Marjanaca. Ten efektownie odegrał piętą do Piotra Samca-Talara, a kapitan wystawił futbolówkę Przemysławowi Banaszakowi.
Napastnik skierował piłkę do bramki, choć obrońca Motoru próbował jeszcze interweniować na linii. Wartość samego uderzenia wynosiła 0,17 xG, natomiast xGOT, czyli wskaźnik uwzględniający jakość strzału zmierzającego w światło bramki, osiągnął 0,93.
Była to akcja, w której Śląsk pokazał coś, czego brakowało mu przez niemal całe spotkanie, czyli skuteczne odebranie piłki wysoko, szybkie podanie do przodu i odpowiednie zachowanie kilku zawodników na niewielkiej przestrzeni.
Wrocławianie nie potrafili jednak wykorzystać tej bramki do uspokojenia sytuacji.
Już na początku drugiej połowy Alex Timossi Andersson sprokurował rzut karny po nieudanej interwencji przy Makanie Aiko. Karol Czubak stanął przed szansą wyrównania, ale Niemczycki obronił jego uderzenie.
W 61. minucie bramkarz Śląska był już bezradny. Yacine Bourhane posłał długie zagranie do Aiko, który wykorzystał wolną przestrzeń za plecami Anderssona. Skrzydłowy Motoru wbiegł w pole karne, uniknął skutecznej interwencji Lamine'a Ba i pokonał Niemczyckiego uderzeniem po dalszym słupku.
Wystarczyło jedno zagranie z głębi pola, żeby przeciwnik znalazł się w sytuacji pozwalającej bezpośrednio zaatakować bramkę.
Odpowiedź Wojskowych przyszła zaledwie pięć minut później. Niemczycki wznowił grę, Samiec-Talar uruchomił Malaly'ego Dembelego, a napastnik wykorzystał przestrzeń za linią obrony gospodarzy. Mimo obecności kilku przeciwników potrafił opanować piłkę, wejść w szesnastkę i precyzyjnie zakończyć akcję.
Sam strzał miał wartość 0,33 xG, ale jego xGOT wyniosło aż 0,92. To bardzo dobre wykończenie sytuacji, która wcale nie gwarantowała zdobycia bramki. Trafienie zostało ostatecznie uznane po analizie VAR.
Śląsk ponownie prowadził, lecz przewaga utrzymała się jedynie przez 11 minut.
W 77. minucie Motor wykonywał rzut rożny. Marek Bartos oddał strzał głową, który Niemczycki zdołał obronić. Problem pojawił się przy dobitce. Christopher Simon uwolnił się spod krycia Anderssona i z bliskiej odległości skierował piłkę do siatki.
Bramkarz wykonał pierwszą część zadania, ale po jego interwencji zabrakło odpowiedniej reakcji pozostałych zawodników.
Ostatni cios przyszedł w doliczonym czasie gry. Marc Llinares dopuścił się przewinienia na Mbaye Ndiaye, a po analizie VAR sędzia Sebastian Krasny przyznał Motorowi drugi rzut karny. Tym razem do piłki podszedł Bourhane i wykorzystał jedenastkę.
Niemczycki zrobił wszystko, by ten mecz nie zakończył się katastrofą
Karol Niemczycki był zdecydowanie najważniejszym zawodnikiem Śląska w defensywie. Bramkarz zanotował osiem interwencji, z czego aż sześć po strzałach oddanych z pola karnego. Obronił również rzut karny wykonywany przez Czubaka.
Jeszcze lepiej jego występ opisuje wskaźnik powstrzymanych goli, który wyniósł +1,30. Oznacza to, że na podstawie jakości celnych strzałów Motoru bramkarz zapobiegł utracie około 1,3 gola więcej, niż można byłoby oczekiwać. Dla porównania Tratnik zakończył spotkanie z wynikiem +0,05.
Największe problemy sprawiał Niemczyckiemu Czubak, który oddał cztery celne strzały i zgromadził 1,50 xG. Napastnik gospodarzy zmarnował również cztery duże okazje. Pojedynki obu zawodników przez długi czas pozwalały Śląskowi utrzymywać korzystny rezultat.
Występ Niemczyckiego miał jednak także drugą stronę. Spośród 29 podań bramkarza celnych było tylko 12, co daje 41% skuteczności. Wykonał 25 długich zagrań, ale zaledwie osiem dotarło do partnerów. Do tego zanotował 17 strat posiadania.
Nie można jednak oceniać tych liczb bez uwzględnienia sposobu gry całego zespołu. Śląsk miał ogromne problemy z rozegraniem piłki spod pressingu Motoru. Niemczycki często był zmuszony do poszukiwania zawodników ustawionych znacznie wyżej, a ci nie zawsze potrafili wygrać w pojedynku i utrzymać futbolówkę.
Osiem obron i jeden zatrzymany rzut karny to dorobek, który w wielu spotkaniach pozwoliłby zdobyć punkty.
Obrońcy mieli ręce pełne roboty
Alex Timossi Andersson rozegrał spotkanie, które trudno ocenić pozytywnie. Szwed zanotował sześć działań defensywnych, w tym cztery wybicia, ale wygrał zaledwie jeden z sześciu pojedynków. Szczególnie niepokojąco wyglądały starcia na ziemi, w których przegrał wszystkie pięć prób.
To właśnie Andersson sprokurował pierwszy rzut karny, nie zdołał zatrzymać Aïko przy golu na 1:1, a przy drugim trafieniu Motoru nie upilnował Simona. Trzy sytuacje, które miały bezpośrednie znaczenie dla przebiegu meczu. Jego aktywność ofensywna również była niewielka. Zanotował 18 kontaktów z piłką i tylko trzy celne podania na siedem prób.
Jehor Macenko miał zdecydowanie więcej udanych interwencji. Wykonał aż 15 działań defensywnych, w tym dziewięć wybić i cztery przechwyty. Wygrał cztery z ośmiu pojedynków, co na tle pozostałych obrońców Śląska było wynikiem przyzwoitym.
Jego statystyki pokazują jednak również, jak często Motor przedostawał się w okolice pola karnego. Macenko wielokrotnie musiał reagować na zagrożenie, zamiast uczestniczyć w spokojnym budowaniu akcji. W rozegraniu zaliczył 17 celnych podań na 23 próby, przy 44 kontaktach z piłką. Nie był to występ bezbłędny, ale trudno wskazać go jako głównego odpowiedzialnego za problemy defensywne.
Lamine Ba również miał sporo pracy. Zakończył spotkanie z dziesięcioma działaniami obronnymi, w tym pięcioma zablokowanymi strzałami i pięcioma wybiciami. To liczby świadczące o dużej aktywności we własnym polu karnym.
Znacznie gorzej wyglądał jednak w bezpośrednich starciach. Wygrał tylko jeden z sześciu pojedynków, w tym zaledwie jeden z pięciu powietrznych. Przy bramce Aïko próbował jeszcze zamknąć przestrzeń, ale nie zdążył skutecznie przeszkodzić rywalowi.
Mariusz Malec był jednym ze spokojniejszych zawodników Śląska przy piłce. Spośród 27 podań wykonał 24 celne, osiągając 89% skuteczności. Zanotował także osiem działań defensywnych, w tym pięć wybić i dwa zablokowane strzały.
W pojedynkach osiągnął bilans trzech zwycięstw w sześciu próbach. Na tle partnerów z defensywy nie wyglądało to źle, ale trudno też mówić, że potrafił wyraźnie ustabilizować grę. Jego dokładność podań była wysoka, jednak przy zaledwie 37 kontaktach z piłką możliwości wpływania na rozegranie pozostawały mocno ograniczone.
Najwięcej zastrzeżeń, obok Anderssona, można mieć do Marca Llinaresa. Hiszpan zanotował 14 działań defensywnych i aż 11 wybić, ale jeszcze ważniejszy jest bilans jego pojedynków. Spośród 14 wygrał zaledwie trzy, a w starciach na ziemi zwyciężył tylko trzy razy na 12 prób.
Problemy Llinaresa szczególnie uwidaczniały się w konfrontacjach z Ndiaye. Skrzydłowy Motoru wygrał dziewięć z 16 pojedynków, zaliczył pięć kluczowych podań i był jednym z zawodników regularnie destabilizujących ustawienie Śląska. Ostatecznie to właśnie jego akcja zakończyła się przewinieniem Llinaresa i rzutem karnym na 3:2.
Warto spojrzeć na całą piątkę podstawowych obrońców Śląska. Łącznie zanotowali 53 działania defensywne, w tym 34 wybicia. Można byłoby uznać to za dowód ogromnej pracy. Problem w tym, że w bezpośrednich pojedynkach wygrali zaledwie 12 z 40 starć, czyli 30%.
Ta dysproporcja dobrze oddaje charakter występu defensywy. Wojskowi często oddalali zagrożenie, ale zdecydowanie rzadziej potrafili odzyskać kontrolę nad piłką.
Motor zdominował środek pola
Karol Linetty należał do zawodników, którzy próbowali nadawać rytm rozegraniu. Zanotował 41 kontaktów z piłką i 24 celne podania na 29 prób, co daje 83% skuteczności. Dołożył jedno kluczowe zagranie i wygrał cztery z sześciu pojedynków.
Jego udział był szczególnie widoczny przy pierwszej bramce, gdy po przejęciu Shabaniego znalazł podaniem Marjanaca, rozpoczynając decydującą fazę akcji.
Problem polegał na tym, że Linetty zbyt rzadko otrzymywał możliwość regularnego prowadzenia gry. Dobrze pokazuje to porównanie z Yacine'em Bourhane'em. Pomocnik Motoru miał aż 92 kontakty z piłką, wykonał 69 celnych podań na 77 prób i zanotował cztery kluczowe zagrania. Był nie tylko jednym z głównych organizatorów rozegrania gospodarzy, ale także autorem asysty przy bramce na 1:1 i strzelcem zwycięskiego gola.
Różnica między oboma zawodnikami nie wynikała wyłącznie z ich indywidualnej postawy. Motor zdecydowanie częściej utrzymywał futbolówkę i dawał swoim pomocnikom więcej możliwości jej wykorzystania. Śląsk tego komfortu nie miał.
Eniss Shabani był znacznie bardziej nierówny. Z jednej strony zanotował 44 kontakty z piłką, wygrał sześć z dziesięciu pojedynków i wykonał siedem działań defensywnych. To również jego przechwyt zapoczątkował akcję zakończoną golem Banaszaka.
Z drugiej strony dokładność podań pozostawiała sporo do życzenia. Spośród 25 zagrań tylko 15 dotarło do partnerów, a Shabani zanotował aż 15 strat posiadania. Jego aktywność i gotowość do walki były widoczne, jednak zbyt często po odzyskaniu piłki Śląsk nie potrafił utrzymać jej wystarczająco długo, żeby zbudować kolejną akcję.
Największą różnicę w ofensywie robił Piotr Samiec-Talar. Kapitan zanotował dwie asysty, trzy kluczowe podania i stworzył trzy okazje bramkowe. W zespole, który przez całe spotkanie wypracował zaledwie 0,77 xG, były to wyjątkowo ważne działania.
Przy pierwszym golu odpowiednio zachował się w polu karnym i znalazł Banaszaka, natomiast przy drugim uruchomił Dembelego podaniem pozwalającym napastnikowi zaatakować przestrzeń za obrońcami.
Samiec-Talar nie zdominował jednak meczu pod względem liczby kontaktów. Miał ich 40, wykonał 20 celnych podań na 27 prób i wygrał dwa z sześciu pojedynków. Stracił również piłkę 12 razy.
To pokazuje, jak odmienną rolę pełnił od zawodników Motoru. Nie uczestniczył w długim, uporządkowanym posiadaniu. Był przede wszystkim piłkarzem, który potrafił nadać sens pojedynczej akcji ofensywnej. I właśnie tych momentów Śląsk potrzebował znacznie więcej.
Napastnicy totalnie odcięci od gry
Przemysław Banaszak wreszcie trafił do siatki, a jego bramka pozwoliła Śląskowi objąć prowadzenie. Napastnik oddał dwa celne strzały i zgromadził 0,27 xG. Jego skuteczność w sytuacji z 11. minuty zasługuje na uznanie, podobnie jak odpowiednie ustawienie w polu karnym.
Trudniej jednak pozytywnie ocenić pozostałą część jego występu.
Banaszak zanotował tylko 23 kontakty z piłką, a spośród dziewięciu podań celne były cztery. Jeszcze bardziej niepokojący jest bilans pojedynków. W 14 starciach zwyciężył zaledwie trzy razy, w tym dwukrotnie w sześciu pojedynkach powietrznych.
Przy sposobie gry Śląska, który często korzystał z długich podań od Niemczyckiego, oznaczało to poważne problemy z utrzymaniem futbolówki na połowie przeciwnika. Zamiast dawać drużynie kilka sekund na wyjście do przodu, duża część takich zagrań kończyła się ponownym posiadaniem Motoru.
Luka Marjanac również nie był wystarczająco widoczny. W pierwszej połowie zanotował 21 kontaktów z piłką, wykonał pięć celnych podań na siedem prób i wygrał trzy z sześciu pojedynków. Oddał również uderzenie w 5. minucie, którego wartość wynosiła 0,06 xG.
Nie można jednak pominąć jego udziału przy pierwszej bramce. Efektowne odegranie piętą do Samca-Talara pokazało, że potrafi znaleźć rozwiązanie na małej przestrzeni. Był to jednak jeden z nielicznych momentów, w których jego obecność miała bezpośredni wpływ na rozwój akcji. W przerwie został zastąpiony przez Dembele.
Malaly Dembele potrzebował znacznie mniej czasu, żeby wyraźnie zaznaczyć swoją obecność. Francuz zdobył bramkę po dynamicznym ataku na przestrzeń i pokazał jakość, której brakowało w grze ofensywnej Śląska.
Nie chodzi wyłącznie o wykończenie. Dembele wygrał pięć z siedmiu pojedynków, co przy stylu gry Wojskowych miało duże znaczenie. Zanotował także dziewięć celnych podań na dziesięć prób i 22 kontakty z piłką.
Porównanie z Banaszakiem jest szczególnie interesujące. Podstawowy napastnik wygrał trzy z 14 pojedynków, natomiast Dembele pięć z siedmiu. Oczywiście obaj spędzili na boisku różną liczbę minut i mierzyli się z przeciwnikami w odmiennych fazach spotkania, ale różnica w skuteczności bezpośrednich starć pozostaje wyraźna.
Zmiany? A komu to potrzebne?
Ieltsin Camoes pojawił się na boisku w 75. minucie, zastępując Banaszaka. Zanotował zaledwie osiem kontaktów z piłką i dwa celne podania na sześć prób, ale bardzo dobrze wyglądał w pojedynkach.
Wygrał wszystkie cztery starcia, w których uczestniczył, w tym trzy pojedynki powietrzne. To szczególnie interesujące na tle problemów Śląska z utrzymywaniem futbolówki po dalekich zagraniach. Camoes nie otrzymał wielu możliwości zaprezentowania swoich umiejętności ofensywnych, ale pokazał, że potrafi skutecznie rywalizować fizycznie z obrońcami.
Jan Jurcec zastąpił Anderssona w 81. minucie. W krótkim czasie zanotował 12 kontaktów z piłką, wykonał trzy celne podania na cztery próby i dwukrotnie wybijał futbolówkę. Przegrał jednak wszystkie trzy pojedynki. Nie zdążył znacząco wpłynąć na defensywę, która w końcówce nadal znajdowała się pod dużą presją.
Grzegorz Tomasiewicz wszedł na murawę w 85. minucie. Zaliczył 11 kontaktów z piłką i wykonał dziesięć celnych podań na 11 prób. Był więc dokładny, ale jego obecność nie przełożyła się na stworzenie zagrożenia pod bramką Motoru. Przy tak krótkim występie trudno jednak formułować daleko idące wnioski.
Adam Ciućka również pojawił się w 85. minucie, zastępując Samca-Talara. Zanotował trzy kontakty z piłką, wygrał jeden z trzech pojedynków i nie wykonał żadnego podania. W przeciwieństwie do poprzednich spotkań nie otrzymał wystarczająco wielu okazji, żeby odmienić przebieg meczu.
Zmiany nie przyniosły zatem tak wyraźnej poprawy gry całego zespołu, jakiej można było oczekiwać. Dembele dał Śląskowi drugie prowadzenie, Camoes pokazał skuteczność w pojedynkach, lecz pozostałe roszady nie powstrzymały naporu gospodarzy.
Czy w tym meczu w ogóle było co chwalić?
Pomimo porażki można wskazać kilka pozytywnych elementów występu Śląska.
Pierwszym jest oczywiście postawa Niemczyckiego. Osiem interwencji, obroniony rzut karny i +1,30 powstrzymanego gola to bardzo mocny dorobek. Bez niego różnica bramkowa mogłaby być znacznie większa.
Drugim pozytywem pozostaje skuteczność pod bramką przeciwnika. Śląsk stworzył zaledwie trzy okazje, ale wykorzystał dwie. Banaszak przełamał niemoc strzelecką, Dembele pokazał jakość wykończenia, a Samiec-Talar zanotował dwie asysty i trzy kluczowe podania.
Trzecim elementem jest postawa zmienników w bezpośrednich pojedynkach. Dembele wygrał pięć z siedmiu starć, natomiast Camoes wszystkie cztery. To niewielki fragment całego spotkania, ale wart zauważenia w kontekście problemów podstawowych napastników.
Lista minusów jest jednak zdecydowanie dłuższa.
Przede wszystkim Śląsk nie potrafił skutecznie funkcjonować w przyjętym ustawieniu 5-4-1. Wojskowi grali nisko, ale przeciwnik regularnie znajdował drogę w pole karne. Motor oddał aż 29 strzałów, wypracował osiem okazji i zanotował 37 kontaktów z piłką w szesnastce rywala. Takie liczby trudno pogodzić z założeniem, że defensywne ustawienie zapewniało kontrolę nad przebiegiem spotkania.
Drugim problemem były pojedynki. Motor wygrał 60% wszystkich starć, a Śląsk tylko 40%. W pojedynkach na ziemi gospodarze osiągnęli skuteczność 62%, a w powietrzu 55%. Szczególnie słabo wypadli podstawowi obrońcy Wojskowych, którzy wygrali zaledwie 30% swoich pojedynków.
Trzecim minusem pozostaje brak możliwości utrzymania piłki po jej odzyskaniu. Motor wykonał 477 podań, a Śląsk zaledwie 254. Wrocławianie często byli zmuszani do bezpośredniej gry, której skuteczność ograniczały przegrane starcia napastników. W efekcie obrońcy i bramkarz po krótkiej chwili ponownie musieli odpierać ataki gospodarzy.
Nie można również pominąć zachowania we własnym polu karnym. Dwa sprokurowane rzuty karne, problemy z kryciem przy dobitce Simona i utrata kontroli nad przestrzenią przy trafieniu Aiko pokazały, że defensywa Śląska popełniała błędy w momentach wymagających największej koncentracji.
Najgorsze nie jest to nawet, że Śląsk przegrał, a sposób w jaki to się wydarzyło...
Patrząc wyłącznie na rezultat, można odnieść wrażenie, że Śląsk był blisko wywiezienia z Lublina trzech punktów, a o wszystkim przesądził rzut karny w doliczonym czasie gry. Taka interpretacja byłaby jednak zbyt łagodna.
Wojskowi dwukrotnie prowadzili, ale niemal przez całe spotkanie musieli bronić się przed kolejnymi atakami Motoru. Gospodarze zdecydowanie częściej utrzymywali się przy piłce, wygrywali pojedynki, sprawniej konstruowali akcje i regularnie dochodzili do sytuacji bramkowych.
Różnicę doskonale opisują trzy wartości: 29:6 w strzałach, 3,84:0,77 w xG oraz 37:11 w kontaktach z piłką w polu karnym przeciwnika.
Śląsk nie przegrał dlatego, że zabrakło mu skuteczności. Zdobycie dwóch bramek z tak niewielkiej liczby okazji było wręcz jednym z niewielu elementów, które funkcjonowały prawidłowo.
Zawiodła natomiast cała struktura gry. Defensywa nie ograniczała wystarczająco skutecznie przeciwnika, środek pola nie potrafił ustabilizować posiadania, a napastnicy zbyt rzadko utrzymywali piłkę po dalekich zagraniach.
Po spotkaniu Ante Simundza przyznał, że Motor był lepszy, a poziom gry jego zawodników pozostawał zdecydowanie zbyt niski. Trudno nie zgodzić się z taką oceną.
Oczywiście można żałować niewykorzystanej szansy. Można wskazywać na prowadzenie 1:0 do przerwy, drugiego gola Dembelego czy obroniony rzut karny. Problem polega na tym, że każdy z tych momentów jedynie na chwilę przykrywał znacznie poważniejsze braki.
Pięć kolejnych ligowych porażek nie jest już pojedynczym niepowodzeniem, które można wytłumaczyć pechem czy jednym błędem.
W Lublinie Śląsk miał bramkarza, który wielokrotnie ratował drużynę, kapitana potrafiącego stworzyć sytuacje bramkowe i napastników, którzy wykorzystali swoje szanse. Nie miał jednak zespołu zdolnego do utrzymania kontroli nad wydarzeniami na boisku.
I właśnie to powinno martwić najbardziej. Nie sam fakt, że Motor strzelił zwycięskiego gola w doliczonym czasie, ale to, że mimo dwóch prowadzeń i znakomitej postawy Niemczyckiego Śląsk przez większość meczu wyglądał na drużynę, która jedynie odwleka nieuniknione.
